Rozważania o wartości dzieła. „Sztuka” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego

Sezon teatralny ruszył na dobre. W moim przypadku rozpoczął się wraz z premierą „Sztuki” Yasminy Rezy, którą Tadeusz Bradecki wyreżyserował w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego. Mam jednak nadzieję, że analogia „jaka pierwsza premiera sezonu, taki cały sezon” nie urzeczywistni się, bo zwiastowałaby niewątpliwie rok pełen rozczarowań i słabe oklaski na jego zakończenie.

Fot. Przemysław Jendroska

Fot. Przemysław Jendroska

Yvan (Andrzej Dopierała) – bohater spektaklu – bierze ślub. Jego najlepsi przyjaciele, Serge (Jerzy Głybin) i Marc (Andrzej Warcaba), zamiast rozrywkowego wieczoru kawalerskiego zafundują mu dzień pełen nieporozumień, prowadzących ostatecznie do awantury, która zaważy na losach ich wieloletniej przyjaźni. Na pierwszy rzut oka zdaje się, że sprawcą całego zła jest dzieło sztuki współczesnej. A konkretnie „Biały obraz w białe paski” autorstwa awangardowego artysty Antriosa. Mój przyjaciel Serge kupił obraz. Jest to płótno o wymiarach mniej więcej metr sześćdziesiąt na metr dwadzieścia, pomalowane na biało – zwraca się Marc bezpośrednio do publiczności. Idzie do przyjaciela z zamiarem obejrzenia zakupu. Nachylając się delikatnie w stronę pierwszych rzędów i akcentując dosadnie ostatnie słowo, konspiracyjnym szeptem dodaje, że Serge to facet, który osiągnął w życiu pozycję: jest lekarzem dermatologiem i lubi  s z t u k ę. Komunikat jest zrozumiały: zawód niby poważny, ale upodobanie sztuki współczesnej i ten biały obraz w białe paski są jakby trochę nie na miejscu… Wygląda więc na to, że Serge jest trochę dziwny. Wśród publiczności słychać  pierwszy tego wieczoru porozumiewawczy chichot. Kolejny wybrzmi już za moment, kiedy to zdumiony Marc, śmiejąc się donośnie, wygłosi kluczowe dla spektaklu zdanie: Kupiłeś to gówno za dwieście tysięcy?! Na kanwie sporu o wartość obrazu rozegrany zostanie cały spektakl.

W tym momencie „Sztuka” miała szansę przybrać jeden z kilku możliwych wariantów. W jednym z nich reżyser mógłby na przykład wykorzystać krytyczny potencjał dramatu. Tekst Rezy skłania bowiem do zadawania istotnych w kontekście dyskusji o sztuce współczesnej pytań – m. in. o właściwe wobec niej postawy odbiorcze. Choć utrzymany w lekkim komediowym tonie, prowokuje do rozważań nad specyficznym stosunkiem do sztuki współczesnej – często lekceważącym, czasem wręcz pogardliwym. „Ja tam się nie znam, nie rozumiem i bardzo mi z tym dobrze” – postawę tę traktuje się nieraz  jako wyraz „niezależności” od „przeintelektualizowanego bełkotu”, za który uchodzą teorie pozornie zrozumiałe jedynie w wąskim gronie reprezentantów tej dziedziny, niedostępne „normalnemu” odbiorcy. Najczęściej jednak nie zadaje się pytania o źródło tej postawy. W przedstawieniu potencjalnie mogłaby ona być reprezentowana przez Marca. To o nim przecież Serge powie: Cenię go od dawna, ma eksponowane stanowisko, inżynier w dziedzinie aeronautyki, należy jednak do warstwy świeżo upieczonych intelektualistów, którzy nie dość, że odnoszą się wrogo do nowoczesności, to jeszcze nie wiadomo dlaczego, są z tego dumni.

Fot. Przemysław Jendroska

Abstrahując nawet od tematu sztuki współczesnej – dramat bierze pod lupę pulsujące od skrywanych napięć relacje międzyludzkie, odsłania brak umiejętności wsłuchania się w potrzeby najbliższych. Ofiarami prób „urabiania” innych na własną modłę stają się kolejno wszyscy bohaterowie. A czym są?!… [ludzie – przyp. aut.] Poza nadzieją, którą w nich pokładam? pyta Marc, nie mogąc zaakceptować faktu, że Serge kupuje obraz, który mu się nie podoba, dokonując tym samym zamachu na ich przyjaźń. Naucz się lubić ludzi dla nich samych – radzi mu przyjaciel. Najbardziej w tej sytuacji poszkodowany jest Yvan, którego ustami obaj bohaterowie próbują wykładać własne racje. Natomiast sam Serge momentami niebezpiecznie zbliża się do grupy tych, którzy w sposób bezkrytyczny i powierzchowny wpadają w zachwyt nad wszystkim, co uchodzi za trudno zrozumiałe i „nowoczesne”. Niejednoznaczny, podszyty ironią tekst skłania do zweryfikowania rzeczywistych motywacji, które kierują zachowaniem bohaterów.

