Ludzie teatru tańca – #2 Joanna Chułek

JOANNA CHUŁEK – wulkan energii. Nie da się opisać jej jednym słowem, a sama wypowiada ich tysiąc na minutę. Każdy dzień to dla niej nowa przygoda. Aktorka, tancerka, alpinistka przemysłowa. Człowiek orkiestra. Absolwentka PWST w Krakowie na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu. Przedłużanie nie ma sensu – czytajcie!

„Superbohaterów 10/9”, fot. Jakub Urbański

„Superbohaterów 10/9”, fot. Jakub Urbański

Szymon Michlewicz-Sowa: Podobno chciałaś zostać wojskową. Jak to się stało, że ukończyłaś WTT?

Joanna Chułek: Tak, miałam takie plany. Pamiętam, że bardzo przeżywałam wszelkie defilady czy pokazy wojskowe, które odbywały się w tamtym okresie. Byłam fanką serialu „Czterej pancerni i pies” – muszę przyznać, że znam na pamięć większość dialogów. (śmiech) Drogę artystyczną wybrałam od razu, a wojsko było tylko alternatywą. Po ukończeniu liceum zdawałam do szkół teatralnych, ale tylko na wydziały aktorskie, typowo dramatyczne. Nosiłam w sobie wizję teatru, w którym rządzi słowo…

Pamiętam, jak mówiłaś nam, że przed przyjściem tutaj nie wyobrażałaś sobie grać w teatrze innym niż dramatyczny.

Tak sądziłam, ale tylko dlatego, że nie znałam teatru tańca. Właściwie to profesor Krzysztof Globisz miał duży wpływ na to, że ukończyłam ten wydział. Kiedy na egzaminach wstępnych byłam już dosyć daleko, profesor odbył ze mną rozmowę. Zapytał, co robię na co dzień, czym się interesuję. Wtedy powiedziałam, że uwielbiam tańczyć, że fascynuje mnie folklor. Profesor stwierdził, żebym dała sobie jeszcze rok. Pomyślałam: „Jak to? Przecież jestem gotowa do tego zawodu”. Dzisiaj jestem mu za to niezwykle wdzięczna.

Przeprowadziłam się do Kalisza, by rozpocząć studia w Państwowym Pomaturalnym Studium Kształcenia Animatorów Kultury. Poznałam tam ludzi z Teatru Tańca Alter, m.in. Witolda Jurewicza, Iwonę Olszowską, Jacka Owczarka, Annę Wytych-Wierzgacz i to dzięki nim dowiedziałam się o WTT, a także odkryłam swoje zamiłowanie do tańca współczesnego.

Fot. Artur Turek

Fot. Artur Turek

Jakie było Twoje nastawienie, kiedy przyjechałaś na Wydział Teatru Tańca?

To był trudny czas… Na egzaminy wstępne pojechałam z kontuzjowanym kolanem, ale adrenalina i atmosfera przy rekrutacji bardzo mi pomogły.

Przyjechałam do Bytomia pociągiem. Nigdy wcześniej nie byłam w tym mieście. Wybiegłam z pociągu i korzystając z okazji, że stał jeszcze na peronie, spytałam konduktora, czy to na pewno jest Bytom Główny? Spojrzał na mnie oburzony i z niesmakiem odpowiedział, że tak. Pierwsze osoby, które od razu próbowały nawiązać ze mną kontakt, to bezdomni na dworcu… Z popękanego sufitu odpadał tynk, wyciekała woda z pękniętej rury. Stanęłam, rozejrzałam się i przyznam, że byłam trochę przerażona.

Idę, pytam o szkołę, ale nikt nic nie wie. Wchodzę do sklepu i dowiaduję się, że taka szkoła nie istnieje. Mówię: „Ale zaraz, to niemożliwe! Ja tu przecież na egzamin przyjechałam!”. Na szczęście spotkałam panią, która okazała się być akompaniatorką przy egzaminach i to ona powiedziała mi, jak dotrzeć na uczelnię. Kiedy znalazłam się przy Piłsudskiego 24a, bardzo się zdziwiłam, zresztą wtedy szkoła wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj.

