Smutek androidów. 5 punktów o „Blade Runner 2049”

1.

Podstawową figurą wizualną – a zatem i retoryczną – w „Blade Runner 2049” jest odcinająca się od tła upadłego, nowoczesnego miasta sylwetka Ryana Goslinga – ni to androida, ni człowieka, aktora-maszyny, melancholijnego komika o kamiennej twarzy. Być może od czasu wybitnej „Pamięci absolutnej” Verhoevena z 1990 roku, z kanciastym Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej, nie mieliśmy w wysokobudżetowym sc-fi gwiazdora, który w takim stopniu ogrywałby automatyzm ruchów i rutynę spojrzeń (u Arniego pełnych furii; u Goslinga raczej rezygnacji). Zarazem oparcie blisko trzygodzinnego widowiska na tym akurat aktorze, tak doskonale pasującym do roli małomównego, skrytego w sobie kierowcy w „Drive” Refna, było obarczone pewnym ryzykiem. Charyzma Goslinga – w odróżnieniu od zawadiackiej krzepy Harrisona Forda – opiera się na hipnotycznej sile, z jaką przyciąga nas do ekranu. Przy tak ograniczonych środkach ekspresji podprogowy magnetyzm jest de facto jego największym (a może i jedynym?) atutem. W nowym „Łowcy androidów” pseudo-stoicki spokój aktora nie zawsze działa tak, jak powinien – czasem Gosling wydaje się wałęsać między wykreowanymi pejzażami bez przekonania. Chociaż fabuła podpowiada nam, że jest inaczej, granego przez niego oficera policji w Los Angeles nic nie gna do przodu – często rozpuszcza się on w świecie filmu niczym słynne „łzy w deszczu”.

fot. www.bladerunnermovie.com

fot. www.bladerunnermovie.com

2.

„Blade Runner 2049” to (jak wskazało już kilku krytyków) film-replikant – stworzony, a nie zrodzony, przede wszystkim dzięki połączonym siłom dwóch hollywoodzkich mistrzów: niezwykle doświadczonego operatora Rogera Deakinsa oraz kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, który od kilku lat zdobywa w Hollywood coraz wyższą pozycję. Propozycja wyreżyserowania nowego „Łowcy androidów” musiała być dla niego niemałym wyróżnieniem – dostał wszak szansę, by ożywić jeden z najsilniejszych mitów współczesnego Hollywood i wejść w dialog z niezapomnianymi obrazami stworzonymi przez ekipę Ridleya Scotta. Deakins, w moim przekonaniu najlepszy żyjący operator, był być może naturalnym kandydatem na partnera Villeneuve’a: panowie pracowali razem przy „Labiryncie” i „Sicario”, do których zdjęcia są jednymi z największych osiągnięć Deakinsa. Dlaczego więc zamiast podniecenia i ekscytacji oglądając „Blade Runner 2049” czułem wiejące od filmu zimno i niespełnione aspiracje, przejawiające się w męczącym dążeniu do intelektualnego i wizualnego gigantyzmu?

3.

W 2049 roku, 30 lat po wydarzeniach z pierwszego „Łowcy androidów”, policjant K. (Gosling) odkrywa, że replikantka, której kości odnalazł na farmie nieopodal Los Angeles, urodziła dziecko. Informacja ta może wywrócić do góry nogami świat oparty na podległości i pracy replikantów, których nowsze wersje (w porównaniu do ich zbuntowanych poprzedników) są uważane za pożytecznych członków społeczeństwa. Choć przełożona K. (Robin Wright) rozkazuje mu, by wymazał wszelkie ślady prowadzące do tego odkrycia, policjant, sam będący replikantem, decyduje dowiedzieć się więcej o całej sprawie. Jego na poły detektywistyczne, na poły metafizyczne dochodzenie będzie też, oczywiście, drogą do samopoznania – K. odkryje bowiem, że niekoniecznie trzeba być człowiekiem, żeby mieć duszę. A raczej: niekoniecznie trzeba być replikantem, by tej duszy nie mieć.

