Upiorne miasto: Kraków

Obraz Krakowa, jaki wyłania się z literackiej monografii miasta autorstwa Jacka Olczyka, jest bardzo niespójny. Istnieje jednak pewna prawidłowość: to konserwatywno-mieszczańskie miasto było i jest świadkiem wielu artystycznych rewolucji, które zawsze tłumi. Można powiedzieć, że Kraków „miał momenty”, kiedy mógł stać się innym, lepszym miastem. Niestety z nich nie skorzystał. 

aut. Paweł Siodłok2

Książka Olczyka jest zarówno dla tych, którzy mają o Krakowie opinię bardzo konkretną, ale także dla tych, którzy tej opinii jeszcze sobie nie wyrobili. Ci, którzy zostali uwiedzeni poetycką aurą miasta, spuchną ze zdziwienia, gdy przeczytają, jak pisarze, zgodnym chórem, czy piątek czy świątek, czy to moderna, czy opcja patriotyczna, psioczą na Kraków. Literaci nienawidzili, nienawidzą (i będą nienawidzić?) tego miasta. Może artyści to ludzie „chorzy z nienawiści”? A może to Kraków jest upiornie złym miastem?

Dla bezwzględnych admiratorów „Krakówka” przygotowałem nawet specjalną „listę hańby”, na której widnieją persony urągające czci Stołecznego Królewskiego Miasta, byłej stolicy Polski. Oto ona: Stefan Żeromski (hańba!), Ludwik Waryński (hańba!), Gabriela Zapolska (hańba!), Stanisław Brzozowski (hańba!), Adolf Nowaczyński (hańba!), Tadeusz Peiper (hańba!), Sławomir Mrożek (hańba!), Adam Zagajewski (hańba!), Sławomir Shuty (hańba!), Ziemowit Szczerek (hańba!), Łukasz Orbitowski (hańba!). Lista to długa, a i tak niepełna.

Kraków jest więc może miastem literatury, ale już nie literatów. Wszak ci częściej emigrowali do Warszawy, Zakopanego, a nawet za granicę – byle tylko nie zostać tu i nie sczeznąć od dusznego klimatu lub nie strzelić sobie w łeb – jak zrobił to śp. Michał Bałucki – z powodu niezrozumienia i odrzucenia. Uciekali stąd i ci, którzy chcieli literaturę i kulturę polską odbrązawiać (Boy-Żeleński, Mrożek), uciekali wizjonerzy (Peiper), i współcześni kontestatorzy (Stokfiszewski i inni z pokolenia ’70). Jeśli ktoś zostawał, to nobliwi nobliści (Szymborska, Miłosz) albo endecy (Rostworowski). Bo Kraków literacki to Kraków dla tych, którzy za życia zamienili się w posągi albo dla rozpoetyzowanych knajpianych cyganiątek, dumających cichaczem, że może kiedyś przeistoczą się w posąg, lecz póki co smutnych, bo nic tego nie zapowiada. Nietrudno więc dziwić się papieżowi awangardy, Tadeuszowi Peiperowi, który pożegnał się z tym miastem słowami: Wyjeżdżam w strasznym stanie ducha. W strasznym. W strasznym.[1]

Młoda Polska: zaraza przybyszewszczyzny

Krzywdząco uogólniając, artyści krakowscy dzielą się na tych, co piją i piszą, oraz tych, co tylko piją. Byli też i tacy, co nie pili, np. Jalu Kurek, ale i on, z racji swego czerwonego nosa, uchodził za takiego, co za kołnierz nie wylewa. Jednym z tych, co pił i ostatecznie coś nabazgrał, był Stanisław Przybyszewski. O kulisach jego ekscesów w ramach życia bohemy możemy przeczytać w książce Olczyka. Coś niecoś powinniśmy też pamiętać z liceum, wszak w szkole średniej wszyscy byliśmy trochę zafascynowani dekadentyzmem, nawet jeśli – słusznie! – jest nam teraz z tego powodu okropnie wstyd. Przybyszewski nie zaraził może całego Krakowa tryprem, wszczepił jednak w organizm miasta inną truciznę: przybyszewszczyznę.

