Sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga. Recenzja „Pod presją” Mai Kleczewskiej

Spektakl „Pod presją” miał swoją premierę w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach 23 marca 2018 roku, ale w mojej głowie wciąż trwa jego projekcja. I projekcja właśnie wydaje się dobrym słowem określającym najnowszą realizację Mai Kleczewskiej, która na naszych oczach tworzy teatr i kino w jednym. To przestrzeń, w której deski teatru płynnie przechodzą w studio filmowe, a widz staje się nie tylko obserwatorem, ale i reżyserem. Sam dokonuje montażu tego, co symultanicznie wydarza się tu i teraz.

 fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Inspiracją, czy może wzorcem dla twórców, było jedno z największych dzieł Johna Cassavetesa – filmowy klasyk z 1974 roku pt. „Kobieta pod presją”. Cassavetes?! Myślę sobie: to się nie skończy najlepiej. Przecież to obraz tak wyrazisty i bezprzykładny, że próba jego adaptacji wydaje się stąpaniem po cienkim lodzie. Ale zaraz potem pojawia się kolejna myśl: Maja Kleczewska i Łukasz Chotkowski – i wracam na bezpieczne tory. Duet ten zachował wierność oryginału, a jednocześnie wplótł w sztukę współczesne odniesienia, dzięki czemu tchnął w teatr nową jakość.

Spektakl nie jest (na szczęście) wyłącznie przeniesieniem opowieści na język innego medium. Autorzy lojalnie podążają za ścieżką wytyczoną przez amerykańskiego reżysera, bo historia przedstawiona na scenie w gruncie rzeczy jest ta sama: Mabel (Sandra Korzeniak) i Nick Longhetti (Piotr Bułka) to na pozór normalne małżeństwo. Ona dba o dom i rodzinę: gotuje, sprząta, zajmuje się dziećmi. Odbiera jednak świat nieco siarczyściej, często narażając swym zachowaniem bliskich na zażenowanie. Nick kocha żonę, jednak nie do końca ją rozumie, a w chwili słabości umieszcza ukochaną w szpitalu psychiatrycznym.

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Jedno zbliżenie kamery na Mabel wystarczy, byśmy zobaczyli, jak bardzo nie przystaje ona do oczekiwań, jakie stawiają jej inni ludzie. Jako dobra matka kocha dzieci, ale do tego stopnia, że panikuje, gdy ich nie ma. Jako przykładna żona, będąc miłą dla kolegów męża, staje się karykaturą kobiecości, parodią samej siebie. Jako oddana córka szanuje ojca, choć powracające wspomnienie jego dawnych czułostek wcale nie jest dla niej przyjemnym obrazem z dzieciństwa. W efekcie Mabel staje się grą pozorów, jednostką uszytą z ludzkich oczekiwań, jednak nićmi o słabej wytrzymałości. Z każdą kolejną próbą dostosowania się, w bohaterce coś pęka, a z powstałych szczelin wyłania się szaleństwo i lęk, bezbronność i krzyk, rozpaczliwa autodestrukcja i rozdarcie.

Wewnętrzne rozdarcie bohaterki trafnie oddaje organizacja podzielonej na pół przestrzeni spektaklu. Lawirujemy pomiędzy sceną a ekranem zawieszonym ponad nią. Przed nami –powierzchnia będąca rekonstrukcją mieszkania głównych bohaterów: salon, sypialnia, pokój dziecięcy i przedpokój. Nad nami – ogromnych rozmiarów ekran, zajmujący górną połowę okna scenicznego, a na nim projekcja tego, co dzieje się poniżej lub tam, gdzie nasz wzrok nie sięga: w łazience, na ulicach Katowic czy w retrospekcyjnych sesjach świadomości bohaterki. Daje to momentami uczucie montażu równoległego, gdzie obie płaszczyzny nieustannie prowadzą ze sobą dialog – czasem w symbiozie, czasem w opozycji. Wprowadzenie kamer na scenę z jednej strony obnaża proces twórczy, z drugiej mnoży jego możliwości. Demaskuje ograniczenia przestrzeni teatralnej, a jednocześnie ją poszerza. Daje widzom możliwość wyboru estetyki teatralnej lub filmowej; podporządkowania percepcji planowi ogólnemu lub skupienia się na skondensowanych emocjach, ukazanych w soczewce obiektywu. Ale obraz wideo tworzy jeszcze inne pole do interpretacji: przedstawia pierwiastki przeszłości, które składają się na jednostkę, jaką Mabel jest teraz, jak choćby jej relacja z ojcem czy niespełniona pasja muzyczna.

