Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych A PART. Rozmowa z Marcinem Herichem i Moniką Wachowicz

Za nami 23. Festiwal Sztuk Performatywnych A Part. O spotkaniach, przyjaźniach i innych relacjach w świecie sztuk performatywnych rozmawiamy z twórcami A PARTu – Marcinem Herichem, dyrektorem i pomysłodawcą Festiwalu, założycielem Teatru oraz Moniką Wachowicz, koordynatorką Festiwalu, dyrektorką Studia Aktorskiego i aktorką.

teatrapart-logo

Aleksandra Bagińska: Moniko, oprócz tego, że jesteś najbliższym współpracownikiem i przyjaciółką Marcina, jesteś również jego teatralną wychowanką. Od razu obdarzyliście się zaufaniem?                

Monika Wachowicz: Myślę, że tak. Chociaż pełne zaufanie nie przychodzi od razu. To proces. Marcin szukał aktorki do spektaklu „El Niño. Miłość w czasach niepokoju”. Ja byłam wtedy świeżo po szkole aktorskiej w Krakowie. Kilka lat wcześniej również uczestniczyłam w warsztatach realizowanych jeszcze przez Teatr Cogitatur, gdzie nasze drogi z Marcinem się przecięły, ale do współpracy jeszcze wtedy nie doszło. Sam warsztat w Cogitaturze głęboko zapadł w mojej pamięci. Po powrocie z Krakowa szukałam miejsca dla siebie, teatru. Dowiedziałam się, że Cogitatur szuka aktorki do spektaklu „El Niño” i wiedziałam już, że to jest to, czego potrzebuję, czego chcę i że nie pozwolę temu czemuś umknąć. Jak poucza buddyjskie przysłowie: „Kiedy uczeń jest gotowy, przychodzi mistrz”. Bez zaufania nie doszłoby do naszych następnych wspólnych projektów. Podczas pracy z Marcinem zawsze czułam, że mogę ofiarować całą siebie, wyobraźnię, sposób postrzegania rzeczywistości i natury człowieka oraz swoją kobiecość i instynktowność. Zawsze była w tym wymiana partnerstwa i oddania.

Marcin Herich: Dzięki naszym wspólnym działaniom doszło do realizacji wielu cennych, unikatowych projektów artystycznych. Bez tego spotkania Teatr A Part byłby czymś zupełnie innym.

MW: Ostatnio myślałam nawet o swojej przygodzie, drodze z aktorstwem. Kiedy przyszłam do Teatru Cogitatur, czułam się jak „szczeniaczek”. Teraz, patrząc przed siebie i oglądając się wstecz, po raz pierwszy czuję się jak „wilczyca”, która znalazła się w „dzikim lesie” i chce, może dokonywać wyborów, podejmować decyzje. Która wie gdzie i co dalej może ze sobą robić.

teatrapart_variete

Teatr A Part i Theaterlabor Bielefeld „W dżungli historii. Variete”

Koprodukcyjny spektakl „W dżungli historii. Variete” Teatru A Part i Theaterlabor Bielefeld stanowi potwierdzenie tworzenia się bliskich więzi pomiędzy artystami. Często nawiązywane są tego typu zagraniczne przyjaźnie? Na czym polega ich specyfika?

MH: Jak mawia mój serdeczny kolega i współreżyser „W dżungli historii. Variete” Siegmar Schroeder: „współpraca jest możliwa ZAWSZE”. Rzecz w tym, żeby była wola lub potrzeba współpracy i żeby dobrych chęci nie przesłaniało nazbyt wybujałe ego. Kluczem jest szacunek do partnera i skłonność do kompromisu. Podobnie jak w życiu – sytuacje koleżeńskie i okazje do wspólnego działania zdarzają się oczywiście znacznie częściej niż przyjaźnie. Natomiast odkąd język angielski stał się językiem powszechnie używanym, bariery językowe niemal nie istnieją.

