Pracuję z Polską taką, jaką jest i nie chcę opowiadać czegoś na siłę – rozmowa z Michałem Szlagą

Do 9 kwietnia w warszawskiej Galerii Instytut Fort Fotografii można oglądać wystawę „Polska” Michała Szlagi. To kadry z codzienności, które Szlaga uchwycił, podróżując po kraju, fotografując z perspektywy pociągu, samochodu lub jako przechodzień. Rozmawiamy o tym, jaka jest Polska, po co powstało archiwum i dlaczego wystawa nie jest polityczna.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

Anna Pajęcka: Na początku zapytam Cię o tytuł, bo jest nim tylko jedno mocne słowo – Polska. Dlaczego akurat tak?

Michał Szlaga: Ponieważ od kilkunastu lat staram się pracować z historią. Już na studiach robiłem projekty, które dotyczyły historii Polski. Później, kiedy zacząłem pracować ze Stocznią i Solidarnością, wszedłem w sferę potężnych symboli. Jednocześnie zaczął się rozbudowywać wątek Polski – zrobiłem materiał z amerykańską Polonią, szukałem Polski na złomowisku statków w Indiach, gdzie pojechałem z Maxem Cegielskim zrobić projekt w Alang na granicy indyjsko-pakistańskiej. Czuję potrzebę pracy z Polską jako własnym domem, można powiedzieć, że traktuję ją jak własne podwórko. Już na początku tworzenia bloga intuicyjnie pojawiło się hasło „polska rzeczywistość”, jednak słowo rzeczywistość nie wracało – za to polska zawsze. Nie mogło być innego tytułu.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

Zacząłeś ten projekt około 2004 roku i to był ten moment, kiedy Polska wchodziła, można powiedzieć, w moment drugiej transformacji – wejście do Unii Europejskiej. Obserwowałeś, ale też zapisywałeś na klatkach kliszy tę zmianę na bieżąco przez dziesięć lat. I miałam takie wrażenie, chociaż nie chcę, żeby to zabrzmiało krytycznie, że znowu obserwujemy coś na kształt efektów „nieudanej transformacji”. Że tak naprawdę tak jak wtedy, dzisiaj też niewiele się zmieniło.

Nie widzę w tym materiale nieudanej transformacji, ponieważ – patrząc nawet z historycznego ujęcia – blok, który jest obiektem na zdjęciu i pochodzi z lat 70., jest takim samym blokiem, który mógłbym sfotografować we Francji i on też zdaje się nie pasować do tamtejszych nowoczesnych budynków. Możemy się wtedy zacząć zastanawiać – czy im się nie udało? Pracuję z Polską taką, jaka jest i nie chcę opowiadać czegoś na siłę. Zająłem się zbieraniem tego, co widać, ale nie po to, aby udowodnić jakieś konkretne tezy lub zwrócić uwagę na pewne wyjątkowe rzeczy, tylko na zwyczajność, która ciągle jest tą samą historią i się powtarza. W pewien sposób traktuję to jako kapsułę czasu, ponieważ liczę na to, że za dwadzieścia, trzydzieści lat to stanie się interesujące. Po to też to robię.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

No właśnie, stworzyłeś archiwum polskiej codzienności.

Bardzo lubię ten kraj, ale nie chcę go lukrować ani kopać. Czasami jest piękny, a czasami nie. Ciągle znajduję więcej takich rzeczy, które kierują mnie ku pierwszej odpowiedzi. Ale jednocześnie, chyba tak jak wszystkich, czasami angażuje mnie na przykład bieżąca sytuacja polityczna.

A wystawa jest mało polityczna.

Tak, ale to jest dobre, bo oznacza, że w sferze wizualnej nie widać polityki aż tak bardzo. Poza dissem, który się pojawił jako element walki. Zakładam, że ci, którzy w ten sposób krytykują Donalda Tuska, w jakiś sposób korzystają z tych samych narzędzi, co twórcy starych plakatów o Hitlerze albo tych z hasłami: „Tylko świnie siedzą w kinie”. To jest stara metoda, która się ujawnia i jest pewną emanacją walki. Ale na szczęście na wystawie nie widać polityki tak bardzo.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

A teraz, kiedy ta wizualność bardzo silnie wchodziła do sfery publicznej przez intensywne kształtowanie się oddolnych ruchów społecznych, nie kusiło cię, żeby chwycić za aparat?

Nie, ponieważ zawsze działam z boku. Bardziej mnie interesuje to, co zostaje po manifestacji, niż sama manifestacja. Szukam tematów w drugim życiu sytuacji. Na przykład w materiale, który zgromadziłem, mam pogrzeby smoleńskie – fotografowałem je w telewizorach, w miejscach, gdzie akurat przebywałem. Pracuję z polityką, ale nie muszę się do niej zbliżać. Czasami korzystam z tego, co pojawi się w przekazie o niej.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

Zaciekawiło mnie w wystawie, że obraz Polski, który się wytworzył, to obraz małych miast i miasteczek – życia tam, a nie na przykład w hipsterskiej Warszawie.

Bo ona mnie nie interesuje. Bywałem w hipsterskiej Warszawie wielokrotnie, ale nawet nie drgnęła mi ręka, aby sięgnąć po aparat.

Bo to nie są ciekawe obrazy?

Nie są. Nawet mózg mi mówi – nie patrz na to. Wiem, że są fotografowie, którzy się w tym specjalizują, ale nie chcę wchodzić w to pole. Raczej szukałem rzeczy, którymi mało kto się zajmuje.

A jakie sytuacje mają dla ciebie największy potencjał fotograficzny?

Nuda, zwyczajność, emocje, symbolika.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

Interesuje mnie jeszcze proces selekcji, którą wykonaliście na potrzeby wystawy.

