Ludzie teatru tańca – #3 Filip Wójcik

FILIP WÓJCIK – absolwent Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Gdańsku i krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu. Człowiek pełen energii, szczery, zdystansowany wobec siebie i otaczającego go świata.

1555336_606282956092815_1438799034_n
Szymon Michlewicz-Sowa: Kiedy przyszedłeś do szkoły teatralnej byłeś już absolwentem szkoły baletowej. Jak czułeś się na zajęciach, na których początkowo ćwiczyliście elementy już wiele lat temu przez Ciebie przerobione?

Filip Wójcik: Początkowo błędnie założyłem, że to wszystko będzie bardzo proste. Po czym okazało się, że w tańcu współczesnym sposób generowania ruchu wygląda zupełnie inaczej, np. jeśli chodzi o kwestię rozmieszczenia ciężaru ciała. Podczas pierwszych rozmów semestralnych zwrócono mi uwagę, że w tańcu współczesnym można wykorzystywać pewne jakości ruchowe nabyte na lekcjach klasyki, lecz tutaj priorytetem nie jest estetyka ruchu, a jego funkcjonalność. Zacząłem wtedy uważniej słuchać pedagogów. Jest tak, że przyjeżdżając do Bytomia nagle masz pełno sińców – od tańca oczywiście! (śmiech) Na zajęciach ze współczesnego zostajesz puszczony na głęboką wodę. Kiedy tańczysz 9 lat na stojąco, to nie jest łatwo nagle zaprzyjaźnić się z podłogą, co chwilę na nią upadać, wstawać, „pływać” po niej. Początkowo toporna współpraca z podłogą z czasem zamienia się w „płynną” świadomość ciała i przestrzeni. Tańczymy, balansując na granicy upadku, ale dzięki temu zwiększa się świadomość ciała i ruchu.

Pochodzisz z Sopotu, oddalonego o kilkaset kilometrów od Bytomia. Skąd dowiedziałeś się o szkole?

Kiedy byłem w baletówce, intuicyjnie szukałem odskoczni od jej rygoru, uporządkowania, od piękna, czystości i… nudy. Zawsze miałem tak zwany „charakterek” i właśnie on pomógł mi przetrwać. W tańcu klasycznym osobowość tancerza jest na szarym końcu. Oczywiście wielcy tancerze, tacy jak Barishnikov, są zaprzeczeniem tej tezy. Ich wewnętrzna charyzma, której nie stłamsił rygor, jeszcze bardziej rozświetla gatunek sztuki, którą uprawiają. Być może trudne warunki czasem pomagają rozkwitać, ale nie wszystkim. Wracając do pytania – po tygodniu klasyki i słuchania rozkazów, nie mogłem się doczekać, by wreszcie iść na piątkowe kółko teatralne w MDK Sopocie (pozdrawiam panią Krystynę Cyberską). Zajęcia aktorskie to było coś, na co czekałem cały tydzień przy drążku. Zajęcia, podczas których (paradoksalnie) można było być sobą. Miejsce, w którym się śmiejesz, opowiadasz o czymś co Cię porusza i okazuje się to być wartościowe! Co więcej, nauczyciel chce byś mówił, nawet jeśli komuś wydaje się, że to tylko jakieś dyrdymały, i twierdzi, że to ciekawe, i że możemy nawet zrobić z tego sztukę! „Naprawdę!?” – nie dowierzałem. To wspaniałe! Czyż nie taka powinna być szkoła? Miejscem, w którym słucha się dzieci, a nie tylko do nich mówi.

Taka była moja pierwsza odskocznia: świat aktorstwa. Drugą odskocznią były dla mnie środowiska reggaeowo-dreadowo-bębnowo-jogiczne. Wtedy poszedłem pierwszy raz na kurs organizacji Art of Living, gdzie poznałem Tatianę Kamieniecką. To ona powiedziała mi o tym wydziale. Chciałem też zdawać na wydziały dramatyczne, ale podejmując studia w Warszawie czy Krakowie skreśliłbym to, czym zajmowałem się przez wiele lat mojego życia. W Bytomiu mogłem połączyć obie pasje.

„Jak wam się podoba” reż. Brian Michaels

„Jak wam się podoba” reż. Brian Michaels

Gdybyś mógł rozpocząć studia od nowa, mając obecny bagaż doświadczeń, zmieniłbyś coś?