Literacki Kraków tak naprawdę nigdy nie otrząsnął się z tej choroby. Do tego stopnia, że i dziś za rzekomym brakiem bohemy (ja mam wrażenie, że co rusz jakąś bohemę spotykam!) różni ludzie ronią łzy, jak np. poeta z kręgu tych, co nie piszą, Maciej Kaczka, który na spotkaniu promującym książkę głośno domagał się powrotu krakowskiej bohemy i rozmów do czwartej rano o poezji w knajpach i prywatnych mieszkaniach. Właśnie w takich praktykach upatruję ducha przybyszewszczyzny: wszędobylskie gadulstwo, alkoholowe konwentykle i niewybredne skandaliki… Ewentualnie gadanie dekadencko-erotycznych wierszy do mikrofonu. To już nawet nie jest sztuka dla sztuki, tylko gadulstwo o sztuce dla gadulstwa o sztuce, co sprowadza się zasadniczo do jednego: zajmowania się samym sobą. W Młodej Polsce Przybyszewski miał jednak godnego antagonistę w postaci innego Stanisława – Wyspiańskiego. Tego, który napisał „Wesele”, ale i został radnym miasta tylko po to, żeby zaprojektować nowe stroje dla służb mundurowych. Ach, co by to było, gdyby wyspiańszczyzna odniosła zwycięstwo nad przybyszewszczyzną? Możemy dziś tylko pomarzyć, bo, niestety, siła destrukcji zwyciężyła siłę tworzenia. Miałeś, chamie, złoty róg

Międzywojnie: awangarda niekochana i ksiądz Matyasik

W dwudziestoleciu międzywojennym Kraków dostał szansę na zmianę swojej reputacji. Oto stał się – chcąc nie chcąc (ale raczej nie chcąc) – miejscem, gdzie swoją przystań znalazła większość awangardy. To po tym mieście jako dandys chodził Bruno Jasieński i inni futuryści, którzy nie ograniczali się do obyczajowych prowokacji i mielenia ozorem – prowokowali bowiem przede wszystkim artystycznie. Tu działali formiści, z Leonem Chwistkiem na czele. Rewolucyjny klimat miasta tworzył też Marian Czuchnowski. Wreszcie to w Krakowie Peiper wydawał „Zwrotnicę” i przesiadywał w Kawiarni Plastyków przy ulicy Łobzowskiej, dopóki, zniechęcony martwotą miasta i skłócony z tymi, którzy jeszcze wczoraj widzieli w nim swojego mistrza, dał drapaka do Warszawy.

Wszystkich łączyło to, że mieli dość mieszczańskiego i zachowawczego Krakowa, oraz – w przeciwieństwie do swych młodopolskich antenatów – próbowali znaleźć inne remedium na ruszenie z posad kostycznego miasta niż dekadencka degrengolada. Produkcja literackich wydarzeń w okresie dwudziestolecia jest imponująca i potwierdza to, o czym już napisałem: to upiorne miasto miało szansę odbić się od dna przybyszewszczyzny i poszybować na futurystycznej trampolinie w rejony, o których dotąd nie śniło. Nie śniło i nie chciało śnić. Awangardziści mieli nawet niezwykłego sprzymierzeńca w postaci księdza Matyasika, który zaprawdę świętym człowiekiem był, skoro wielbił twórczość awangardową i nawet popularyzował ją na łamach prowadzonego przez siebie kato-endeckiego (sic!) „Głosu Narodu”. Niestety jeden ksiądz-awangardysta wiosny nie czyni. Awangarda przegrała nie tylko z konserwatywną krakowską reakcją. Swoje zrobiła też wojna.

