120 i jeszcze więcej – recenzja filmu „120 uderzeń serca”

Gdyby nie świadomość, że ich życie wisi na włosku, zapewne moglibyśmy pozazdrościć im niepohamowanej energii i niewiarygodnego zapału do życia. Młodzi paryżanie z filmu „120 uderzeń serca” wypełniają bowiem swoją codzienność zabawą, miłością i nieustającą walką o swoje prawa. Ich zmysły wydają się doznawać z większą intensywnością, a nieskrępowana odwaga pozwala zarzucić całemu światu obojętność i milczenie. Aktywiści ACT UP, organizacji walczącej na rzecz osób zakażonych wirusem HIV i chorujących na AIDS to potomkowie największych rewolucjonistów w dziejach ludzkości. W ich buntowniczych wyobrażeniach nie ma jednak krzty naiwności i wiary w utopijne konstrukcje, jest za to wielka nadzieja na realną zmianę, którą odczują przyszłe pokolenia.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Zanim jednak francuskie społeczeństwo dostrzeże w naszych bohaterach twarze potrzebujących, Sean i Nathan stoczą bój o godność, miłość i zrozumienie. Będą walczyć u boku innych zakażonych wirusem HIV, będących jednocześnie ich najbliższymi przyjaciółmi. W swoim niewielkim, ale bohaterskim gronie poruszą tematy intymne i zarazem najważniejsze – dla nich i dla najbliższych im osób. Nie unikną gorących sporów, diametralnych różnic zdań, skrywanej latami złości i gorzkiej frustracji. Upokarzające sytuacje i znikanie kolejnych osób z grupy nie uciszy ich zapału – wręcz przeciwnie –  wzmocni go i podsyci chęć rozpoczęcia bardziej radykalnych działań. Sean będzie walczył z całych swoich życiowych sił – dosłownie, bo wkrótce choroba wyczerpie je całkowicie. Zawzięcie i bezkompromisowo poruszy innych członków grupy i nakłoni do przejęcia inicjatywy – to przecież rewolucjonista w każdym calu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Sean swoją ostatnią batalię stoczy u boku Nathana, osoby tak różnej od niego, bo potrafiącej trzymać swoje emocje na wodzy. Prawdziwa walka pary powierników i kochanków rozegra się pod koniec filmu, ale ich relację  śledzimy już od początkowych scen. Stopniowo i bez mogącej rozproszyć wszystko egzaltacji będzie się pogłębiać i dojrzewać zgodnie z jej naturalnym rytmem. Wielką sztuką było stworzenie grupy różnorodnych postaci, w których wrze od odmiennych emocji i pretensji do społeczeństwa oraz wyłonienie z niej wiarygodnej dla widza relacji, która jest w stanie przetrwać wszystko, łącznie z widokiem powolnego umierania.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

To właśnie w scenach ukazujących relacje międzyludzkie reżyser Robin Campillo uchwycił różnorodne, czasem skrajne i niezwykle intensywne emocje bohaterów. Niezależnie od tego, czy ukazywały one intymne sytuacje między Seanem i Nathanem, czy grupowe akcje przepełnione złością i determinacją, to każda z nich była na tyle wiarygodna, abyśmy mogli uwierzyć w to, że wydarzyły się naprawdę. Twórca filmu był nie tylko świadkiem działań członków ACT UP, ale również ich uczestnikiem. I jak sam przyznał w wywiadzie, który ukazał się w Wysokich Obcasach, osoby należące do grupy odczuwały rozmaite i silne emocje: „Mieliśmy w sobie głębokie poczucie niesprawiedliwości i bezradności. Byliśmy młodzi i atrakcyjni. Celebrowaliśmy miłość, seks, taniec. Aż do naszego kolorowego świata wkroczyło cierpienie. Z drugiej strony myślę, że właśnie ta młodość pozwoliła nam przetrwać. Gdybym był starszy, pewnie bym się załamał. Ale serce ciągnęło wtedy w stronę życia”.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Nasycenie emocjami wpływa na wiarygodność filmu, ale również na sympatyzowanie z intrygującymi postaciami. Wnikliwość i czułość, z jakimi zostają przedstawione przez Robina Campillonie, pozwalają bowiem cieszyć się wraz z bohaterami, gdy tańczą do muzyki Arnauda Rebotiniego, lub smucić się, gdy kolejny francuski polityk odmawia im pomocy i wsparcia. My, niczym towarzysze broni i bliscy ich przyjaciele, śledzimy każde ich działanie i każdy przejaw słabnących już emocji, aby ostatecznie pożegnać się i opuścić kinową salę z przekonaniem o uczestnictwie w ważnym, filmowym spotkaniu.

Ocena:

żarówki 5 małe

Film można obejrzeć w kinach Silesii Film:

Silesia

Korekta: Hanna Kostrzewska


martyna-kleszcz-male

Martyna Kleszcz
Kiedyś studentka filozofii i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim, dziś początkująca zielarka. Od czasu do czasu bywa autorką tekstów o kulturze i filmie. Obecnie stawia pierwsze kroki w tworzeniu tekstów poświęconych ziołolecznictwu.