Feminizm pełną gębą? – recenzja filmu „Wojna płci”

Po wygranym w 2006 roku secie – dzięki „Małej Miss” – przyszedł trudny czas dla amerykańskich zawodników, Valerie Faris i Jonathana Daytona, których spadek formy potwierdził w 2012 roku film „Ruby Sparks”. Tym razem jest jeszcze gorzej – miotający się po filmowym boisku mikst ostatkiem sił ucieka się do najróżniejszych rozwiązań. „Wojna płci” to emancypacyjne kino społeczno-biograficzne, w którym równouprawnieniu płci towarzyszy tematyka LGBT, a wszystko na tle sportowych wydarzeń, opatrzonych kiepskim komediowym humorem.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Słynny mecz tenisowy rozegrany w 1973 roku między Billie Jean King a Bobby’m Riggsem obejrzało przed telewizorami około 90 milionów widzów. Wydawać by się mogło, że to legendarne starcie, nazwane „wojną płci”, jest wręcz idealnym tematem na film w dobie badań genderowych i wciąż aktualnego dyskursu o równości kobiet i mężczyzn. 29-letnia czołowa tenisistka światowych rankingów pokonuje 55-letniego byłego mistrza Wimbledonu. Co ważniejsze, jest to zarazem starcie idei, bo na boisku spotykają się feministka walcząca o swoje prawa w tenisie z aroganckim mizoginem twierdzącym, że miejsce kobiet jest tylko w kuchni. Nie dziwi więc, że „wojna płci” szybko stała się katalizatorem zmian i to nie tylko w dziedzinie sportu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Tandem Faris-Dayton zaprzepaszcza cały potencjał kryjący się zarówno w tym wydarzeniu, jak i w biografii Billie Jean King. Serwuje wielowątkową fabułę, w której brak miejsca – a przede wszystkim czasu – na niejednoznaczność oraz rozbudowane profile psychologiczne postaci. Historia rozpoczyna się, gdy Billie Jean King (Emma Stone), oburzona wyższymi zarobkami mężczyzn w tenisie (wynagrodzenie panów było osiem razy wyższe), zakłada wraz z koleżankami po fachu Women’s Tennis Association. W międzyczasie zakochuje się w swojej fryzjerce, Marilyn Barnett (Andrea Riseborough), przeżywa kryzys małżeński, żeby ostatecznie wziąć się w garść i rozegrać „wojnę płci” z Bobby’m Riggsem (Steve Carell). Żadne z tych wydarzeń nie jest szczególnie wyeksponowane, a ich nagromadzenie sprawia, że twórcy posiłkują się uproszczeniami, nie dając bohaterom czasu na wyrażenie jakichkolwiek emocji. Scena, w której Larry King (Austin Stowell) przyjeżdża do hotelu i dowiaduje się o zdradzie żony, kątem oka dostrzegając stanik jej kochanki, trwa może z półtorej minuty. I choć chwilę później Billie Jean spada z pierwszego miejsca w rankingu, przegrywając mecz z Margaret Court (Jessica McNamee), to szybka zmiana wątku powoduje, że jej cierpienie jest praktycznie niezauważalne. Każde wydarzenie, które mogłoby mieć dramatyczny wydźwięk (wyrzucenie tenisistek z Amerykańskiego Stowarzyszenia Tenisowego czy odejście kochanki King) jest albo opatrzone tyloma niepotrzebnymi informacjami, że brakuje miejsca na reakcję, albo obrócone w żart.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Zresztą siedząc przed ekranem wielokrotnie zastanawiać się można, czy miał być to film biograficzny z ważnym tematem w tle, czy po prostu komedia (romantyczna?) dla szerokiej publiczności. W końcu Billie Jean zakochuje się od pierwszego wejrzenia w salonie fryzjerskim, wsłuchując się w dźwięk nożyczek i oddech fryzjerki, a wszystkiemu towarzyszy popowa muzyka, zwolnione tempo i sugestywne zbliżenia na usta kobiet. Jedynymi zaś bohaterami kibicującymi temu nieprzekonującemu romansowi – i zarazem kryjącymi go przed homofobicznym społeczeństwem – jest para gejów-projektantów w golfach oraz designerskich marynarkach. W „Wojnie płci” roi się od tego typu stereotypów i uproszczeń, przez co film nie tylko traci na wymowie, ale też zupełnie nie wykorzystuje umiejętności odtwórców głównych ról (choć i tak obok niezłych kostiumów i charakteryzacji są tym, czym ta produkcja może się bronić). Tak naprawdę każda z historii mogłaby stanowić oś dwugodzinnego filmu i gdyby twórcy skupili się na jednym wątku z życia amerykańskiej tenisistki, może istniałaby szansa na kolejnego Oscara dla Emmy Stone. Jednak przedstawienie w komediowej konwencji feministki-wojowniczki, borykającej się z prawdą o swojej seksualności sprawia, że trudno docenić to, co dzieje się na ekranie – tym bardziej w kontraście z jej przeciwnikiem. Bobby Riggs istotnie był ubliżającym kobietom samozwańczym szowinistą, jednak wypisanie na czole Steve’owi Carellowi „sympatyczny błazen” i poświęcenie pół filmu wygłupom Riggsa, który w miejsce wymagającego treningu wybiera łatwy zarobek pozując do aktów z rakietą zamiast majtek, to trochę za dużo.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

W efekcie rachunek jest prosty i wcale nie trzeba czekać na ostateczną rozgrywkę, aby dowiedzieć się, kto wygra. Szkoda tylko, że twórcy pozbawili film metafory i cennego waloru symbolicznego, odzierając tym samym „Wojnę płci” z choćby najmniejszej dawki emocji i empatii. Gdyby Valerie Faris i Jonathan Dayton brali udział w zawodach w tenisa, ten sezon prawdopodobnie okazałby się ostatnim w ich sportowej karierze, bo zabrakło tu bardziej zdecydowanej i agresywnej techniki gry.

Ocena:

żarówki 3-01

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100


patrycja-chuszcz-male

Patrycja Chuszcz – studentka kulturoznawstwa. Wielbicielka kina, teatru oraz sztuk wizualnych, a w szczególności wzruszeń i realizmu magicznego. Pasjonuje się kulturą krajów hiszpańskojęzycznych. Jednym z jej tysiąca marzeń jest podróż dookoła świata albo chociaż do Ameryki Południowej. Na co dzień uczy hiszpańskiego i próbuje swoich sił w radiu.