Wojna: konspiruj z Karolem i Mieczysławem albo z Tadeuszem

Jeszcze w międzywojniu Karol Wojtyła był jednym z nielicznych, którzy oparli się i twórczości awangardowej, i kawiarniano-pijackiemu życiu artystycznemu. Być może właśnie dlatego nigdy nie został wielkim poetą i choć został papieżem, co jest już dostatecznie ważkim osiągnięciem, nie był to „papież awangardy”, nawet tej kościelnej. Czasy wojenne oczyściły Kraków z literackich sporów między frakcjami zbuntowanych i zachowawczych, wyzwalając jednocześnie zgoła inne, patriotyczne uczucia. W sierpniu 1940 roku mieszkańcy Krakowa na własne oczy widzieli, jak okupujący miasto naziści niszczą symbol miasta – pomnik Adama Mickiewicza. Tragedia wojny na moment zjednoczyła buntowników i mieszczan. Wielu artystów opuściło Kraków, inni (jak Peiper czy Ludwik Puget) zostali aresztowani w symbolicznym dla krakowskiego życia literackiego miejscu – Kawiarni Plastyków. Ci, którzy zostali, najczęściej schodzili do podziemia. Wtedy to nie literatura wiodła artystyczny prym, a dwa teatry: Rapsodyczny Mieczysława Kotlarczyka, gdzie grano głównie sztuki z kanonu wielkiej romantycznej literatury, oraz eksperymentalny Teatr Niezależny Tadeusza Kantora. Działalność artystyczna była jednak zbyt ograniczona, aby mogła w pełni rozwinąć skrzydła i zaproponować nowe idee. Skupiano się raczej na ocaleniu tego, co było.

PRL: koła literatów, znane adresy, liczne donosy

Koniec wojny był zarazem początkiem odbudowy życia kulturalnego w Polsce. W Polsce, czyli również w Krakowie, gdzie ktoś wpadł na niezwykle śmiały pomysł wepchnięcia tej całej hałastry literatów i ich rodzin do kamienicy przy ulicy Krupniczej 22. Odtąd to tam odbywały się skandale z udziałem artystów, m.in. słynna scena przechwycenia Gałczyńskiego z rąk kochanki przez żonę poety, Natalię. To tam opiekowała się artystami słynna pani Lola, w którą później bardzo przekonująco wcielił się Bronisław Maj. Z tym adresem wiąże się jednak też smutna opowieść o szukającej bliskości, śmiertelnie chorej Halinie Poświatowskiej.

W celu zintegrowania środowiska literackiego reaktywowano też Związek Literatów Polskich. Nie ulega jednak wątpliwości, że nowa władza chciała po prostu mieć literatów w garści. Zresztą przez jakiś czas miała. Okres PRL-u został w książce Olczyka słusznie podzielony na lata 1945-1956 i 1956-1989. Czas stalinizmu, gdy literaci wymuszonym bądź szczerym płaczem na łamach czasopism żegnali „Ojca Pokoju”, był wszak czymś zupełnie innym niż okres po dojściu Gomułki do władzy. W książce jednak najciekawsze jest to, co dzieje się poza oficjalnym obiegiem. Interesująco przedstawiają się przede wszystkim losy outsiderów literackich: Andrzeja Bursy, Stanisława Czycza, Wiesława Dymnego, ale i Jana Stoberskiego czy Krzysztofa Niemczyka. Szczególnie Niemczyk na tle oficjalnie wciąż chyba mieszczańskiego, ale ideowo jak najbardziej socjalistycznego miasta, okazał się fircykiem. Chodził z wystruganym ptaszkiem na ramieniu, przywiązał swoją matkę na ławce na Plantach i kazał jej udawać żywą rzeźbę. Niemczyk nie żył poważnie, toteż nikt poważnie go nie traktował – na czym pisarz stracił, ponieważ za życia niemal niczego nie opublikował. Jedyną powieść Niemczyka wydało wydawnictwo Ha!art dopiero w 2007 roku, trzynaście lat po jego śmierci.

Nie da się ukryć, że koła i związki literatów często były kółkami wzajemnego poklepywania się „po pupci”, a nie kolektywną siłą zdolną wytwarzać nowe literackie zjawiska. W tym literatom przeszkadzała jednak przede wszystkim wszechobecna cenzura. Niektórzy więc jako nowego środka twórczej ekspresji wybierali donosy na swoich kolegów po piórze. Nie będę tu tworzył kolejnej „listy hańby”, ale warto wspomnieć o Pawle Jasienicy, na którego donosiła… własna żona. Jest i casus rodziny Terleckich – na Olgierda Terleckiego, który donosił na krakowskie środowisko literackie, doniósł potem jego syn Ryszard, tzn. zlustrował własnego ojca. Grunt to rodzinka!