„1725 m n. p. m.”, fot. Paweł Szczepański

„1725 m n. p. m.”, fot. Paweł Szczepański

Egzaminy wstępne na WTT były wspaniałe w przeciwieństwie do egzaminów w innych miejscach, na przykład w Łodzi – tam niestety panowała bardzo sztywna atmosfera i czułam się jak na taśmie produkcyjnej. W trakcie egzaminów na WTT dostawałam mnóstwo wsparcia od całej społeczności studenckiej. W Bytomiu otrzymałam, jak się później okazało, szczęśliwy numerek 36, którego posiadaczy na kolejnych egzaminach obserwuję co roku. Kiedy byłam już studentką Wydziału zaangażowałam się w egzaminy wstępne, aby wspierać kandydatów. To niesamowicie ważne, aby stworzyć w szkole taką atmosferę, żeby chciało się do niej wracać i by egzamin był dobrym wspomnieniem.

Nie próbowałaś zdawać do Warszawy, Wrocławia?

Ach tak, faktycznie, byłam przecież we Wrocławiu! Spotkałam wtedy pewnego profesora, który pamiętał mnie z konsultacji przygotowujących do egzaminów. Podszedł do mnie, klepnął mnie po plecach jak chłopa i powiedział: „Fajna pani jest, szkoda, że nie jest pani mężczyzną”. Wyobraź sobie wtedy moją minę… Odpowiedziałam spokojnie: „Dobrze, to ja popracuję nad swoją płcią”. Już wtedy wiedziałam, że moja noga nigdy więcej tam nie postanie. A do Warszawy nigdy nie zdawałam. Wiedziałam, że nie wpasuję się w ten konkretny kanon piękna…

Fot. picturesfrompoland.com

Fot. picturesfrompoland.com

Jak myślisz, z czego wynika fakt, że tak mało osób zdaje na WTT?

Z niewiedzy. Nasz wydział wciąż jest w pewnym sensie obcy dla ludzi, a kiedy ktoś już o nim słyszy, to mówi: „O, teatr tańca, czyli jesteście tancerzami?”. Niektórzy mają z tym problem, mówią, że nie da się sprecyzować, kim właściwie jesteśmy: aktorami czy tancerzami. Uważam, że WTT stwarza świetne warunki do tego, aby zostać aktorem. Tak naprawdę od nas zależy, co zrobimy z wiedzą i umiejętnościami, jakie tutaj zdobywamy. Ktoś może powiedzieć, że mamy mniej zajęć aktorskich. Oczywiście, ale czy ktoś nam broni dodatkowo spotkać się i pracować nad warsztatem aktorskim?

Przestałam oddzielać to, czy jestem aktorką dramatyczną, czy aktorką teatru tańca. Jestem po prostu aktorką, tak jak widnieje na dyplomie. Ukończyłam kierunek aktorstwo, a to, że moją specjalizacją jest teatr tańca, stanowi atut, a nie wadę. Idąc na casting nie mam oporów, żeby powiedzieć, jaki wydział skończyłam.

Niedawno WTT ukończył czwarty rocznik. Rozmawiałem kiedyś z jednym z naszych absolwentów. Powiedział mi, że idąc na casting w Warszawie czy w jakimkolwiek innym mieście i mówiąc, jaki ukończył wydział, często słyszy: „A kim wy właściwie jesteście, tancerzyki z Bytomia?”. Nie wymieniając nazwisk, ze smutkiem trzeba stwierdzić, że nawet niektórzy pedagodzy PWST wygłaszają podobne opinie. Czy nie jest tak, że wciąż musimy przecierać szlaki naszej szkole? Że teatr dramatyczny, który dominuje w Polsce, musi zrobić miejsce teatrowi tańca?

