Ikony na sprzedaż. Na marginesie „Milczenia” Martina Scorsesego

Po premierze „Milczenia” trudniej już z pełnym przekonaniem bronić stanowiska, że Martin Scorsese to wybitny reżyser filmów religijnych. Czym jednak jest dzisiaj w ogóle ten rodzaj twórczości? Współczesne opowieści o wierze poruszają się z grubsza między dwoma biegunami: albo podają w wątpliwość istnienie Boga i sens jakichkolwiek dogmatów („Droga krzyżowa” Dietricha Brüggemanna; „Raj: wiara” Ulricha Seidla), albo też afirmują tradycję i historyczne męczeństwo, postrzegając duchowość jako ostatnią szansę na ocalenie człowieczeństwa przed zagładą („Cristiada” Deana Wrighta).

Oczywiście, sprytny reżyser, celujący w wyważoną, refleksyjną opowieść o religii, będzie starał się unikać obu skrajności. Skrajny świecki sceptycyzm, podbudowany antyklerykalizmem, apeluje do globalnej wielkomiejskiej widowni, dla której religia to co najwyżej przebrzmiały element kultury oraz przeszkoda w rozwoju intelektualnym i emancypacji jednostki. Nurt afirmatywny cechuje się natomiast – z perspektywy ateisty – jarmarcznym epatowaniem religijnymi symbolami. Tak zwany film wyważony i refleksyjny podejmuje natomiast dojrzałą próbę ujęcia duchowości w ramy filmowego obrazu. Czy jednak o jakości kina religijnego powinny decydować takie wyznaczniki, jak umiar i zdystansowane spojrzenie na wiarę? I czy każda fabuła o Jezusie Chrystusie to z definicji kino religijne?

Według większości krytyków dobry film religijny to taki, który z jednej strony sceptycznie odnosi się do kwestii istnienia Boga, a z drugiej – oferuje nam trochę nadziei, że jednak jest na tym świecie jakaś siła wyższa. Ta logika wahadła ma w sobie coś paradoksalnego: artystyczny ideał uduchowionego dzieła, wedle receptury przygotowanej przez ponowoczesne umysły, to film wiaro-łomny: dla wierzących i niewierzących jednocześnie, dla praktykujących i antyklerykałów. Powyższe uwagi są na pewno upraszczające; proszę wybaczyć ten aż nazbyt czytelny schemat. Bierze się on jednak z przekonania, że większość – nawet wybitnych – nowych filmów religijnych to dzieła nazbyt asekuranckie, stojące w moralno-religijnym rozkroku. Tak jakby jedynym sposobem, by nakręcić opowieść o wierze i wierzących i nie narazić się na śmieszność, było stworzenie filmu pokazującego religię jako zaledwie kolejną ideologię regulującą życie społeczne.

Źródło: materiały prasowe

Źródło: materiały prasowe

Takie podejście do religii to podstawowa strategia nauk społecznych. Jednocześnie wszelkie lewicujące dyskursy, które pragną zbliżyć się do ludu pracującego i wyzyskiwanego, powinny jak najszybciej zacząć traktować religię na poważnie. Popisując się naszym ateizmem, dystansujemy miażdżącą większość społeczeństwa do równościowych, świeckich idei. Świat bez Boga to luksus stosunkowo niewielkiej grupy ludności na świecie – warto o tym pamiętać, zanim kolejny raz pojawi się w naszych głowach myśl, że wyznawanie religii jest czymś osobliwym. Cóż, statystyki wciąż podpowiadają, że jest wprost przeciwnie. Niewiara jest czymś rzadkim i potencjalnie frapującym dla rzeszy wierzących.

Znużony tym domorosłym gdybaniem Czytelnik zapyta może, co to wszystko ma wspólnego z „Milczeniem” Martina Scorsesego – niemal trzygodzinnym filmem o na poły samobójczej misji jezuitów pragnących ocalić w XVII-wiecznej Japonii ostatnie przyczółki chrześcijaństwa, czyli nowej religii tępionej przemocą przez cesarza i jego popleczników. Choć czekałem na „Milczenie” jak na żaden inny film w tym roku i uważam Scorsesego za najważniejszego żyjącego amerykańskiego filmowca (który na dodatek na przestrzeni dekad utrzymuje zdumiewająco wysoki poziom), to jego japońskie dzieło przynosi duży zawód. Po „Wilku z Wall Street”, który stanowi barokowe zwieńczenie gangsterskiego nurtu jego twórczości (w zgodzie z klimatem epoki najstraszniejsi okazali się banksterzy), pojawiło się „Milczenie” – jakoby summa fascynacji metafizycznych reżysera. Coś jest jednak nie tak z tym samozwańczym opus magnum, skoro najbardziej frapujące pytania, jakie nasuwa film, nie mają zbyt wiele wspólnego z katolicką wiarą.