Im dalej w PRL-owski las, tym więcej drzew. Olczyk ukazuje nam kulisy zaangażowanego politycznie (po różnych stronach barykady) środowiska akademickiego i literackiego. Początek i koniec lat 80. to wybuchy nowych konceptów artystycznych, jak czasopismo mówione „NaGłos” czy powstanie tzw. „trzeciego obiegu”, m.in. „bruLionu”.

Współczesność: trupy bez kawioru, awangarda kontra awangarda

Kraków współczesny to miasto trupów. Artyści jednak z reguły nie strzelali sobie w łeb, jak śp. Michał Bałucki, ani nawet nie przedawkowali kokainy (przypadek Georga Trakla). Odeszli z powodów naturalnych. Na Wawelu miejsca nie zagrzały jednak ciała Miłosza, Mrożka czy Szymborskiej. Zelektryzowały za to wciąż żywych, choć pochłoniętych martwotą miasta, Krakusów. Największa afera miała miejsce po śmierci Miłosza, który ponoć „został wmanewrowany” w poparcie Marszu Równości. Larum podniosły zawsze silne w tym mieście środowiska neoendeckie. Ostatecznie sprawę załatwił list od papieża. Miłosz spoczął na Skałce, i to na tej Skałce „zbudowano” Festiwal Miłosza.

Szymborska spoczęła tam, gdzie chciała, czyli w grobowcu rodziców. Chryja zaczęła się jednak już niedługo po jej śmierci, gdy w kolorowych czasopismach i śniadaniowych telewizjach nekrolans zaczął uprawiać jej sekretarz, Michał Rusinek. Wizerunek noblistki ma teraz poprawiać specjalna nagroda jej imienia przyznawana młodym poetom. Względnie spokojnie było za to po śmierci Mrożka. Pamiętam, padał wtedy deszcz, a Kraków był smutny i jakiś taki małomówny.

Kraków współczesny żyje jednak nie tylko śmiercią wielkich osobistości. Literacka karuzela pędzi dalej. Wbrew temu, co się nieraz mówi (że nic się tu nie dzieje) chciałbym  powiedzieć, że owszem, dzieje się, ale pytanie brzmi: czy chcemy, aby działo się to, co się dzieje? Z jednej strony nie daje o sobie zapomnieć duch przybyszewszczyzny (pijackie degrengolady młodych krzyczących do mikrofonu swe depresyjne wiersze), z drugiej nad miastem krąży widmo mieszczańskiego i zadowolonego z siebie „Krakówka”, którego uosobieniem są elitarystyczne i nudne jak flaki z olejem zabawy profesury. Honor Krakowa ratują festiwale literackie oraz (coraz chyba mniej aktywne) środowiska zaangażowane w promocję nowych zjawisk i młodej generacji twórców (vide: Ha!art). W środowisku twórców zaliczanych do literackiej „lewicy”, czy (jak kto woli) w łonie cybernetycznej awangardy, toczą się spory o jej kształt. Czasy współczesne to także ostatnie podrygi artystycznych prowokacji, czego przykładem są przebieranki Shutego oraz porachunki osobiste (pamiętne odciśnięcie pięści Michała Pawła Markowskiego na twarzy Antoniego Libery).

Tak, książka Olczyka zabawia nas plotką, anegdotą i sensacją. Dlatego polecam ją gorąco moim koleżankom i kolegom z krakowskiego Gołębnika, gdyż bohaterami ostatniej części Życia literackiego w Krakowie są często znane postaci naszej polonistyki.

P.S. Specjalnie nie napisałem nic o Świetlickim, bo ileż można? Admiratorom poety polecam sięgnięcie do książki. Musiałem tu o nim choć napomknąć, by nie wyjść na Barana czy innego Sendeckiego.

korekta: Hanna Colik


[1] J.Olczyk, Życie literackie w Krakowie, Kraków 2017, s. 164.


Mundek Koterba małe

Mundek Koterba
Rocznik ’92. Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim (2017). Wierny kibic Robotniczego Klubu Sportowego Garbarnia Kraków. Gra na banjo.