Spektakl w reżyserii Tadeusza Bradeckiego mógłby więc przybrać krytyczną formę. Obawiam się jednak, że po wyjściu z teatru do rozmów w tym tonie w większości przypadków nie dojdzie, dlatego że przedstawienie w żadnym stopniu do nich nie prowokuje. „Sztukę” uczyniono komedyjką o perypetiach trzech uwikłanych we wzajemne żale karykaturalnych dziwaków, które mają przede wszystkim bawić. Trudno również oprzeć się wrażeniu, że wiszący na ścianie obraz nie staje się niczym więcej niż przypadkowym rekwizytem, a pełniona przez niego funkcja ogranicza się do prowokowania kolejnych serii kuriozalnych nieporozumień. Przy czym ważniejsza od dociekań ich źródła staje się forma ich przedstawienia. W kameralnej inscenizacji, której scenografia ogranicza się do trzech krzeseł i „parawanów” przypominających wnętrza mieszkań, to właśnie gra aktorska skupia na sobie całą uwagę. Przerysowane role nie pozostawiają jednak miejsca na zaznaczenie psychologicznych rysów postaci czy zasugerowanie subtelnymi niedomówieniami motywacji ich działań. W efekcie otrzymujemy uproszczone do bólu figury: Serge ostatecznie jawi się jako zmanieryzowany snob, Marc jako egoistyczny furiat, a Yvan jako popychadło, potrzebne wyłącznie do wyeksponowania cech pozostałej dwójki.

Najbardziej w tym wszystkim cierpi jednak sztuka współczesna. Bo jeżeli ktoś przed spektaklem żywił przekonanie, że nie niesie ona żadnej wartości, a dyskusje toczone wokół niej przypominają jedynie abstrakcyjny bełkot, któremu chętnie oddaje się pewna elitarna grupa, to jest duże prawdopodobieństwo, że po „Sztuce” będzie myślał tak samo. Utwierdzając się przy okazji w przekonaniu, że nie jest w tym myśleniu osamotniony.

Fot. Przemysław Jendroska

Fot. Przemysław Jendroska

W tym kontekście na uwagę zasługuje program do spektaklu, w środku którego znajdujemy reprezentatywne dla historii sztuki przykłady tego, jak na przestrzeni wieków przebiegał proces zrywania artystów z ówcześnie obowiązującymi kanonami. Poszukując nowych form wyrazu godzili się na niezrozumienie i narażali na krytykę. Program jest bez wątpienia potrzebnym dopełnieniem spektaklu, interesującym tym bardziej, że uzupełnionym „reprodukcjami” (w formacie pocztówek) dzieł, których autorzy nie cofali się przed przekraczaniem granic i dalecy byli od schlebiania powszechnym gustom. Na ich odwrocie wypisano bajońskie sumy, za które zostały sprzedane (m. in. „Gracze w karty” Paula Cézanne’a, czy „Number 17A” Jacksona Pollocka). Z okazji spektaklu przygotowano również oprowadzania po Galerii sztuki polskiej po 1945 roku w Muzeum Śląskim, które docelowo mają udowodnić, że sztuki współczesnej wcale nie trzeba się bać. Bilet ze spektaklu uprawnia do wejścia na nie za złotówkę (szczegóły tutaj). Jeżeli więc dzięki „Sztuce” przestudiujemy uważnie program, a później wybierzemy się do Muzeum Śląskiego, pozwoli to uwierzyć, że jej potencjał nie został przez Tadeusza Bradeckiego zupełnie niewykorzystany.

Nasza ocena:

żarówki 2-01

Korekta: Marta Rosół, Patrycja Mucha

„Sztuka” Y. Reza
Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego
Przekład: Barbara Grzegorzewska
Reżyseria: Tadeusz Bradecki
Asystent reżysera:  Andrzej Dopierała
Scenografia i kostiumy: Maria Kanigowska
Obsada: Andrzej Dopierała, Jerzy Głybin, Andrzej Warcaba 


agata-kedzia-maleAgata Kędzia – REDAKTORKA DZIAŁÓW TEATR oraz TANIEC
Rocznik ’96. Studentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Zakochana w swoim kierunku studiów walczy ze stereotypem leniwego studenta. Rozbudza życie teatralne uczelni w ramach Koła Teatrologów. Czas najchętniej spędza w teatrze i przy książkach do nauki hiszpańskiego.