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Ach tak – muzyka! I to jaka! „Lucia di Lammermoor” Donizettiego czy „La Wally” Catalaniego w wykonaniu Agaty Zubel wbijają w fotel. Muzyka klasyczna staje się jedynym zrozumiałym językiem Mabel, która kolejne słuchane i wykonywane arie traktuje jako formę ucieczki przed światem. Albo ucieczkę we własny. Balet Czajkowskiego stwarza przestrzeń, w której bohaterka może wyrazić swoje najbardziej skrywane pragnienia: w scenie zabawy z dziećmi, Mabel każe im odegrać przed znajomym śmierć czarnych łabędzi. Niestety, w momencie gdy rodzą się emocje, umiera przyzwolenie na ich wyraz. Zszokowany mężczyzna pospiesznie wyrywa dzieci z neurotycznych pląsów, które zostają stłumione w konfrontacji ze społeczną cenzurą.

Z cenzurą, której produktem jest także hasło „kobieta jest czarnuchem świata” – taki apel uderza nas jeszcze przed wejściem do teatru. Przybiera on postać napisu, który umieszczony został na banerze zawieszonym na froncie budynku. I tu rodzi się pytanie – czym jest norma i czy trzeba się do niej dopasować, by być akceptowanym? A jeśli nie, czy jesteśmy skazani na wykluczenie? Czy stajemy się wówczas „czarnuchami świata”, niewygodnym tworem, który należy spacyfikować? „Pod presją” nie niesie jednak ciężaru manifestu politycznego, Kleczewska rezygnuje z wzniosłych tez, gotowych porad czy ciętych zarzutów, na rzecz subtelnej psychologii. Nie kłuje w oczy nachalna narracją feministyczną – Mabel staje się reprezentacją człowieka w ogóle. Istoty kruchej, zgwałconej przez społeczeństwo i jego wymogi, która ryzykując odrzucenie, wybrała bycie sobą, nawet jeżeli wybór ten jest synonimem szaleństwa. Smutny to obraz i poruszający.

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

Obraz, który wydarza się przede wszystkim dzięki Sandrze Korzeniak. To coś więcej niż aktorstwo. Coś, co wykracza poza bezpieczne ramy rzemiosła. Wykreowana przez nią postać, pomimo lub dzięki swej inności i niedoskonałości, najłatwiej zyskuje naszą empatię. W moim odczuciu Mabel nie jest wariatką, nie kieruje nią żadnego rodzaju szaleństwo. Ona choruje na to samo, co wielu z nas – poddaje się presji społeczeństwa, rodziny, współmałżonka. Korzeniak stworzyła rolę niezwykle intensywną. Wcale nie chcemy porównywać jej z niepowtarzalną filmową kreacją Geny Rowlands.

Maja Kleczewska warstwa po warstwie odkryła przed nami świat, w którym próbujemy zatuszować niewygodne, odseparować „inne”, przywdziewając w tym celu skóry i powłoki – coś, co przystaje do idealnej wizji społeczeństwa. A przynajmniej jest przez nie akceptowane. Ale mnie właśnie to, co tuż pod skórą, wydaje się najbardziej intrygujące. Bliskie odkryciu, a jednocześnie skrzętnie przez nią skrywane. „Pod presją” to intrygująca forma i rozwiązania reżyserskie. Wspaniałe aktorstwo i „miazga” emocjonalna. I choć komuś historia może wydawać się prosta, brak w niej prostych rozwiązań. Tak jak wtedy, gdy obserwujemy dotkniętą niezrozumieniem twarz bohaterki, na której minidrgania malują ogromną gorycz. W końcu odkrywa ją i Mabel, gdy stając naprzeciwko ekranu spogląda na samą siebie. Po raz pierwszy robi to z dystansu. I znów wymownie milczy. Cisza uderza bardziej niż krzyk, a lekki grymas boli bardziej niż tysiąc słów rozpaczy. Szczególnie w mikroskopijnym zbliżeniu kamery.

fot. Magda Hueckel

fot. Magda Hueckel

 Nasza ocena:

Żarówki 6

„Pod presją”
Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach
Premiera 23.03.2018
Maja Kleczewska reżyseria
Łukasz Chotkowski dramaturgia
Łukasz Chotkowski, Maja Kleczewska scenariusz sceniczny
Marcel Sławiński, Katarzyna Sobańska (MIKSS) scenografia
Konrad Parol kostiumy
Cezary Duchnowski muzyka
Kacper Fertacz zdjęcia, światło
Artur Rej, Przemysław Chruścielewski montaż filmu
Kamil Małecki, Andrzej Sepioł operatorzy kamer
Daria Kasprzak wiolonczela

Korekta: Agata Kędzia, Marta Rosół


joanna_brodniakJoanna Brodniak – rocznik ’91. Z wykształcenia kulturoznawczyni i tancerka. Z zawodu niestrudzony pracownik oświaty. Z potrzeby ducha współzałożycielka Teatru Tańca Jeger. Z  wyboru wrażliwiec i baczny obserwator.