Podejmowanie kluczowych pytań roztrząsanych przez prozę science fiction („Czy jestem człowiekiem?”; „Co mnie czyni człowiekiem?”), było już bazą „Łowcy androidów” Ridleya Scotta – i jeśli chodzi o potencjał fabuły do siania ontologicznych wątpliwości, to „Blade Runner 2049” nie wnosi niczego szczególnie nowego. Choć na pozór skala ludzko-replikanckiego konfliktu przybiera na sile i złożoności, to Villeneuve tylko przerabia na własną modłę poetyckie intuicje zasygnalizowane (choć często nierozwinięte lub niewypowiedziane) w „Łowcy androidów”. Pomyślmy na przykład o sile napędowej sequela, którą stanowi breaking news o tym, że replikanci mogą się samodzielnie replikować tudzież rozmnażać. Czy rzeczywiście to zjawisko zamazałoby raz na zawsze różnicę między urodzonym człowiekiem a zmajstrowanym replikantem? „Łowca androidów” Scotta pozostaje do dzisiaj tak powalającą i sugestywną technologiczną dystopią, ponieważ już w punkcie wyjścia wskazuje na nieostrość tej granicy, prowadząc powoli granego przez Harrisona Forda Ricka Deckarda (i nas) do pełnej grozy konkluzji: „A może wszystkie moje wspomnienia są sfabrykowane i nie jestem tym, kim myślę, że jestem?” Świat „Łowcy androidów” opiera się na nierozróżnialności replikantów i ludzi, wprowadzając frapującą zasadę nieoznaczoności. W „Blade Runner 2049” pytanie o ludzkie-nieludzkie i naturalne-zaprogramowane powtarzane jest aż do przesady, zamieniając w oczywiste to, do czego pierwowzór tylko czynił aluzje.

fot. www.bladerunnermovie.com

fot. www.bladerunnermovie.com

4.

Spróbujmy jednak wejść na poziom samego filmu i zanurzyć się w audiowizualnej magmie, która czyni tak wielkie wrażenie na sympatykach nowego filmu Villeneuve’a. W polskiej krytyce, zdominowanej przez fabularno-tematyczne analizy, rzadko tak otwarcie słyszy się o tym, że świat wykreowany przez twórców jest „piękny”, że jest wartością samą w sobie i zostaje pod powiekami na długo po zakończeniu seansu. Takie głosy towarzyszyły premierze „Blade Runner 2049”, który podobnie jak „Łowca androidów” opiera się w pierwszym rzędzie na narracji wizualnej. Wspominałem już, że jestem miłośnikiem talentu Rogera Deakinsa. Od seansu „Skyfall” z 2012 roku czekam na każdy jego kolejny film (choć jako mistrz dał się poznać już dwie dekady wcześniej – pomyślcie na przykład o „Bartonie Finku” Coenów i „Tajemniczym ogrodzie” Holland). „Blade Runner 2049” to jedno z najambitniejszych przedsięwzięć Deakinsa, które udowadnia, że jego zmysł plastyczny porusza się w ściśle wyznaczonych ramach.

Scott Bukatman, autor książki o „Łowcy androidów” wydanej w serii BFI Modern Classics, pisze na wstępie, że »Blade Runner« is all about vision – o wizji, widzeniu i patrzeniu odmienianych przez wszystkie przypadki. Nie jest więc bez znaczenia, że sequel otwiera ujęcie szeroko otwartego oka. W przypadku dzieła tak skoncentrowanego na wzrokowym percypowaniu świata, na symulacjach i obrazach wspomnień, zdjęcia odgrywają rolę pierwszoplanową. Czasem można odnieść wrażenie, że urodzie kadru podporządkowany jest ruch postaci i rytm dialogów (u Villeneuve’a często nieznośnie deklaratywnych i zamieniających się w banał, co najlepiej unaocznia postać nawiedzonego szefa korporacji granego przez Jareda Leto). Przez blisko trzy godziny seansu towarzyszyło mi niepokojące uczucie – zdjęcia Deakinsa są, to prawda, doskonałe i doskonale skomponowane (co jednak tak właściwie znaczą te ogólniki?), ale w trudny do przyszpilenia sposób nie pasują do uniwersum łowców i replikantów. Klimat noir, który unosił się nad pierwszą częścią, określał kreację brudnego świata: paskudną wizję przyszłości, w której doły społeczne egzystują pokracznie na syfiastych ulicach. Villeneuve nawiązuje do tej estetyki, lecz w obiektywie Deakinsa jest ona niemożliwa do osiągnięcia: angielski operator ponad wszystko ceni czystość kadru i przejrzystość kompozycji; nie wie chyba, czym mógłby być wizualny bałagan w wysokobudżetowym filmie akcji (vide: arcydzielny „Mad Max: Na drodze gniewu” Millera ze zdjęciami Johna Seale’a). Świat, w którym porusza się policjant K. oglądamy jakby przez szybę, ze świadomością precyzji stojącej za każdym zainscenizowanym ujęciem.

