Ukryte zalety tafty – recenzja filmu „Nić widmo”

„Cokolwiek robisz, rób to ostrożnie” – mówi w „Nici widmo” jedna z bohaterek. Jest to jednocześnie najlepsze i najgorsze podsumowanie najnowszego filmu Paula Thomasa Andersona. Wycofany z pozoru reżyser w białych rękawiczkach i z matematyczną precyzją tka bowiem swój arras, by ostatecznie efekt tej misternej pracy potraktować z nonszalancją jak pierwszy lepszy dywan.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

I nie jest to bynajmniej zarzut z mojej strony – jeśli za coś Andersona cenię, to za jego umiejętność godzenia skrajności. Któż inny zrobiłby wycyzelowany artystycznie film o pornobiznesie albo obsadził w roli charyzmatycznego guru Philipa Seymoura Hoffmana – aktora o emploi nieudacznika? W „Nici widmo” Anderson decyduje się na okiełznanie szalonego ego swoich postaci sztywnymi ramami norm. Od czasu do czasu folguje im jednak – i wtedy na twarzach aktorów malują się ledwo dostrzegalne, choć wybuchające z siłą ładunku atomowego grymasy.

„Nić widmo” to nie tylko film o modzie i pojedynku charakterów. Kiedy obserwujemy Reynoldsa (tradycyjnie epicki Daniel Day-Lewis) – wybitnego projektanta i wykonawcę sukien – wiemy, że tu nie chodzi tylko o kiecki, walkę jego partnerki Almy (porcelanowo doskonała Vicky Krieps) z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi i paskudnym charakterem ekscentrycznego kreatora. To przede wszystkim pojedynek o terytorium, które zamaszyście zaznaczają swoimi gestami wszyscy bohaterowie. To walka na spojrzenia, film o twarzach i triumf niewyrażalnego.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Dlatego niewiele z fabuły trzeba zrozumieć – sam twórca „Magnolii” sugeruje zresztą w finale, że zdrowy rozsądek i nasze skłonności do rekonstrukcji przebiegu akcji na nic się nam zdadzą. Za to sporo trzeba poczuć i nauczyć się obserwować. Z poziomu racjonalnego oglądu trudno bowiem zrozumieć kwestię podstawową: co jest takiego wspaniałego w tych ciężkich sukniach z tafty w przeterminowanych z punktu widzenia trendów kolorach? W niczym nie przypominają one bowiem legendarnych i pamiętnych sukien, które zwykliśmy uważać za piękne – biało-czarnej kreacji Grace Kelly z „Okna na podwórze”, zwiewnej sukienki Marilyn Monroe ze „Słomianego wdowca”, seksownej sukni Rity Hayworth z „Gildy”, koszuli nocnej Elizabeth Taylor z „Kotki na gorącym, blaszanym dachu”… To, dlaczego klientki Reynoldsa kochają szyte przez niego odzienie, pozostanie dla nas tajemnicą – musimy jednak poczuć, że jest coś, co czyni z tych ubrań mroczny przedmiot pożądania, a z samego Reynoldsa mistrza (podobnie było zresztą w przypadku wspominanego już Philipa Seymoura Hoffmana w roli Lancastera Dodda w „Mistrzu”).

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Aby przejść nad tym fenomenem do porządku dziennego Anderson decyduje się na wykorzystanie swoich standardowych chwytów – długich ujęć na twarze klientek, ale i na osnutego aurą dandyzmu projektanta. Chwila poświęcona na obserwację zaszklonych oczu hrabiny Henrietty (Gina McKee) wystarczy, by dać się ponieść wrażeniu, że coś jest na rzeczy. Długie wpatrywanie się w ruchy mistrza igły i nici oraz dokładny ogląd jego porannej toalety ujawniają naturę Reynoldsa.

