Nie oceniaj książki po okładce. O „Filmoterapii” Małgorzaty Kozubek

Książka Małgorzaty Kozubek „Filmoterapia” ma intrygującą okładkę, na której widzimy bohatera „Mechanicznej pomarańczy” w słynnej scenie oglądania ruchomych obrazów pod przymusem. To szokujące zestawienie tytułu i kadru sugeruje podjęcie pewnej gry z pojęciem „filmoterapii”. Niestety, zawartość książki nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

W kino zacząłem wierzyć, kiedy wybrałem się do niego po raz pierwszy (na „Króla Lwa” w 1994 roku – jak większość osób z mojego pokolenia). Jakieś dwadzieścia lat później zostałem filmowym apostatą, skrajnie zmęczonym wtórnymi narracjami i ciągłym patrzeniem w prostokątny ekran. Mam też ograniczone zaufanie do psychoterapii, która w wielu przypadkach owszem, może w czymś pomóc, ale w ostatecznym rozrachunku zawsze jest procesem wpisywania pacjenta/klienta w ramy pewnych norm.

Nie chcę ukrywać swojego sceptycyzmu do samego pojęcia „filmoterapii”. Trudno mi wyobrazić sobie potencjał terapeutyczny czegoś tak zwalniającego z obowiązku interakcji jak film (chyba że mówimy o kręceniu filmów jako terapii, ale o tym później). Miałem nadzieję, że poprzez lekturę książki Małgorzaty Kozubek ów sceptycyzm zostanie rozwiany. Niestety, tylko się pogłębił.

"Mechaniczna pomarańcza", materiały prasowe

„Mechaniczna pomarańcza”, materiały prasowe

„Filmoterapia” to doskonały przykład akademickiej pisaniny dla samej pisaniny. Uniwersytecka sztuka dla sztuki (dla punkcików, dla tytułu). Mamy tu więc wstęp, zdanie sprawy ze stanu badań, część teoretyczną, praktyczną – i zawadiackie „między teorią a praktyką”, niby wyłamujące tok wypowiedzi ze schematu. Ale schemat ten jest znany każdemu, kto liznął uniwersyteckiego życia (i literatury), i nie da się czytelnika tak łatwo oszukać. Zwłaszcza, że z kolejnych stron po prostu wieje akademicką nudą.

Rozumiem, że jest to rozprawa doktorska, co wymaga spełnienia pewnych standardów „naukowości”, jednak zawsze można dostosować tekst do druku. Co więcej, w tym przypadku „standardy naukowości” starają się po prostu przysłonić fakt, że autorka nie ma w kwestii filmoterapii nic do powiedzenia. Co gorsza, jej wywód jest anachroniczny (żeby nie powiedzieć wsteczny) i bazujący wyłącznie na perspektywie filmoznawczej, co radykalnie go ogranicza.

"Mechaniczna pomarańcza", materiały prasowe

„Mechaniczna pomarańcza”, materiały prasowe

Zacznijmy od tego, że autorka pisze o „psychoterapii” w ogóle, nie rozróżniając jej poszczególnych nurtów, obok siebie cytując Freuda i Eriksona. Nawet jeśli uznamy, że nie jest to istotne, bo przecież film może być wykorzystywany w każdego rodzaju terapii, szybko pojawiają się kolejne wątpliwe kwestie. Kozubek swoją wizję filmoterapii buduje na paraleli z biblioterapią, co prowadzi do traktowania filmu wyłącznie w kategorii opowiadania i przetwarzania mitu. Autorka „Filmoterapii” uznaje walory wizualne filmu za nieistotne dla procesu terapeutycznego.

Na kilkudziesięciu stronach tekstu Kozubek rozprawia się z psychoanalityczną teorią filmu, próbując ją obalić, wyważając tym samym otwarte drzwi. Jednocześnie nie przytacza kluczowych w tej kwestii nazwisk Davida Bordwella i Kristin Thompson, autorów bodaj najpopularniejszej alternatywy dla filmowej psychoanalizy – kognitywnej teorii filmu. Brakuje tu zresztą wielu perspektyw, które być może rzuciłyby interesujące światło na kwestię filmoterapii. Jest za to udowadnianie, że kino popularne „też jest spoko” i można leczyć zarówno Bergmanem, jak i „Stowarzyszeniem wędrujących dżinsów 2” (tak, tę jakże odkrywczą tezę znajdujemy w książce z 2016 roku).

"Mechaniczna pomarańcza", materiały prasowe

„Mechaniczna pomarańcza”, materiały prasowe

W tym wszystkim mrowią się bezrefleksyjne użycia pojęć takich jak „kultura masowa”, „płeć” czy „trudna młodzież”. Niby pojawia się jakieś zastanowienie (a raczej akademickie i zwalniające z myślenia zdanie sprawy ze stanu badań) nad kluczowymi dla wywodu terminami „projekcja-identyfikacja” i „katharsis”, ale nie wnoszą one niczego nowego do tzw. dyskursu. Szkoda, bo to pojęcia, o których trochę zapomnieliśmy i być może dobrze byłoby je porządnie odkurzyć i zobaczyć, w czym mogą nam dziś pomóc.

Obietnicy nie spełnia nie tylko okładka, ale też sam tytuł. Perspektywa Kozubek jest bowiem zbyt wąska. Choć autorka rozróżnia filmoterapię na bierną (oglądanie i rozmawianie o filmach) i czynną (kręcenie filmów), to skupia się tylko na tej pierwszej. W dodatku w części praktycznej zajmuje się wyłącznie pracą z „młodzieżą społecznie niedostosowaną” (czy to pojęcie również nie wyszło z użycia?). Szkoda, bo „filmoterapia czynna” wydaje się kwestią zdecydowanie zbyt ciekawą, by zbyć ją dwiema stronami tekstu i przywołaniem Jonathana Caouette’a oraz Marcina Koszałki.

"Mechaniczna pomarańcza", materiały prasowe

„Mechaniczna pomarańcza”, materiały prasowe

„Filmoterapia” jest również książką pełną wewnętrznych sprzeczności. Najpierw autorka naśmiewa się z popularnych amerykańskich poradników filmoterapeutycznych, konstatując, że nie ma uniwersalnych filmów, które można przepisać pacjentom z konkretnymi problemami, by kilkadziesiąt stron później udowadniać, że „Gwiezdne wojny” są doskonałym filmem terapeutycznym w ogóle.

Przygodę z „Filmoterapią” Małgorzaty Kozubek bez żalu zakończyć można na obejrzeniu okładki, która w swoim zamyśle jest naprawdę świetna i mówi o filmoterapii zdecydowanie więcej niż sam tekst. Na niemal 350 stronach książki nie znalazłem dla siebie niczego interesującego i jestem przekonany, że niczego nie wyniosą z nich również filmoznawcy, terapeuci ani nikt, kto mógłby po prostu być zainteresowany tematem.  Przysłowie „nie oceniaj książki po okładce” wybrzmiewa w kontekście doktoratu Kozubek bardzo przewrotnie.

Ocena:

żarówki 1jpg-01


Paweł Świerczek
Paweł Świerczek – dziennikarz, kurator, manager i producent kultury, absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim. W latach 2012-2016 związany z Ars Independent Festival, producent wykonawczy katowickiej edycji 48 Hour Film Project (2014-2016). Jako dziennikarz współpracował m.in. z gazetą festiwalową „Na horyzoncie” przy MFF T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu, „EKRANami”, „artPapierem” i „Gazetą Wyborczą”. Zdobywca wyróżnienia w dedykowanym młodym krytykom filmowym Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka w 2012 roku.