Zawsze będę mówiła, że ciało jest mądrzejsze… Myślę, że naszą misją jest promować to, co się tutaj dzieje. Jak wcześniej mówiłam, idąc na casting nigdy nie ukrywam, jaki wydział skończyłam. Wręcz czuję, że mam obowiązek powiedzieć, że jestem po Wydziale Teatru Tańca. Choć mam świadomość, że mogę się spotkać z krytyką czy niezrozumieniem.

Zdarzyło mi się spotkać z kompletną odmową. Ktoś nie daje mi szansy na zaprezentowanie moich umiejętności, a wygłasza krzywdzące osądy na mój temat, przy czym bazuje tylko na wiedzy (a raczej niewiedzy) o uczelni, jaką skończyłam. Nie prowadzimy wojny między teatrem dramatycznym a teatrem tańca – powinniśmy ze sobą współpracować i tym samym tworzyć nową jakość.

„1725 m n. p. m.”, fot. Paweł Szczepański

„1725 m n. p. m.”, fot. Paweł Szczepański

Co dała Ci ta szkoła?

Przede wszystkim poznałam tutaj wspaniałych ludzi, stworzyliśmy wielką rodzinę, przeżyliśmy ze sobą prawie 5 lat. WTT dał mi ogromną ilość wiedzy i zdecydowanie poszerzył moje horyzonty patrzenia na świat.

Jesteśmy po prostu otwarci! Będąc na obozie tanecznym w Chinach, rozmawiałam z Olgą Zitluhiną, tancerką, choreografką z Rygi. Powiedziała mi, że dobrze zna nasz wydział i uważa, że nasi studenci mają w sobie coś wyjątkowego i bardzo ceni sobie pracę z nami. Zobacz, jaka paradoksalna sytuacja: ludzie w Bytomiu nie wiedzieli, jak pokierować mnie na WTT, a ktoś w Chinach mówi mi, że nasz wydział jest wspaniały.

Ponadto jeszcze bardziej uodporniłam się na krytykę i potrafię bronić własnego zdania. Stworzyłam projekt „BesKitu”. Mimo że wiązało się to z morzem wylanych łez, z nieprzespanymi nocami, to wiem, że było warto. To uczucie, kiedy po spektaklu staję na scenie, kłaniam się i widzę twarze ludzi, a na nich przekrój różnych emocji… To jest uczucie, jakiego nie da się niczym zastąpić, nawet kiedy na tym nie zarabiasz! (śmiech) W pewnym momencie przychodzi oczywiście myśl: „koniec bycia wolontariuszem”. Ale to jest moje dziecko i wiele czasu musiałam poświęcić, aby je wychować – aby stworzyć spektakl „1725 m n.p.m.”.

Fot. Artur Turek

Fot. Artur Turek

Podwojny_tryptyk_2

A jak narodziło się to Twoje dziecko? Kiedy przyszedł moment, w którym pomyślałaś: „Dobra, biorę się do roboty”?

Pojechałam na badania terenowe w góry na Podhale oraz w Beskid Śląski i Żywiecki i tak zafascynowana ludźmi i tym, czego doświadczyłam, postanowiłam zrobić spektakl. Poza tym kocham góry. Zawsze mówię, że umrę na scenie albo w górach. Właściwie bezpośrednim bodźcem do stworzenia „BesKitu” było poznanie tancerza z Zespołu Regionalnego Magurzanie, obecnie studenta WTT, Bartłomieja Mieszczaka. Nasz spektakl „1725 m n.p.m.” łączy w sobie współczesność z tradycją górali. Obawiałam się ich reakcji, jednak spotkałam się z aprobatą z ich strony. Mówią do mnie: „Aśka, tyś jest tako naso”, a trzeba przyznać, że usłyszeć od górala takie słowa to zaszczyt.

Możesz powiedzieć coś więcej o procesie twórczym?