Czymś nowym na festiwalu był spektakl dla jednego widza – Teatr A Part i Wojownicy Piękna „Alicja w Krainie Czarów”. Czy widz w tym spektaklu wciela się w rolę powieściowej Alicji?                        

MW: Widz uczestniczy, przemierza świat Alicji. Jest trochę podglądaczem, obserwatorem. Czy ten świat pozostawi w nim ślad, jakąś refleksję?

Przedstawienie stanowi efekt pracy adeptów Waszego nowego, rocznego Studia Aktorskiego. Podczas naszej ostatniej rozmowy kwestia otwarcia Studia zależała przede wszystkim od zainteresowania. Kim byli ludzie, którzy się do Was zgłosili?

MW: Osoby, które się do nas zgłosiły, chciały przeżyć przygodę, doświadczyć czegoś nowego, być może odkryć to, co dotychczas było dla nich ukryte. Niektórzy z nich byli pasjonatami, miłośnikami teatru, tańca – inni chcieli przekroczyć jakieś swoje granice, chcieli poznać metody pracy Teatru A Part i zwyczajnie zgłębić warsztat teatru alternatywnego. W zespole znalazły się również osoby, które zajmują się na co dzień sztuką, pracują w prywatnych teatrach alternatywnych i instytucjach kultury. Pojawiły się u nas z różnych, istotnych dla nich, przyczyn. Nie chcę zdradzać wieku naszych adeptów, ale jest on szalenie rozciągnięty.

Kim stali się adepci po tej kilkumiesięcznej pracy? Jak zrodziło się pojęcie Wojownicy Piękna?


MW: Widzę ogromny postęp w nich jako aktorach. Dostrzegam jak mocno się pootwierali, jak są chłonni pracy teatralnej i transformacji na scenie. Przychodząc do Studia Aktorskiego A Part, każdy z adeptów miał swój cel, chciał coś zrealizować, doświadczyć – łącznie z prowadzącymi. Nasze drogi się spotkały, naznaczyły w jakimś sensie, czego efektem jest spektakl „Alicja w Krainie Czarów”.

Wojownicy Piękna zrodzili się z całego procesu naszego spotkania, podczas zajęć teatralnych. Obserwacje tego, w jaki sposób się uczą, rozwijają, jak chłoną teorię i praktykę oraz wszystko to, co ich tutaj spotkało, doprowadziły mnie do powołania Wojowników Piękna. Podczas warsztatów inspirowałam się również metodą Jana Fabre, belgijskiego artysty, reżysera, zaliczanego do najważniejszych współczesnych twórców teatralnych w Europie. Czytając m.in. zbiór myśli autorstwa Luka Van Den Dries pt. „Corpus Jan Fabre”, znalazłam odpowiedź na to, jakie zadanie powinien mieć w sobie aktor, nazwany przez Jana Fabre „Wojownikiem Piękna”. Dzięki spotkaniu z adeptami i naszej wspólnej, długiej pracy wiem, że sama od dawna również tego w sobie szukałam.

„Alicja w Krainie Czarów”, fot. Rafał Sandecki

Teatr A Part i Wojownicy Piękna „Alicja w Krainie Czarów”, fot. Rafał Sandecki

Skąd wziął się pomysł na tak nietypową formę spektaklu?

MH: Pomysł zrealizowania przedstawienia dla jednego widza jest pomysłem odwlekanym od dwudziestu lat. Wtedy właśnie pojawiły się pierwsze szkice i rysunki, które odnalazłem po latach powkładane w mój egzemplarz „Alicji w Krainie Czarów”. Spokojnie czekały na półce na moment realizacji. Kiedy pojawiła się idea, by z adeptami zrealizować wspólne przedstawienie, od razu pomyślałem o „Alicji”. Wszystkie wątki poukładały się w całość. Miałem do dyspozycji ludzi o wszechstronnych zdolnościach. Pomyślałem, że ciekawym i trafnym zabiegiem będzie podzielenie pracy finalnej na podetiudy – drobniejsze działania, które będą wykorzystywać ich poszczególne predyspozycje, zarówno te zdobyte w pracy z nami, jak i te osobiste, pozateatralne. Taka opowieść składająca się z bardzo wielu wątków była rysem strukturalnym, który już dawno miałem w głowie.