Źródło: materiały prasowe

Źródło: materiały prasowe

Jedno z nich to pytanie o sposób, w jaki Scorsese wchłania, trawi, modyfikuje i aplikuje do swojego rzemiosła cały dorobek kina światowego. Wiadomo, że Marty to kinoman jakich mało; namiętny pożeracz filmów, zaangażowany w rekonstrukcję klasyki i projekty wspierające dystrybucję wybitnych tytułów z najróżniejszych krajów (zobaczcie np. „World Cinema Project”). Choć w filmach Scorsesego o Ameryce przekłada się to na bardziej erudycyjny charakter jego własnego, niepodrabialnego stylu i montażu, to w przypadku projektów takich jak „Kundun – życie Dalaj Lamy” czy „Milczenie” Scorsese próbuje rozgościć się w idiomie podpatrzonym u zagranicznych mistrzów. O ile ekstrawagancki „Kundun” przypomina trochę wystawne chińskie filmy-spektakle, o tyle „Milczenie” to pogrobowiec japońskich mistrzów: Kenji Mizoguchiego, Kona Ichikawy, Akiry Kurosawy i innych. Mimo niewątpliwych momentów wielkości, smakuje czasem jak symulacja azjatyckiego kina – trochę zbyt doskonałe naśladownictwo w wykonaniu genialnego ucznia.

„Milczenie” udowadnia, że nie wystarczy wskrzesić dawnej estetyki, by uzyskać wysublimowany i, co ważniejsze, przekonujący artystycznie efekt. Dzieje się tak może i dlatego, że Scorsese nie jest zainteresowany japońskim doświadczeniem duchowości. Religie Japończyków mają w „Milczeniu” wyłącznie opresyjne oblicze; służą podtrzymaniu feudalnego status quo. Bohater grany przez Andrew Garfielda mówi w pewnym momencie z rozbrajającą szczerością, że musi mieć wewnętrzne przekonanie, iż głosi prawdę, bo inaczej jego wiara nie miałaby sensu. Brzmi całkiem logicznie (to w końcu świetnie wykształcony jezuita), ale trudno uznać tę postać za przedstawiciela międzykulturowego dialogu. Jest więc trochę tak, jakby portugalscy głosiciele Dobrej Nowiny z „Milczenia” dziwili się, że ich najmosza racja nie spotyka się z poklaskiem lokalnych i centralnych władz.

Źródło: materiały prasowe

Źródło: materiały prasowe

Jeśli miałbym szukać gdzieś prawdziwie religijnego wątku filmu, są nim powtarzające się sceny deptania świętych obrazów, przedstawiających Jezusa lub Maryję z Jezuskiem. Nakaz deptania boskich wizerunków ma na celu upokorzenie chrześcijan, wykazanie, że cenią oni swoje życie wyżej od emanujących boskością podobizn Najwyższego. „Milczenie” pokazuje jednak życie duchowe po akcie publicznego wyparcia się swojego Boga, życie w religijnym ketmanie, czyli szczelnym odgrodzeniu myśli i uczuć od świata zewnętrznego. Bohaterowie filmu skazani są na pielęgnowanie katolickiej wiary w zaciszu własnego serca i umysłu.

Czy nie jest to przy okazji deklaracja niewiary Scorsesego w siłę obrazów? Ten najbardziej zakręcony na punkcie plastyki i etyki kadru amerykański twórca powtarza do znudzenia sceny szargania katolickich płaskorzeźb, jakby sugerując przy tym, że prawdziwa wiara jest gdzie indziej – nie da się jej zakląć w obrazach. Jak w takim razie kręcić dziś kino religijne? Gdzie szukać duchowości, jeśli nie w niuansach języka filmowego, na wzór metafizycznych interpretacji kina Roberta Bressona i Krzysztofa Kieślowskiego? Czy skazani jesteśmy na spojrzenie wprost – na powierzchowną treść i tematykę filmów? Więcej tu pytań niż odpowiedzi, bo kino o abstrakcjach – takich jak Absolut – to często kino abstrakcyjne. Goni króliczka, który szybko wskakuje do nory, a my i tak, w przypływie naiwności, próbujemy dostrzec na horyzoncie jego sylwetkę. „Milczenie”, podobnie jak lwia część współczesnego kina, zaświadcza o podstawowym odbiorczym impasie: jak długo nie wpatrywalibyśmy się w medytacyjne obrazy Scorsesego i operatora Rodrigo Prieto, duchowość i tak znajdziemy prędzej poza kadrem: w nas samych albo wcale.

Nasza ocena:

żarówki 3-01

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100


sebastian-smolinski-male

Sebastian Smoliński – pasjonat historii kina, krytyk filmowy i operowy. Publikuje bądź publikował w „Tygodniku Powszechnym”, „Dwutygodniku”, „Kinie”, „Filmie” i „Stopklatce”. Współpracuje z „Kulturą Liberalną” i festiwalem Dwa Brzegi. Laureat III miejsca w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka w 2015 i 2016 roku.