Rosk, Saule, [::] – relacja z koncertu w Katofonii

Niedzielny koncert w Katofonii? Czemu nie. Ciężkie dźwięki w miejscu okraszonym bluesowym klimatem? Jak najbardziej! Scena lokalu słynie przede wszystkim z cotygodniowych jam session, na których cyklicznie pojawiają się te same twarze. Innego rodzaju eventy to ostatnio rzadkość, a tu nagle niespodzianka: Rosk, Saule, [::].

Koncert metalowych zespołów, prezentujących awangardowe odmiany gatunku. Na scenie zaprezentował się Rosk zespół, który emanował raz to „ścianą dźwięku”, raz klimatycznym, psychodeliczno-depresyjnym brzmieniem. Muzyka wyławiała najciemniejsze zakamarki ludzkiej świadomości. Anihilacja, ból i nihilizm to określenia najlepiej opisujące to, czym artyści emanowali na scenie i nie tylko muzyka miała w tym wypadku kluczowe znaczenie. Na ścianie mogliśmy dostrzec wizualizacjeę przedstawiająceą gałęzie drzew, krzyże, turpistyczne krajobrazy, którym charakteru dodawało operowanie odcieniami szarości. Muzycy nie skupili się wyłącznie na prawidłowym odgrywaniu dźwięków, ale odprawiali swego rodzaju rytuał. Niebagatelną rolę odegrała dwójka wokalistów, ekspresyjnie się uzupełniających: z jednej strony przez połączenie krzyku, growlu i czystego śpiewu, z drugiej – dopalających się elektronicznymi efektami.

katofonia

Po zakończonym występie przyszedł czas na Saule. Choć Rosk zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko, młodzi muzycy z Saule klimatycznie kontynuowali podboje publiczności. Utwory były mieszanką dojrzałości muzycznej i ogromu pracy włożonej w materiał, jednak postawa muzyków sprawiała, że mogłaby być ona równie dobrze puszczona z CD. Statyczni artyści (jak się potem okazało) byli zestresowani z powodu braku obycia ze sceną, co nie przeszkodziło im dobrze zaprezentować warsztatu muzycznego. Szczególną uwagę należy zwrócić na perkusistę, w którego instrumentarium znalazła się butelka wypełniona piaskiem, służąca za narzędzie do uderzania w kocioł.

katofonia2

Gwiazdą wieczoru był „[::]”. Tak, cztery kropki to nazwa zespołu. Gitara, bas i perkusja – tyle trzeba, by zabrać słuchacza w progresywno-metalowy, ociekający ekspresjonizmem i muzyczny świat. Połamane rytmy i dysonansowe interwały wprowadzały słuchaczy w trans; była to istna muzyczna ekstaza. Zlepek dźwięków podbity polirytmicznymi zapędami perkusisty potęgował patos. Rozczarowującym aspektem występu była długość setu koncertowego, który został znacznie skrócony, ale nie z winy muzyków. Gdy dźwięki ustały, wszyscy stwierdziliśmy zgodnie: brawurowy koncert. Było to wydarzenie wyjątkowe i niepowtarzalne. Oby w Katofonii częściej odbywały się tego typu koncerty!

tekst: Tomasz Ziarko