„Łowcą androidów” rządziła reguła obfuscation – zamazywania, zaciemniania, zamglenia. Nieprzejrzyste Los Angeles XXI wieku odzwierciedlało nieprzejrzystość świata podzielonego na ludzi i replikantów. W „Blade Runner 2049” Deakins, tak jak zawsze, jest mistrzem operatorskiej przejrzystości. To właśnie predylekcja do wizualnej klarowności czyni go tak dobrym partnerem „racjonalnych” braci Coen, z którymi zrobił aż 12 filmów (w tym „Fargo”, „Biga Lebowskiego” i „To nie jest kraj dla starych ludzi”). Ta sama skłonność czyni jego „piękne” zdjęcia do filmu Villeneuve’a lekko, lecz wyczuwalnie niedopasowanymi, wprowadzającymi proporcje i chłód formy, które nie do końca korespondują z opowiadaną w sequelu historią. Nie pomagają ani epickich rozmiarów wysypiska śmieci, ani ciągła, gęsta cyfrowa mgła, ani pomarańczowe Las Vegas, nakręcone jakby w magicznej godzinie podniesionej do potęgi trzeciej – Deakins mimowolnie dystansuje nas od futurystycznej wizji, zastępując wizualną immersję nużącą na dłuższą metę kontemplacją.

fot. www.bladerunnermovie.com

fot. www.bladerunnermovie.com

5.

Fascynująca jest trwająca właśnie moda na przydługie widowiska, na filmy trwające od 130 do 170 minut. Czy sugeruje ona powrót do rozpaczliwych dla kina amerykańskiego lat 50. i pierwszej połowy 60., kiedy monumentalne produkcyjniaki o nieprzyzwoicie rozciągniętym czasie trwania próbowały zagłuszyć lęki producentów, drżących na myśl o – między innymi, lecz nie tylko – telewizji? W tę tendencję wpisuje się też „Blade Runner 2049”, który jest tak długi, że aż stał się pojemnym zbiornikiem na różnorakie motywy fantastycznonaukowe, które zapisały się w naszej kinofilskiej pamięci (albo zostały nam zaimplantowane?). Miłośnicy sci-fi zobaczą w Robin Wright aktorkę z „Kongresu” Folmana, czyli adaptacji „Kongresu futurologicznego” Lema; zupa z makaronem, którą spożywa w jednej z pierwszych scen K., a na którą zostaje nałożony hologram zamieniający szarą miskę w kolorowe, apetyczne danie, to także zagrywka w duchu opowiadania polskiego pisarza. Niesamowity moment, w którym staremu Deckardowi jak na tacy zostaje podana młoda Rachael, odsyła do fantazji o nieobecnej miłości i bliskości, którą tak genialnie opisał Lem w „Solaris”. Miasto neonów i hologramów, krzykliwych błyskotek kapitalizmu późniejszego niż późny kapitalizm, widzieliśmy w pełnej krasie w „A.I. Sztucznej inteligencji” Stevena Spielberga – filmie niedocenionym chyba głównie dlatego, że nie zrobił go ostatecznie ojciec projektu, czyli Stanley Kubrick.

Nie chodzi o to, by podkreślać, że współczesny przemysł rozrywkowy to cmentarzysko znaków (nawet jeśli tak właśnie jest). Warto raczej dostrzec, że „Blade Runner 2049”, mimo niezaprzeczalnego autorskiego sznytu, zjawia się dla nas tak, jak fałszywa Rachael zjawia się dla Deckarda: przychodzi z głębokiej przeszłości i łechta zakamarki naszej pamięci, choć nie potrafi pozbyć się ciążącego na sobie piętna podróbki. A jeśli jest inaczej i właśnie na grze między „oryginałem” (i tak ulepionym z elementów pożyczonych) a „kopią” (zadłużonym u poprzednika, choć próbującym wybić się na niepodległość filmie Villeneuve’a) zasadza się siła całego dyptyku, odzwierciedlając tym samym relację człowiek/replikant? Skoro tak, to niezliczone kółka fanowskie mają materiał do analizy na najbliższe kilka dekad – a my możemy wahadłowo przerzucać się od jednego filmu do drugiego, pytając jak zawsze z naiwną wiarą miłośnika popkultury: „W którym z tych filmów dostrzec można duszę?”

Ocena:

żarówki 3-01

Film można obejrzeć w Cinema City:

ccPoczujMagie_600x100


Sebastian Smoliński małeSebastian Smoliński
Zwycięzca konkursu imienia Krzysztofa Mętraka, krytyk filmowy i operowy. Regularnie publikuje m.in. w: „Kinie”, „Ekranach, „Tygodniku Powszechnym” i  „Dwutygodniku”. Związany z Festiwalem Filmu i Sztuki Dwa Brzegi oraz Terra Italiana – Festiwalem Kina Włoskiego. Współautor prac zbiorowych z zakresu historii kina: hiszpańskojęzycznej monografii „La doble vida de Krzysztof Kieślowski” oraz „Kina afroamerykańskiego”. Stypendysta  Polonia Foundation of Ohio.