Proces był bardzo prosty. W katalogu „blog” miałem ponad dwa tysiące fotografii, z których wybrałem połowę. Z nich, podczas kilkugodzinnego spotkania, zrobiliśmy kolejną selekcję do kilkuset. Resztę zostawiłem kuratorom, żeby oderwać się jako autor, ponieważ chodziło o to, żeby zachować sens pracy, a niekoniecznie o mój wybór obrazu. Pracując z prasą, również chętnie oddaję pracę, na przykład dobremu grafikowi, robiąc dość szeroką selekcję materiału. To jest ciekawe: zobaczyć jak ktoś inny chciałby pracować; wtedy też widzę jak ktoś myśli o moich pracach i to może mnie zaskoczyć – bo myśli podobnie albo widzi je zupełnie inaczej.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

Czy przy tej wystawie, już po selekcji kuratorskiej i ułożeniu zdjęć na ekspozycji w pewnym kluczu, uświadomieś sobie nowy sposób odbioru Twojej pracy?

Szkielet był mój, ponieważ od pewnego momentu fotografowałem w określonych grupach, porządkując różne wątki: religijny, prostytutek, drogi, śmieszności, zwierząt. To była pewna wskazówka. Ale były też konteksty, których nie chcieliśmy budować – na przykład rzeczy niepotrzebnie obrazoburcze. Dla mnie było ważne, że fotografie domykają się w cykle, ale są także silne pojedynczo. Myślę, że moglibyśmy ułożyć je jeszcze na kilka innych sposobów i nadal bym nie protestował. Ten zbiór można układać w nieskończoność.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

Są jakieś fotografie albo fragmenty cyklu, które traktujesz bardziej osobiście?

Nie, dlatego że w tym materiale nie ma mnie bezpośrednio – poza takimi wyjątkami jak fotografia ojca czy niektóre pejzaże. Projekt o Stoczni był osobisty i w pewien sposób go przeżywałem. Wiedziałem, że jeśli się zaangażuję, to wyjdzie z tego mocna rzecz. W „Polsce” chodziło o to, aby bez zbędnych idei i frazesów przyjrzeć się krajowi. Po co? Bo jestem ciekawy, jak wygląda na zdjęciach. Pewnie otwiera inną drogę rozumienia dla odbiorcy, który jest osobiście osadzony w kontekście i może odnieść to, co widzi, do swoich doświadczeń – na przykład w wątku prostytutek. Nie jestem w stanie zdecydować za odbiorców, w jaki sposób odczytają fotografię. Oczywiście, mam swoje zdanie i jestem świadom tego, z jakim tematem się mierzę. Myślę, że na poziomie oglądania materiałów jest to czytelny komentarz.

Jak będzie wyglądał projekt, nad którym teraz pracujecie – mam na myśli książkę?

Olga Łacna: Książka ma innego kuratora, więc nie będzie prezentowała dokładnie tego samego, co jest na wystawie, choć w dużej mierze będzie to oczywiście ten sam materiał.

Michał Szlaga: Myślę, że teraz trudno będzie być kuratorem, który zrobi coś zupełnie innego, ze względu na to, że materiał jest bardzo spójny technologicznie. Kiedy robiliśmy projekt Stoczni pracowałem na siedmiu systemach fotograficznych: kwadraty, panoramy, slajdy, negatywy. Przejście przez to było koszmarem, a tu (ponieważ od początku nie zbłądziłem technologicznie to będzie przyjemność.

fot. Michał Szlaga

fot. Michał Szlaga

Na koniec chciałam zapytać Cię o samo medium fotografii – czym ono jest dla Ciebie jako dla fotografa? Bo na wystawie fotografia wraca do roli czystej rejestracji rzeczywistości; bez estetyzowania, bez pozowania.

Mam świadomość, że to medium jest różnie odbierane i interpretowane. Bardzo cenię funkcję dokumentalną fotografii, więc w tym się zamykam. Tu można byłoby postawić pytanie: jak patrzymy na Sally Mann? Możemy stwierdzić, że przemyca ona dla nas fragment jakiegoś magicznego świata albo łączy nas z czymś. Można też patrzeć na jej twórczość w perspektywie narzędzi, których używa. Te fotografie są zniekształcone, niedoskonałe, specyficzne. Ja patrzę na nią jak na dokumentalistkę. Poznałem kiedyś człowieka, który zastanawiał się, co dzieje się z tym obrazem, który nie rejestruje się w obiektywie. Tych obrazów wpada tam więcej, ale coś je ogranicza. Jest grupa fotografów, którzy uważają, że urządzenia fotograficzne narzucają im ograniczenia. Ja te ograniczenia kocham. One porządkują. Mogę się poruszać w danej metodzie, a kiedy się znudzę przejść w inny system albo zajmować się zleceniami zawodowymi i w tym samym czasie pracować z archiwum. Wolę skupiać się na opowiadaniu historii. I nie myślę o ujęciu reporterskim, ale raczej korzystam z konwencji intermedialnie rozbudowanego dokumentu. Uważam, że u fotografa musi nadejść taki etap, w którym nie zastanawia się już nad technologią. Można powiedzieć, że powinien być pn zespolony ze sprzętem na poziomie mózg – oko – ręka. To jest absolutna podstawa. Kolejnym ważnym pytaniem jest: o co mi chodzi? Po co to robię? W jakim kontekście to później wystawię?

Tekst: Anna Pajęcka
Korekta: Martyna Góra


apajeckaAnna Pajęcka – studentka Instytutu Kultury Polskiej UW. Zajmuje się szeroko pojętą kulturą wizualną, interesuje ją zwłaszcza wizualność w perspektywie antropologii codzienności. Tworzy internetowy magazyn o modzie „Catwalk”, a dla Reflektora pisze o sztuce współczesnej.