Mężczyzna z blizną – recenzja filmu „Inxeba. Zakazana ścieżka”

Wydawać się może, że dla kina nie istnieją już żadne tematy zakazane, a każde tabu stanie się prędzej czy później podstawą filmu. Dramat w reżyserii Johna Trengova też nie jest dla widza niczym nowym: splatają się w nim dwie sprawnie połączone kwestie. Jedną z nich jest jest rytuał inicjacyjny (do dzisiaj praktykowany w niektórych rejonach RPA), którego zadaniem jest przeprowadzenie młodych mężczyzn w dorosłość. Druga to homoseksualna relacja dwojga bohaterów. Kinomani powiedzą, że to wszystko już było. Jednak jeśli spróbujemy zagłębić się w kontekst kulturowy, który Trengov próbuje nam przedstawić, okazuje się, że „Inxeba. Zakazana ścieżka” może być uznana za jeden odważniejszych filmów ostatnich lat.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Główny bohater, nastoletni Kwanda (Niza Jay), zostaje przywieziony z miasta na kilkudniowy pobyt do buszu, gdzie zostanie obrzezany i pod okiem opiekuna będzie zmagać się z bólem, wykluczeniem i samotnością. Jak każdy uczestnik rytuału pozostaje w stanie zawieszenia – przestaje kierować się wszelkimi zasadami, bo do momentu zwycięskiego powrotu jest wykluczony ze swojej społeczności. Musi udowodnić, że potrafi sprostać wyzwaniu; może powrócić do społeczności tylko jako bohater. Jego dotychczasowe doświadczenie życia w mieście wydaje się nie mieć żadnego znaczenia, a inni uczestnicy wyśmiewają się z niego, podkreślając przy tym jego wielkomiejskie nawyki. Co ciekawe, tylko Kwanda znajdzie w sobie wystarczająco dużo siły, aby zbuntować się przeciw zasadom inicjacji i jako jedyny spróbuje kroczyć własną drogą. Twórcy filmu poszli jednak o krok dalej – poza inicjacją – którą obserwujemy jako element fabuły, kreację filmową – odtwórcy głównych ról mają za sobą doświadczenia związane z takim samym rytuałem przejścia, jaki obserwujemy na ekranie. Nie tylko odgrywają rolę stworzoną im przez reżysera, lecz także odwołują się bezpośrednio do swoich wspomnień, co czyni ich grę bardziej wiarygodną. „Inxeba” nie epatuje brutalnością, z jaką kojarzą się stereotypowo rytuały inicjacyjne; nie widzimy krwi, nie słyszymy krzyków. Jednocześnie ta obrazowa powściągliwość sprawia, że widz jeszcze dotkliwej współodczuwa ból młodego Kwandy, którego ojciec przywiózł na prowincję, aby poddać go inicjacji, bo (jak twierdzi) chłopak jest zbyt rozpieszczony przez matkę.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Nad młodymi adeptami czuwa dwóch opiekunów i to właśnie łącząca ich intymna relacja jest drugim z głównych wątków filmu. Xolani (Nathane Toure) i Vija (Bongile Toure) spotykają się raz w roku, aby swoim doświadczeniem wspierać młodych uczestników rytuału. Mężczyzn łączy skomplikowana relacja uczuciowa. Podobnie jak ich podopieczni muszą oni stawić czoła corocznej próbie walki z samym sobą – chcą bowiem móc wyrażać swoje uczucia, przez tych kilka dni żyć uczciwie. W tak tradycyjnej społeczności obowiązujący i akceptowalny wzorzec męskości jest tylko jeden, nie ma w nim miejsca na homoseksualizm. Intymność naznaczona jest – podobnie jak sam rytuał – brutalnością, przemocą i podporządkowaniem. Tak jak młodzi adepci muszą walczyć z fizycznym zranieniem (inxeba to w języku plemienia Khosa „rana”), tak ich opiekunowie próbują zrozumieć łączącą ich skomplikowaną relację. John Trengov w swoim filmie odważnie podejmuje dyskusję z homofobicznym środowiskiem afrykańskim (i nie tylko). Obala też mit, że mężczyzn o takiej orientacji seksualnej w Afryce w ogóle nie ma. Strach przed coming outem jest wspólny wszystkim, bez względu na miejsce zamieszkania. Trengov zderza także wizję tradycyjnej męskości, do której droga wiedzie przez ból, poniżenie i ciągłe udowadnianie swojej siły, z męskością, w zgodzie z którą można podążać za uczuciami, jednocześnie nie wyzbywając się jednak szorstkości.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

„Inxeba. Zakazana ścieżka” to obraz pełen nieoczywistej przemocy skonfrontowanej z dziką naturą. Akcja filmu rozgrywa się w lesie – drzewa, wodospady i rzeka są świadkami intymnych zbliżeń bohaterów, stają się tłem współgrającym z ich emocjami. Na wyróżnienie zasługuje tutaj scena seksu Xolaniego i Viji. Sfilmowana przy wodospadzie jest wyrazista, a jej siła jest wzmacniana jest przez ujście ukrywanych dotąd emocji i pożądania bohaterów. To, co oglądamy na ekranie, może stać się tylko poza jakąkolwiek strukturą, którą narzuca społeczność. Reżyser pokazuje nam czyste, niczym niepohamowane uczucie, którego – podobnie jak przyrody – nie potrafimy okiełznać i zamknąć w znane nam ramy.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

„Inxeba” nie kończy się happy endem, a napięcie, które gromadzi się podczas seansu, zostaje z nami na długo. Film nie daje żadnych odpowiedzi, bo też nie artykułuje pytań; nie jest też rewolucyjny w swojej formie. Wybierając się do kina warto jednak docenić odwagę, z jaką autorzy połączyli tematy i spróbować dostrzec ich wspólne punkty. Na uwagę zasługuje przede wszystkim miejsce, w którym rozgrywa się akcja „Inxeby”. Jak często oglądamy filmy fabularne o Afryce, stworzone przez ludzi, którzy urodzili się na tym kontynencie? Jeśli docenimy ten obraz, wpłyniemy być może na powstanie kolejnych, które odchodzić będą od typowych przedstawień Afryki i pokażą nam ją z nowej perspektywy.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

„Inxeba” jest debiutem fabularnym Trengove’a i bez wątpienia daje nadzieję na interesujący rozwój twórczości reżysera – mimo że w filmie można znaleźć kilka uproszczeń, zbyt dosłownych scen i schematycznie wykreowanych postaci (uczuciowy Xolan kontra charyzmatyczny Vija). Trengove pokazuje, jak wiele jeszcze musimy przepracować w rejonach, które tylko pozornie nie są tabu.

Ocena:

żarówki 4jpg-01


Agnieszka Karpiel małeAgnieszka Karpiel
Rocznik ’82. Urodzona w Płocku, swoje życiowe miejsce odnalazła na Śląsku, studentka kulturoznawstwa, fotograf, wieczna idealistka, bliskie jest jej antropologiczne spojrzenie na człowieka i filozofia.