Moja dziewczyna studiuje na WTT. Ma 26 lat. Poniekąd zazdroszczę jej tego, że dość późno się tutaj znalazła. To nie zabrzmi dobrze, ale siłą rzeczy mając 19 lat, idąc na jakiekolwiek studia, często traktujemy je trochę jak przedłużenie liceum. Myślę, że gdybym zaczął studia z wiedzą, którą mam teraz, wręcz „pożerałbym” teksty na filozofię, do których wtedy musiałem się zmuszać. Nie podchodziłbym też do rozmów semestralnych jak do konfrontacji. Teraz nie próbowałbym niczego udowadniać pedagogom. Wszyscy mamy swoje wady i zalety, gorsze i lepsze dni. Raczej starałbym się ich wysłuchać i czerpać z tego, co mają najlepszego do zaoferowania.

Niemniej jednak bardzo dobrze wspominam czas spędzony w Bytomiu. To miejsce ma w sobie coś, co pozwala wszechstronnie się rozwijać. Nie ma też takiej konkurencji jak na bardziej popularnych, stricte dramatycznych wydziałach. Obserwuję z roku na rok coraz większe zainteresowanie naszym kierunkiem, a więc: czytelnicy mówię do Was! Bytom może nie jest piękny jak Kraków, ale uczelnia jest świetna! Wspaniali ludzie, mega dużo wiedzy i pasji. Jest tu bardzo rodzinnie. Zdawajcie do nas! Możecie być później aktorami, tancerzami, performerami, kim tylko zechcecie. Gdyby Grotowski wiedział, że istnieje WTT, na pewno by teraz zdawał do nas!

Kiedy patrzysz na absolwentów naszego wydziału i na obecnych studentów, nie masz wrażenia, że tutaj uczymy się nie tylko jak być aktorami, tancerzami, ale że jest to przede wszystkim szkoła życia?

To indywidualna sprawa, ale rozumiem co masz na myśli. Uczymy się czegoś, co potem przydaje się w życiu zawodowym. Na pierwszym roku prof. Święch uczy, by zawsze po zejściu ze sceny szanować to, co się na niej zrobiło, nawet jeśli ma się wrażenie, że było to nieudane. Potem takie podejście daje o sobie znać. Przypomina, że bardzo ważny jest komfort pracy, z której może powstać coś interesującego. Przede wszystkim to my mamy czuć się gotowi do pracy i mamy ją lubić, co w konsekwencji przynosi pożądane efekty. Natomiast mniej interesująca staje się perspektywa, która w tym świecie jest niestety powszechna – robić sztukę po trupach do celu. Miewałem takie sytuacje w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Czy takie podejście nie przekreśla hipotetycznego dzieła już od początku?

10547455_803305206376689_8125670678968129335_n
Pamiętam, że przygotowując się do egzaminów do szkoły teatralnej, wielu moich znajomych mówiło, że etat w teatrze byłby spełnieniem ich marzeń.

Musieliby sobie zadać pytanie, czy wolą robić coś, co ich naprawdę kręci, czy też coś trochę wbrew swoim zainteresowaniom, np. za wszelką cenę wystąpić w telewizji. Są różne typy osobowości. Jedni wolą obserwować, inni rywalizować. Każdy z nich musi znaleźć dla siebie warunki, w których najlepiej działa, koegzystuje z otoczeniem. To ty musisz odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla ciebie ważne. Wolność czy bezpieczeństwo? Podstawowy konflikt filozofów. Gdybym trafił do teatru komercyjnego zaraz po szkole baletowej, to zapewne cieszyłbym się, że robię coś istotnego. Jednak po tak poszerzających horyzonty studiach, punkt ciężkości moich zainteresowań jest zupełnie inny.

Czego wartościowego nauczyłeś się w pracy na etacie w Teatrze Rozrywki?

Nauczyłem się jak iść na kompromisy. Czasami musisz szybko zrobić projekt. Nie ma miejsca na dyskusje, trzeba od razu wykonywać powierzone zadania. Teatr w pewnym sensie sprowadza cię do roli rzemieślnika, co nie oznacza, że masz ukrywać swój potencjał ­– po prostu dopasowujesz się do konkretnej sytuacji i odpowiednio go wykorzystujesz. W tak dużej instytucji masz kontakt z pracą nastawioną na natychmiastowy efekt. Zdarzyło mi się także pracować w innych miejscach z ludźmi, którzy zasłaniali się pracą procesową, czyli długotrwałą. Jednak po pewnym czasie zorientowałem się, że chyba sami do końca nie wiedzieli, co chcą stworzyć. Myślę, że połączenie tych dwóch skrajności wzbogaca. Jestem gotowy na różne warunki pracy.

„Esta i Andro”, reż. Eryk Makohon

„Esta i Andro”, reż. Eryk Makohon

Występujesz w musicalu „Karol”, opowiadającym o życiu papieża, wyreżyserowanym przez Krzysztofa Korwina-Piotrowskiego. Niedawno, bo 25 lutego bieżącego roku, miała miejsce premiera tego widowiska w TAURON Arenie Kraków. Jakie są Twoje odczucia po zagraniu spektaklu, którego polska publiczność niecierpliwie wyczekiwała?

