„Martwe wody”, reż. Bruno Dumont

Bruno Dumont w swoim najnowszym filmie – „Martwych wodach” – stworzył świat absurdalnej baśni. Scenerią, w której rozgrywa się dość oszczędna akcja, okazuje się flandryjskie wybrzeże, gdzie częstszym widokiem są skorupki muli niż widok ludzi, którym można w pełni zaufać. W ten odrealniony porządek świata została wpisana intryga kryminalna, której rozwiązania będzie poszukiwać para policjantów śledczych, przypominających Flipa i Flapa. Idylla niespiesznego życia na wybrzeżu zostaje zakłócona przez tajemnicze zniknięcia ludzi, którzy bardziej pasują do arystokratycznego świata rodem z książek Marcela Prousta. Groteskowe śledztwo to tylko fabularny pretekst, by opowiedzieć historię o ubogich rybakach, pretensjonalnych arystokratach oraz ludzkich namiętnościach.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Zarówno sportretowana w „Martwych wodach” uboga flandryjska rodzina rybaków, jak i sam reżyser, żywią się materią, z której wyrastają. Najnowszy film Dumonta to bowiem postmodernistyczne wchłanianie kina gatunkowego – wykorzystano w nim mechanizmy żywcem wyjęte (korzystając z metaforyki artystycznego kanibalizmu) z kina noir, komedii slapstickowej, a także romansu. Rezultatem jest opowieść, która za pośrednictwem oszczędnej kryminalnej fabuły próbuje zdiagnozować kondycję człowieka przełomu XIX i XX wieku.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Schyłkowość, która jest wręcz groteskowo przedstawiona przez regularne powtarzanie tych samych gagów (co chwila przewracający się komisarz śledczy z wyraźną nadwagą), jest głównym tematem „Martwych wód”. Dumont próbuje opowiedzieć koniec belle epoque (akcja dzieje się w 1910 roku), karykaturalnie tworząc wizerunki poszczególnych bohaterów, którzy stają się surrealistycznymi widmami, nawiedzającymi surowe przestrzenie flandryjskiego wybrzeża. Metafora widmowości nie jest przypadkowa, gdyż osią fabularną filmu jest kryminalna zagadka znikających w tajemniczych okolicznościach ludzi z wyższych sfer.

Największą wadą filmu jest mechaniczne powtarzanie specyficznych scen, zachowań i motywów. Przez tak dobraną narrację ulatuje gdzieś to, co najbardziej realne w tej historycznej opowieści: portret człowieka miotanego afektami i namiętnościami. W związku z tym dekadencki slapstick Dumonta sprawia wrażenie sztukmistrzowskiego kaprysu. Regularne piętrzenie kolejnych warstw karykatury, nienaturalnego humoru i maszynowego ironizowania przypomina popisową żonglerkę, która przez swoją pierwszoplanową efektowność staje się pretensjonalna.

Martwe wody materiały prasowe3

fot. materiały prasowe

„Martwe wody” nie są jednak totalnie zdominowane gatunkową fanaberią Dumonta. Mimo historycznego kontekstu filmu, można przemycić szalenie ważną tezę, która idealnie przylega do ram naszej nowoczesności. Znikająca i pogrążająca się we własnym szaleństwie oraz groteskowej emfazie arystokracja (świetna Juliette Binoche w roli nieobliczalnej neurotyczki) konfrontowana jest z surową melancholią nizin społecznych, czyli ubogich rybaków (granych przez naturszczyków). To pękająca opozycją, która nie ma już zdolności kreowania przekonującego obrazu rzeczywistości. Dumont pod grubą warstwą artystowskiego wyrachowania ukrył ważną myśl, by wyzbyć się myślenia o świecie i o drugim człowieku przez pryzmat binarnych opozycji – bardziej dzielących niż jednoczących. Estetyka przedstawienia takiej myśli narzuca skojarzenie z Witoldem Gombrowiczem, którego twórczość była podobnie wywrotowa. I to jest ostateczny stan wyczerpania, który pozwala wznieść się ponad melancholijny chłód piasków flandryjskiego wybrzeża. Wznosi się również pulchny komisarz Machin, który swoją korpulentną sylwetką oraz elegancją kostiumu przypomina żałobny czarny balon, puszczony niedbale przez nierozważne dziecko.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

I właśnie takie są „Martwe wody”. Absurdalnie eleganckie, lecz przy tym sennie odrealnione. To tylko popisowy pozór Dumonta, gdyż jego nowe kino to zdecydowanie coś więcej niż niepołączony zbiór absurdalnych i groteskowych momentów.

Ocena:

żarówki 4jpg-01

korekta: Hanna Kostrzewska


Michał Trusewicz – rocznik 95′. Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Publikował w Internecie (np. Popmoderna) oraz na papierze (Fabularie). Współtworzył pismo kulturalne UW/AŻAJ. W 2016 wydał swoją książkę poetycką „Zakwity”.