Największą inspiracją były dla mnie góry, a także cały bagaż doświadczeń, jaki przyniosłam stamtąd nie tylko z badań terenowych, ale także z moich licznych wypraw. Kiedyś, idąc na wywiad do pewnego pana, spotkałam piękną staruszkę, która robiła pranie na starej tarce i śpiewała pieśni, których fragmenty udało mi się spisać. Wtedy wiedziałam, że to jest obraz, który trzeba przenieść na scenę. Spotkałam również bacę wypasającego owce (muszę przyznać, że poczęstował mnie pyszną nalewką). Usiedliśmy na kamieniu i rozmawialiśmy dobrą godzinę. Te wszystkie opowieści złożyły się na powstawanie poszczególnych scen i miały wpływ na ich klimat.

Kiedyś też Bartek wraz ze swoim zespołem zabrał mnie i mojego kolegę Krystiana, który nigdy nie interesował się folklorem, na ich występy. Jechaliśmy autobusem, który, miałam wrażenie, zaraz się rozpadnie. Wszyscy śpiewali, grali na instrumentach, a niektórzy nawet próbowali tańczyć. Ja byłam do takiej podróży przyzwyczajona, bo koncertowałam z zespołem pieśni i tańca wiele lat, ale Krystian nie zapomni tego wyjazdu do końca życia. (śmiech)

Fot. Artur Turek

Fot. Artur Turek

Jak udało Ci się zaangażować zespół VOŁOSI do swojego spektaklu?

Po długim poszukiwaniu muzyków, z którymi próbowaliśmy nawiązać wspólny język… weszłam na ich stronę internetową, wybrałam numer i zadzwoniłam. Staszek [Stanisław Lasoń, współzałożyciel grupy Vołosi – przyp. red.] miał wtedy próbę, więc napisałam do niego SMS-a. Jeszcze nigdy tak długo nie pisałam wiadomości tekstowej. Starałam się wyjaśnić kim jestem i co robię, żeby zachęcić go do współpracy. Następnie zaproszono mnie naich koncert do NOSPR-u w Katowicach. Po tym koncercie byłam tak rozemocjonowana, że powiedziałam sobie: „nie ma odwrotu, ONI muszą zagrać w moim spektaklu”! Wbiegłam bardzo poruszona koncertem do ich garderoby, żeby z nimi porozmawiać. Zareagowali bardzo pozytywnie, umówiliśmy się na próbę. Jednym słowem, zaufali mi. Bardzo pomogło mi stypendium Marszałka Województwa Śląskiego. Jestem również niezwykle wdzięczna moim rodzicom, przyjaciołom i wszystkim tym, którzy wspierali mnie nie tylko dobrym słowem, pomocą i radą, ale także wspierali projekt różnymi kwotami. A przede wszystkim jestem wdzięczna całej ekipie, która brała udział w produkcji tego przedsięwzięcia.

Co teraz robisz? Gdzie Cię można zobaczyć? Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Szukam nowych miejsc do grania spektaklu „1725 m n.p.m.”. Moim celem jest teraz wyjazd za granicę z „BesKitu”. Poza tym pracuję nad nowym spektaklem z Maćkiem Kosteczką, moim przyjacielem ze studiów; spektakl reżyseruje Brian Michaels, a inspirowany jest on tekstem Alberta Camus „L’Etranger”. Współpracuję także z zespołem Neko Nebula i mam nadzieję, że już niebawem będzie można mnie usłyszeć w zupełnie nowych brzmieniach. Mam także w planach kilka innych projektów, o których na razie nie mogę mówić. Czasami chciałabym, żeby doba trwała znacznie dłużej, abym mogła zrealizować wszystkie moje plany…

Korekta: Sylwia Jarocka


Szymon Michlewicz-Sowa – Student krakowskiej PWST na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu. Kocha ruch, teatr, naturę, muzykę i podróże. Wierzy, że nie ma złych ludzi. Są tylko zagubieni. Fan Doroty Masłowskiej, Beaty Pawlikowskiej i Osho.