Melancholijna asceza – muzyczna walka z uzależnieniem od zmian

Każdego dnia wychodząc na miasto dobiegają nas brzmienia ulicznej symfonii. Motorniczy swoim ciężkim sprzętem wystukuje takt; samochód przejeżdża po studzience kanalizacyjnej jak wytrawny perkusista pałeczką po werblu; w sukurs przychodzą im panie spod mięsnego, intonujące śpiew niczym kościelny chór ministrantów. Miejski jazz urozmaica nam drogę do kolejnych wyznaczonych punktów wędrówki. Ciągle dobiegające do nas dźwięki wypełniają przestrzeń, nie pozwalając zatracić się we własnych myślach. Co jednak łączy muzykę z ludzką egzystencją, poza oczywistym czerpaniem przyjemności ze słuchania swoich ukochanych utworów?

ilust. Paweł Siodłok

ilust. Paweł Siodłok

Służebniczy czasoumilacz

Jedna z sieci komórkowych stworzyła niegdyś tzw. czasoumilacz, a więc usługę umożliwiającą odtworzenie danego utworu muzycznego podczas oczekiwania na odebranie połączenia. Ten niepozorny wynalazek określił istotę muzyki i funkcję, którą pełni ona od pokoleń. Choć brzmi to dość trywialnie i deprecjonująco, muzyka przede wszystkim umila ludziom czas.

Taką funkcję sprawuje zarówno Mozart, jak i uliczny grajek, alternatywny band, i Zenek Martyniuk. Aby przyciągnąć uwagę słuchacza muzyka powinna zaskakiwać, tworzyć niepowtarzalną kompozycję dźwięków, która będzie w stanie skłonić go do rytmicznego przytupywania butem. Zapewne gdyby Mozart obdarł swoje utwory z bogactwa środków muzycznych nie byłby dziś uznawany za jednego z najwybitniejszych kompozytorów w historii. Zrównanie swojej sztuki do minimalizmu wiązało się ze sprowadzeniem jej do prostoty i banału, co skutkowało nieuniknioną porażką. Skąd więc bierze się popularność takich twórców muzycznego minimalizmu, jak Erik Satie czy Philip Glass?

Sztuka improwizacji

Georg Simmel w swoim eseju Mentalność mieszkańców wielkich miast sprecyzował, czym różni się życie w wielkich aglomeracjach od życia na prowincji. Według socjologa jednym z powodów ukształtowania się dzisiejszej wielkomiejskości w takiej formie, jaką możemy obserwować, jest rozwój przemysłowy. Każdy spacer ulicą dostarcza wielu bodźców, od których zaczynamy być uzależnieni, mimo że ich nadmiar doprowadza do stanu nazwanego przez Simmela „zblazowaniem”. Prowadzi do niego nieznające miary nadużywanie uciech zmysłowych, gdyż nerwy tak długo pobudzane do najsilniejszych reakcji tracą w ogóle zdolność reagowania[1]. Zapewne każdy z nas czuł jednak choć raz w życiu wręcz narkotyczną potrzebę czerpania podniet świata zewnętrznego, spowodowaną zbyt długim przebywaniem w odosobnieniu. Muzyka w swojej pierwotnej formie jest poniekąd sztuką pokrewną wielkomiejskiemu stylowi życia. Silna potrzeba zmian rytmu, wydobycia z instrumentu nowego dźwięku jest na tyle atrakcyjna zarówno dla wykonawcy, jak i odbiorcy, że uleganie tej pokusie jest rzeczą – wydaje się – zupełnie naturalną.

Gatunkiem najmocniej korespondującym z dzisiejszym światem jest jazz. Sztuka improwizacji cechuje zarówno młodszego krewnego bluesa, jak i życie codzienne. Wpędzając się w uliczny labirynt za każdym rogiem czekają na nas miejskie niespodzianki. Nie inaczej sytuacja ma się w przypadku wspólnego jazzowego wieczorku, kiedy trudno przewidzieć, co za chwilę zaimprowizuje partner stojący obok na scenie. XIX-wieczni flâneurs, tacy jak Balzac czy Baudelaire, określali bezcelową wędrówkę jako poznawanie życia, sposób na doświadczenie i obserwowanie miłości, nieszczęścia czy radości. Odkrywanie nieznanego stało się dla nich uzależniającą inspiracją. Każdy z nas jest jednak improwizatorem własnego losu – ciągle skreślamy zapisane nuty tylko po to, aby ponownie nanieść je na życiowej pięciolinii.

