To nie jest nowy „Taksówkarz” – recenzja filmu „Nigdy cię tu nie było”

Najnowszy film Lynne Ramsay od momentu swojej premiery na festiwalu w Cannes przez krytyków nazywany jest często kobiecą lub uwspółcześnioną wersją „Taksówkarza” (1976) Martina Scorsese. Oba te porównania wydają się być jednak krzywdzące wobec oryginalnego stylu reżyserki i przesłania jej utworu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

„Nigdy Cię tu nie było” jest niewierną adaptacją noweli Jonathana Amesa – eseisty inspirującego się twórczością Charlesa Bukowskiego oraz scenarzysty dwóch seriali komediowych – „Bored to death” i „Blunt talk”. Wybrane przez Ramsay opowiadanie początkowo pomyślane było jako ćwiczenie literackie. Znany z błyskotliwego poczucia humoru Ames, chciał sprawdzić się w innej, mniej komediowej konwencji, dlatego „Nigdy Cię tu nie było” utrzymane jest w chłodnej, przejmująco mrocznej stylistyce kryminału neo-noir.

Główny bohater – Joe (Joaquin Phoenix) nie potrafi zapomnieć o swojej traumatycznej przeszłości. Aby odreagować zatruwające go wspomnienia, pracuje dla bogatego biznesmena jako brutalny najemnik, ratujący nastoletnie dziewczyny przed półświatkiem nowojorskich domów publicznych. Wszystkie postawione przed nim zadania wykonuje z zegarmistrzowską precyzją do momentu, gdy przypadkowo zostanie wplątany w sprawę porwania córki znanego senatora. Te niespodziewane okoliczności zmuszą głównego bohatera nie tylko do odnalezienia się w realiach politycznego spisku, ale także do zmierzenia się z własnymi demonami.  

Niezbyt oryginalna fabuła, kojarząca się z literaturą pulpową, staje się pretekstem dla Ramsay do stworzenia portretu człowieka psychicznie zdewastowanego. W tym celu reżyserka ograniczyła ekspozycję postaci do minimum. O przeszłości Joe dowiadujemy się z krótkich, chaotycznych retrospekcji, które wraz z biegiem narracji stają się wizualnymi cues utworu. Wcielający się w głównego bohatera Joaquin Phoenix, słusznie nagrodzony w Cannes za tę rolę, buduje postać złożoną z kontrastów. Niepokojące, autodestrukcyjne zachowanie najemnika  zestawia z delikatnymi gestami, kojarzącymi się z choreografią taneczną. Choć Joe może być tak samo przerażający jak nieprzewidywalny Travis Bickle z „Taksówkarza”, to nie funkcjonuje na marginesie społeczeństwa. Mimo nieprzyjemnej aparycji – muskularnego, lecz jednocześnie otyłego mężczyzny o gniewnym spojrzeniu, bohater bywa zabawny i troskliwy, czym szybko zyskuje sobie sympatię widza. Tym, co budzi więc największy lęk i współczucie jest nieuleczona trauma, która pcha Joego do nieludzkiej, często wręcz zwierzęcej brutalności.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Studium straumatyzowanego bohatera wspaniale dopełniają zdjęcia Thomasa Townenda, który karierę filmową rozpoczynał jako fotosista na planie drugiego pełnometrażowego filmu Ramsay – „Nazwij to snem” (1999). Dzięki temu doświadczeniu doskonale rozumie styl narracji reżyserki, który oparty jest bardziej na metaforach wizualnych niż na dialogach. Taka forma sprawia, że „Nigdy Cię tu nie było” ogląda się jak filmową poezję, w której duża część treści dopowiadana jest w wyobraźni odbiorcy. Najlepszym przykładem operowania taką estetyką są sceny akcji, które choć nie pokazują przemocy dosłownie, to sygnalizują ją pracą kamery czy montażem. W tym aspekcie na uwagę zasługują także zaprojektowane przez Małgosię Turzańską stroje postaci. Praca kostiumografki widoczna jest przede wszystkim w drugiej połowie filmu, gdy czarny garnitur Joego podkreśla jego silną sylwetkę, jednocześnie krępując jego ruchy. Zabieg ten staje się świetną metaforą osaczenia.

Niestety wszystkie te doskonale dobrane elementy filmu nie składają się w jedną całość. Ramsay zachwyca talentem do tworzenia niejednoznacznej narracji, która mniej kojarzy się z prostym filmem sensacyjnym, a bardziej z minimalistyczną kompozycją muzyczną, opartą na wciąż powracających motywach. Jednak to, co w jej poprzednim obrazie – „Musimy porozmawiać o Kevinie” (2011) pogłębiało studium psychicznie chorego bohatera, tutaj doprowadza do niepotrzebnego odrealnienia fabuły utworu. Zarysowana przez reżyserkę intryga polityczna zostaje w całości podporządkowana perspektywie głównego bohatera. Nie byłoby to złe rozwiązanie, gdyby nie ucierpiały na tym postaci drugoplanowe, równie ważne co Joe , a zwłaszcza porwana córka senatora, która nieumyślnie zostaje sprowadzona do roli filmowego MacGuffina. Wydaje się, że to niedopatrzenie wynika ze wspólnej pracy nad scenariuszem Ramsay i Phoenixa. Stworzenie tak wyrazistego protagonisty, jakim jest Joe, wymagało od nich poświęcenia ekspozycji świata przedstawionego i  pozostałych bohaterów filmu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Choć „Nigdy Cię tu nie było” nie dorównuje genialnemu „Taksówkarzowi”, to nie powinien być traktowany jako nieudany remake lub ukryty plagiat koncepcji Scorsese. Nowy film Ramsay to świetne kino psychologiczne, będące komentarzem do artystycznego dziedzictwa twórców amerykańskiej Nowej Fali. Zamiast zmuszać swoich bohaterów do niczym nieumotywowanego cierpienia, reżyserka zawsze pozostawia nadzieję na odzyskanie przez nich utraconego spokoju. Ten pozbawiony naiwności optymizm Ramsay, który udziela się także widzowi, jest największą siłą jej twórczości i nie pozwala przejść obok „Nigdy Cię tu nie było” obojętnie.

Ocena:

żarówki 5 małe

Korekta: Marta Rosół


JEREMIJeremi Dobrzański – absolwent kierunku operatorskiego AMA Film Academy, student Uniwersytetu Jagiellońskiego (filmoznawstwo i nowe media, historia sztuki). Interesuje się kinem azjatyckim, architekturą modernizmu i malarstwem holenderskim.