Przede wszystkim niezwykle miło wspominam pracę nad tym spektaklem. Poza partiami, w których tańczę, udało mi się dostać kwestie mówione, co uważam za mały sukces. Poznałem wiele nowych osób, zyskałem nowe spojrzenie na pracę nad wielkimi produkcjami. W tym spektaklu można się wzruszyć, wspominając papieża. Nie brakuje jednak humorystycznych scen. W jednej z nich gramy z moim kolegą ze studiów, Krzysiem Mikołajczykiem, rolę księży i toczymy walkę na kadzidła – wymachujemy nimi, jakby to było nunczako. Zastanawiam się, co wtedy myślał sobie kardynał Dziwisz, który był na widowni. (śmiech). Z przymrużeniem oka przyglądam się także recenzjom tego spektaklu. Widzę, że ich charakter i sposób oceny w dużej mierze zależy od tego, po jakiej stronie politycznej opowiada się dana redakcja.

Podsumowując decyzję, by podjąć studia na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu uważasz za trafną? Osiągnąłeś to, o czym marzyłeś?

Wolę realizować mniejsze projekty, w których mogę grać duże role, niż robić wielkie projekty, w których jestem tylko jednym z elementów. Lubię tańczyć, ale kocham aktorstwo. Jako tancerze często jesteśmy częścią zespołu, a to uczy wielu istotnych cech: pracy w grupie, sztuki kompromisu, pokory. Ale mimo wszystko istotniejsza niż bycie na dużej scenie, jest dla mnie radość, która wiąże się z pracą nad rolą. Między innymi z tego powodu zrezygnowałem z etatu w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Marzę o posiadaniu małego laboratorium gry aktorskiej, które stworzył we Wrocławiu Jerzy Grotowski – przestrzeni, gdzie można myśleć, analizować, sprawdzać, co działa, a co nie. Ostatecznie trzeba również zwyczajnie zarabiać pieniądze. Obecnie szukam kompromisu między tymi dwiema skrajnościami, angażuję się w różne projekty. Dla niektórych zaciskam pasa, by przeżyć coś fascynującego, innym razem angażuję się w coś komercyjnego, ale dbając o to, aby dobrze się przy tym bawić, znaleźć coś dla siebie. Zagrałem ostatnio w kilku etiudach filmowych. 48 Hour Film Project Poland w 2015 roku, jako najlepszy obraz w edycji katowickiej wyłonił „Pod powiekami” w reżyserii Tomka Berka, umożliwiając mu tym samym uczestnictwo w dalszej części konkursu w USA. Później Bartek Bala zaprosił mnie do etiudy, w której miałem przyjemność wystąpić u boku Artura Barcisia. Ta produkcja również wygrała na Festiwalu Filmowym w Gdyni, jako najlepszy film wspierający kampanię „Legalnej kultury”. Już od trzeciego roku studiów gram w Gdyni postać Bobbiego Franklyna w popularnej farsie Mayday. W zeszłym roku na ŚDM występowałem podczas koncertu o Janie Pawle II. Myślę sobie, że chyba będę święty (śmiech). W ramach tego projektu w Krakowie miałem szansę współpracy z Maćkiem Florkiem. Stęskniłem się za jego nietypowymi choreografiami. W wakacje wystąpię w ramach Festiwalu ULICA w Krakowie w jeszcze bardziej nietypowym spektaklu „Estra i Andro” w reżyserii Eryka Makohona, którego miałem przyjemność poznać jeszcze jako wykładowcę na WTT.

„Transdyptyk”, reż. Anna Piotrowska

„Transdyptyk”, reż. Anna Piotrowska

Dla niektórych osób etat byłby bezpieczniejszy, ale sprawia on, że tworzymy pod pracodawcę, bo też na nic innego nie ma czasu. Cieszę się , że mogę występować w różnych środowiskach, tworząc tak różne projekty. Być może jeszcze zatęsknię za bezpieczeństwem jednego, stałego miejsca. Na razie chcę wykorzystywać aktywnie wiedzę i umiejętności, którą przyswoiłem na studiach. Chcę się rozwijać, nie będąc zmuszonym do tworzenia tylko jednego gatunku teatru.

Korekta: Marta Rosół


Szymon Michlewicz-Sowa – student krakowskiej PWST na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu. Kocha ruch, teatr, naturę, muzykę i podróże. Wierzy, że nie ma złych ludzi. Są tylko zagubieni. Fan Doroty Masłowskiej, Beaty Pawlikowskiej i Osho.