Czy myślicie już o dalszych losach projektu A PART? Wciąż wystarcza Wam sił?

MH: Nie zamierzamy zwijać skrzydeł. Ani w kontekście teatru, ani festiwalu. Jeszcze się zastanawiamy, czy będzie kolejna edycja Studia Aktorskiego w najbliższym „semestrze akademickim”. Nie podjęliśmy ostatecznej decyzji. Być może Studio przybierze formę biennale, czyli będziemy otwierać je co dwa lata. Być może zmieni się formuła i strukturę całoroczną zastąpią krótsze bloki warsztatowe. Zobaczymy.

W planach mamy nowe przedstawienia. W przyszłym roku mam nadzieję zrobić kolejny spektakl plenerowy, których przez wiele ostatnich lat nie tworzyliśmy. Być może zmierzymy się z tym jeszcze raz i – ze względu na wiek zespołu – możliwe, że po raz ostatni. Praca w teatrze plenerowym wymaga nie lada tężyzny i stalowego zdrowia. Starzenie się, niestety, nie sprzyja takiej pracy. Być może właśnie dlatego od pewnego czasu chodzi mi po głowie zajęcie się w plenerze tematem Szekspirowskiego „Króla Leara” (śmiech). Są też różne inne pomysły. Oby wystarczyło nam czasu na ich realizację. Przygotowujemy też kolejne podróże teatralne. We wrześniu pokażemy na przykład przedstawienie solowe Marleny Niestrój „Więzy” na festiwalu tańca współczesnego „Edanco” w Santo Domingo na Dominikanie. Wszystko toczy się we właściwym kierunku, do przodu i z energią artystyczną.

Teatr A Part „El Niño. Miłość w czasach niepokoju”

Teatr A Part „El Niño. Miłość w czasach niepokoju”

Jak wygląda Wasz kontakt z odbiorcami Festiwalu A PART?

MW: Czasami widzowie piszą do nas, dziękują nam osobiście za spektakle, za festiwal. Zdarza się, że zaraz po przedstawieniu podchodzą, kontaktują się z nami, rozmawiają, dzielą się swoimi przeżyciami. Posiadamy informację, że niektórzy widzowie co roku czekają na nasz festiwal. Jedna ze stałych uczestniczek powiedziała mi, że czas Festiwalu A PART jest jedyną chwilą w roku, w której specjalnie wynajmuje nianię dla dzieci. Czeka, aby ten moment spotkania ze spektaklami, bohaterami i historiami był tylko dla niej.

MH: Przez cały rok mamy do czynienia z recepcją festiwalu – temat jego poprzednich i kolejnych edycji pojawia się nieustannie w rozmowach z widzami. Nasze konkretne przedstawienia, prezentowane głównie na festiwalu, jak np. „Faust”, mają też swoich wiernych fanów. Jest grupa miłośników tego właśnie tytułu, która pojawia się na przedstawieniu bez względu na to, gdzie je gramy. Pojechała za nami nawet do Niemiec. Przez cały rok funkcjonuje nasza strona internetowa, jesteśmy aktywni również na Facebooku. Mamy kontakt z widzami. To nie jest tak, że festiwal się kończy, znikamy na kilkanaście miesięcy i pojawiamy się znienacka. Festiwal żyje przez cały rok.

Korekta: Miłosz Markiewicz

Tekst pierwotnie ukazał się w gazecie Festiwalu Sztuk Performatywnych A PART „Na stronie”.

Aleksandra_Baginska.kolor-cropAleksandra Bagińska – od trzech lat redaktor naczelna gazety festiwalu A PART „Na Stronie”. Koordynatorka wielu projektów, kierownik produkcji w HOLE Films. Pasjonatka sztuki współczesnej, teatru, animacji kultury oraz jazzu. Lubi zmieniać perspektywy patrzenia.