Regały Sztuki: Historia światła

Fotografia nie jest niczym innym, jak tylko kolejną manifestacją, do czego zdolne jest światło w rękach człowieka.
J. Němec, Historia światła, s.132

Dawno temu uczyłem się rysunku i kilku innych rzeczy związanych ze sztukami pięknymi. Jeden z nauczycieli, widząc jak nie radzę sobie z modelem, powiedział: Spójrz na to, jak na czarno-białą fotografię – przestrzeń to zabawa światła i cienia, bieli, czerni i szarości pomiędzy nimi. I właśnie o tym jest powieść Jana Němca – o świetle, cieniu i wszystkim tym, co jest pomiędzy.

Jeden z odważnych aktów Franciszka Driktola

Jeden z odważnych aktów Franciszka Dritkola

Pierwszym, co uderza w „Historii światła”, jest jej monumentalność. Wydawca obiecuje biograficzny fresk – brzmi górnolotnie, jednak fabuła obejmuje ponad pięćdziesiąt lat na tle burzliwych wydarzeń minionego stulecia, które porządkują losy głównego bohatera. Mimo tego, że jest to powieść biograficzna, życie Franciszka Dritkola przybiera formę uniwersalnej opowieści o dorastaniu, dojrzewaniu, trudnych wyborach i samotności.

Mottem powieści jest cytat z Samuela Becketta „Do diabła z pierwszą osobą”, któremu autor pozostaje wierny i prowadzi narrację w drugiej osobie. W ten przewrotny sposób główny bohater zostaje w pewien sposób wyeliminowany z opowieści, a na jego miejscu staje czytelnik – choć nie jest to rozwiązanie nowe to, co warto zaznaczyć, to fakt, że mamy do czynienia z powieścią biograficzną. Niezwykle fascynujące staje się to w momencie, w którym młody Drtikol uczestniczy w wykładach w Monachium, a my stajemy się mimowolnie ich uczestnikami. Odkrywamy wtedy, że nie jest to tylko powieść o znanym fotografie, ale też solidny rekonesans stanu wiedzy o optyce, filozofii i historii sztuki na początku XX wieku.

nemec_reflektor1

„Historia światła” to publikacja wydawnictwa Książkowe Klimaty

Minione stulecie jest drugim po Franciszku Drtikolu bohaterem powieści – chociaż autor unika dat i konkretnych historycznych wydarzeń, całość fabuły przenikają realia, które w niezwykły sposób budują atmosferę książki. Akcja rozpoczyna się w górniczym miasteczku umęczonym dziewiętnastowiecznym przemysłem. Ta część powieści ma oblicze umorusanego górnika, jest przesycona realizmem balansującym niejednokrotnie na granicy dobrego smaku. Początek dwudziestego wieku przynosi wiarę w człowieka, a secesyjne ornamenty splatają się z zachwytem bohatera nad naturą. Wielka wojna, w której walczy za obcego cesarza, przynosi kres młodzieńczej sielance i pozbawia złudzeń. Po niej przychodzi czas na optymizm lat 20. i rozwój sztuki. A wszystko to w towarzystwie praskiej bohemy, której portret dodaje powieści niezwykłego charakteru. To za sprawą Erviny – żony głównego bohatera, która jest szalenie rozczarowana, że do ślubu jadą zwykłym powozem („zupełnie jak u Dickensa”), a nie dorożką zaprzężoną w strusie – do powieści przenika międzywojenny szyk, awangarda i koloryt epoki. Wraz z wiekiem, kiedy cichną fokstroty szalonych lat 20., bohater wycisza się i w buddyzmie szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania.

Na drugim planie zostają sportretowani najbliżsi Drtikola – wraz z upływem czasu obserwujemy zmieniających się rodziców i rodzeństwo bohatera. Uczestniczymy nie tylko w procesie dojrzewania i inicjacji bohatera, ale także w akcie starzenia się, a nawet – można by rzec – współ-starzenia. Wszystko to przedstawione jest z największą wrażliwością, niezwykłą dla młodego skądinąd pisarza. Urzekające są tu symboliczne elementy, które pojawiają się w poszczególnych fragmentach powieści i noszą znamiona realizmu magicznego – ciężarna staruszka zapowiadająca śmierć, pies przychodzący po swojego pana z zza światów, czy zmarły górnik przepowiadający przyszłość z ołówka, który mały chłopiec dostał od ojca.

„Historia światła” jest też opowieścią o samotności i niedostosowaniu – ten, kto idzie własną drogą, prędzej czy później zostanie na niej sam. Każdy, kto podejmuje ryzyko życia po swojemu, będzie musiał zapłacić za nie cenę, którą najczęściej jest samotność.

Prace Franciszka Drtikola

Prace Franciszka Drtikola

Ostatecznie powieść Jana Němca traktuje o sztuce – jest to solidny wykład o fotografii i poszukiwaniu artystycznej tożsamości. Powieść upstrzona jest niebywale precyzyjnymi opisami procesów chemicznych, aparatów i zasad ich działania. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że musiało być to niezwykłe wyzwanie dla tłumaczki, której niestety nie udało się uniknąć kilku niezręczności.

Autor konsekwentnie utrzymuje impresjonistyczny charakter powieści – poszczególne kadry jarzą się od światła, a jeśli panuje ciemność, jest ona jedynie kontrapunktem. Pośród migoczących świateł pojawiają się fundamentalne pytania, jak to o śnieg – o to, jak wygląda, kiedy nikt nie może go zobaczyć i czy w ołówku kryje się wszystko to, co nim się narysuje.

I wtedy przypomina mi się postać, niezwykłego nauczyciela rysunku, który zawsze powtarzał, że biorąc do ręki ołówek, musimy mieć świadomość, jak niewielka jest różnica pomiędzy grafitem a diamentem.

To jest dobra lektura.

Tekst: Adam Barabasz
Korekta: Martyna Góra