Nie ma w jego metodzie nic spektakularnego – wszystko toczy się własnym rytmem. Kiedy Cyril (cudownie władcza Lesley Manville) pyta brata, czy nie ma on aby ochoty na wycieczkę na wieś, chętnie odpowiadamy w duchu za niego: „Sure, why not!”. Na wsi niewiele się wydarza – spokojne, choć obfite śniadanie, randka z kelnerką, spacer brzegiem o zachodzie słońca.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Opowieść jest konsekwentna w swej prostocie, a środki doskonałe w jej przedstawieniu: stateczna kamera towarzyszy projektantowi i jego nowej muzie (która ma „brzuszek”, tak jak Reynolds lubi), inscenizacja jest skromna, a kolory stonowane. Geniuszu Andersona jako reżysera upatrywać można jednak przede wszystkim w niemal bezbłędnej intuicji  przy wyborze obsady. Ta potrafi zdziałać cuda i nudną opowieść – którą „Nić widmo” w istocie jest – rozgrzać do czerwoności. U twórcy „Boogie Nights” nie podaje się wyłącznie dialogów, nie tyje się i nie chudnie, by pokazać gwiazdorską metamorfozę. Można powiedzieć, że aktorzy mają za zadanie oddać Andersonowi – jak Alma Reynoldsowi – każdą cząstkę siebie: zarówno niezbyt urodziwe, trochę niezdarne ręce Krieps czy kościste nogi Day-Lewisa, jak i nieprzeciętne twarze ich obojga – po to, aby reżyser mógł okiełznać je rygorem zachowań napisanych przez siebie postaci.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Na tych ostatnich maluje się parada niewyrażonych emocji, ściśniętych i okiełznanych. Jedyne, co udaje się uchwycić, to pełen determinacji wzrok, który nie poddaje się bez walki. Bez względu na to, o co walczą Reynolds, Alma i Cyril (o władzę, uwagę, poklask) robią to w ciszy, od czasu do czasu tracąc jednak nad sobą kontrolę – wtedy ich gesty wymykają się dotychczasowemu rytmowi, a usta niezgrabnie się grymaszą. W scenach posiłków, które zaspokajają przecież  najbardziej podstawowe potrzeby w sposób wybitnie skonwencjonalizowany, ujawniają się te mikro-wyłomy: fascynacje, napięcia, naigrywanie i groźby wyrażane w nad wyraz ekspresyjnym smarowaniu kromki dżemem lub gwałtownym zarzuceniu siwych włosów.

Rozwodzę się nad pracą aktorek i aktorów bo czuję, że jestem bohaterami i bohaterkami tak samo zainteresowana, jak Paul Thomas Anderson. Jego filmy – i nie inaczej jest z „Nicią widmo” – to swoiste laboratorium gry aktorskiej; eksperyment na postaciach kontrapunktowany niezawodną, perfekcyjną formą. Zamiłowanie reżysera do długich ujęć w półzbliżeniu („upierdliwej kamery”, jak lubię je nazywać) sprzyja tym testom – kamera jest tam po to, by uchwycić najdrobniejsze gesty postaci, przypierać je do muru, pokazywać, gdy są piękne i dostojne oraz zmęczone i irytujące. Anderson jest ostrożny tylko tam, gdzie musi. Trzyma swoje obrazy na wodzy, ale to, co się w nich wydarza, pozostaje często poza zasięgiem jego władzy.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Dzięki temu autor „Aż poleje się krew” unika błędów wielu formalistów, takich jak Stanley Kubrick czy Wes Anderson, którzy w swojej zapalczywości nie raz zapomnieli wpuścić na plan trochę świeżego powietrza (i ego inne niż własne). Ten oddech w „Nici widmo” sprawił, że film Andersona mnie zachwycił – inaczej niż większość przeszarżowanych, powtarzających do znudzenia te same stylistyczne sztuczki i wałkujących te same tematy filmów w rodzaju „The Square” i „Happy Endu”. Nie rości on sobie bowiem prawa do moralnego absolutyzmu i w swoim – bardzo przecież wyrazistym – kształcie daje się zwyczajnie polubić.

Ponieważ artystowskie aspiracje reżyserów i ich samozachwyt (zamiast fascynacji światem, dla przykładu) nie leżą w moich filmowych zainteresowaniach, z uśmiechem na ustach przyjmuję „Nić widmo” – to wysoce stylowe kino o ludziach, o których niewiele wiem, ale którzy, z jakiegoś nieznanego mi powodu, lubią te niezbyt ładne kiecki.

Ocena:

Żarówki 6

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100


Patrycja Mucha małe

Patrycja Mucha
Rocznik ’91. Doktorantka w Zakładzie Filmoznawstwa i Wiedzy o Mediach Uniwersytetu Śląskiego. Filmoznawczyni tworząca niekończące się listy dzieł koniecznych do zobaczenia. Nie w głowie jej minimalizm – zawsze chce więcej, choć czasem tęskni za błogim nicnierobieniem. Na co dzień współtworzy magazyn „Reflektor. Rozświetlamy kulturę” oraz koordynuje Klubem Filmowym Ambasada. Czynnie angażuje się w organizację życia filmowego na Górnym Śląsku.