W hipnotycznej agonii

W 2013 roku zespół Lotto, złożony z rasowych jazzmanów – Łukasza Rychlickiego, Mike’a Majkowskiego i Pawła Szpury – zrealizował mocno osadzoną w gatunku płytę Ask the dust – 40 minut nagrania wypełnione brudnymi, chaotycznymi dźwiękami zaskakiwało słuchacza podróżami po nieznanych sferach muzycznej mapy. Debiutancki krążek inspirował, lecz tak bardzo angażował odbiorcę zmiennością dźwięków, że finalnie pozostawał on sam na sam z uczuciem podobnym do zblazowania (przyjemnego, lecz uciążliwego po wielokrotnym przesłuchaniu płyty). Trzy lata później trio poddaje się próbie porzucenia nieznośnie atrakcyjnej potrzeby ciągłej zmiany. Płyta Ellite Feline jest złożona z dwóch 20-minutowych utworów, konsekwentnie granych na jednym akordzie. Jak przyznają sami artyści, przestawienie się z jazzu na minimalizm było sporym wyzwaniem mentalnym, co w konsekwencji przyniosło kolejny angażujący krążek – tym razem być może bardziej artystów aniżeli odbiorców. Ellite Feline jest hipnotycznym transem, idealnie odprężającym umysł zmęczony światem płynnych zmian.

Nudzi mi się po 3 minutach. Nie dla mnie – skomentował album jeden z użytkowników portalu, na którym zespół Lotto zamieścił swój krążek. Muzyczny minimalizm jest mało popularny, tak jak mało popularne jest prawdziwie minimalistyczne życie. Mimo to wspomniana „nuda”, charakteryzująca się ciągłą repetycją tego samego dźwięku, melodii czy wykonywanej czynności, jest dla niektórych atrakcyjna, choć w parze z nią idzie zazwyczaj melancholia i przygnębienie.

Król Izraela Saul właśnie w muzyce odnajdywał pomoc w odpędzeniu złych duchów. Nakazywał swojemu słudze Dawidowi grać dla niego na harfie. Jak jednak widzimy na obrazie Rembrandta Saul i Dawid, mimo muzycznego akompaniamentu, król pogrążony jest w głębokiej depresji. Podobne schorzenie dosięga kobiety portretowane przez Tadeusza Pruszkowskiego: Irenę Lorentowicz oraz dziewczynę ze skrzypcami. Spuszczony wzrok i zgarbione sylwetki kobiet trzymających w dłoniach instrumenty, wskazują na zatracenie się w melancholii właśnie poprzez muzykę. W końcu na obrazie Melancholia kobieta porzuca skrzypce i w wyrazie nudy podpiera twarz dłonią, zaprzestając walki z otaczającą ją beznadzieją. Czy możemy więc muzykę, szczególnie w jej minimalistycznej formie, nazwać sztuką melancholików?

Na takie pytanie w swoim dziele Tylko kochankowie przeżyją twierdząco odpowiada Jim Jarmusch. Pierwsza scena dzieła przedstawia znudzonych i zamyślonych kochanków wirujących wraz z kamerą w jednostajnym tempie niczym płyta winylowa, z której wypływa minimalistyczna muzyka zespołu Sqürl (duet Jim Jarmusch i Carter Logan, z gościnnym występem holenderskiego lutnisty Jozefa van Wissema). Bohaterami dzieła są skazane na długowieczność wampiry rozmyślające nad istotą własnej egzystencji. Wydaje się jednak, że niemożność zaznania życia pośmiertnego pozbawia ją jakiegokolwiek celu. Pozostaje jedynie autoteliczna miłość do drugiej osoby i muzyki. Beznadzieję bohaterów doskonale odwzorowuje powolny soundtrack pozbawiony w dużej części warstwy wokalnej, bazujący na repetycji tych samych dźwięków. Symbioza minimalistycznej treści i muzyki pozwala rozkoszować się każdym kadrem i dźwiękiem dzieła. To dandyzm w czystej postaci, zatopiony w melancholijnej kałuży krwi skapującej z kła strzygi.  

Jak pisał Baudelaire: melancholia jest w każdym z nas. Wygrzebywanie jej z głębi siebie nie musi być wcale dekadenckim schyłkiem ku upadkowi. Minimalizm w muzyce pozwala wprowadzić nas w hipnotyczny stan sprzyjający poddaniu się flaneurowskiej wędrówce po zakamarkach własnej duszy. Nadeszła jesień. Podążmy więc po ulicach wyściełanych szeleszczącymi pod butami żółtymi liśćmi i zakładając słuchawki na uszy rozkoszujmy się melancholijnymi opowieściami zespołów Lotto, Sqürl i innych minimalistycznych wirtuozów.


[1] S. Georg, Mentalność mieszkańców wielkich miast [w:] Socjologia, Warszawa 2005, s. 307.


Dawid Dróżdż

Dawid Dróżdż
Student łódzkiego filmoznawstwa. Wielbiciel Jarmuscha (choć nie przepada za kawą i papierosami), Kieślowskiego (mimo że jego osobisty dekalog nie pokrywa się z 10 przykazaniami), Formana (mimo że od Mozarta woli Chopina) oraz Malle (wierząc w to, że życiowa winda nie wywiezie go na szafot). 8 lat temu oglądając Trainspotting stwierdził, że kino stanie się jego największą pasją.