O śmierci po śląsku – rozmowa z Iwoną Woźniak

Teatr Naumiony o tym, że jest ruchem amatorskim, mówi z dumą. Ustami Iwony Woźniak, reżyserki spektaklu „Kopidoł” deklaruje, że „tej nazwy się nie wstydzi, bo amator to, co robi – robi z pasją!”. Mowa o spektaklu, który sprawił, że o artystycznym dorobku gminy Ornontowice usłyszała cała Polska.

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

Rzecz dzieje się wokół programu Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie – Teatr Polska od 2009 roku umożliwia pokazy teatralne w całym kraju, zwłaszcza w miejscach, które mają utrudniony dostęp do kultury i które instytucjonalnego teatru nie posiadają. O randze zakwalifikowania się Teatru Naumionego do owego programu stanowi to, że w trasę tę od 2009 roku ruszały głównie teatry zawodowe. Doniosłości faktu, że zespół aktorów-amatorów znalazł się wśród osiemnastu wybranych z całej Polski projektów nie sposób przecenić. Na liście zakwalifikowanych zespół z Ornontowic sąsiadował m.in z Teatrem Wybrzeże z Gdańska czy z TR Warszawa. W całym konkursie chętnych do objazdów znalazło się aż sto jeden grup! Jest to dowód na to, że teatr amatorski tworzony z pełnym zaangażowaniem przez pasjonatów może skutecznie konkurować z programem teatrów zawodowych.

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

Teatr Naumiony wraz z „Kopidołem” odwiedził 8 miejscowości w Polsce. Śląsko godka zawitała na Podkarpacie, do województwa świętokrzyskiego oraz wielkopolskiego. O czym owa historia opowiada? Jest to spektakl wywodzący się ze śląskiej tradycji pochówku. Historia kopidoła (grabarza) i jego rodziny jest osadzona w latach 50. XX wieku na terenie wioski na Górnym Śląsku. To tragikomiczna opowieść o losach wielopokoleniowej rodziny, której codzienność zostaje zakłócona przez śmierć seniora rodu. W przedstawieniu wykorzystano obrzędy pogrzebowe, które jeszcze do niedawna kultywowano na Śląsku, a także stare pieśni pogrzebowe śpiewane w domach. Całość grana jest w gwarze śląskiej.

O teatralnej przygodzie zespołu rozmawiamy z Iwoną Woźniak, reżyserką spektaklu.

iwona-wozniak-copy

Agata Kędzia: Emocje powoli opadają, Teatr Naumiony miesiąc temu zakończył trasę w ramach programu Teatr Polska. Na początek chcę spytać ogólnie: czego, jako grupa teatralna, nauczyliście się dzięki udziałowi w programie? Co zostanie w Teatrze Naumionym po udziale w programie Teatr Polska?

Iwona Woźniak: Bardzo dużo. To jest program, którego ideę się czuje, przynajmniej my ją poczuliśmy. Pojechaliśmy w osiem miejsc, malusieńkich, z brakiem dostępu do teatru, z naszym specyficznym teatrem, bo przecież niezawodowym. Przyjeżdżamy do nich: są pełne sale, spektakle są odbierane entuzjastycznie. Podchodzimy z pokorą do stwierdzenia, że to jest mega-artystyczne dzieło… Chyba nie, nie o to tutaj chodzi. Ważna jest prawda, którą teatr niesie sam w sobie. Po drugie, bardzo cenna jest edukacja wokół tego projektu, czyli warsztaty, które muszą towarzyszyć każdemu spektaklowi.

Właśnie, nie jest tak, że podczas trwania trasy udział zespołu teatralnego w programie kończy się na zagraniu przedstawienia. Wokół tego wydarzenia tworzy się dialog z mieszkańcami. Na czym warsztaty polegają?

Na te warsztaty przychodzą ludzie, którzy współtworzą, tworzyli albo chcą tworzyć działania edukacyjne; ludzie, którzy należeli do grup teatralnych działających w danych miejscach, albo chcieliby takie założyć. I to jest świetne, bo czuje się misję – że się przyjechało, pokazało spektakl, który, notabene, jest w gronie osiemnastu najlepszych w Polsce, i teraz trwa akcja wokół warsztatów – możemy tym ludziom opowiedzieć jaką metodą pracujemy, jak te spektakle powstają. Z drugiej strony: nieodzowny element, czyli promocja.

Warsztaty w Pilchowicach

Warsztaty w Pilchowicach, fot. Jagoda Stuła

O Teatrze Naumionym ze Śląska usłyszała cała Polska – jest to wielkie wyróżnienie!

Właśnie wczoraj mieliśmy wigilię i zakończenie roku trudnego, ale ciekawego, artystycznie aktywnego. I chyba nas te wszystkie rzeczy, może nie przerosły, ale wydaje mi się, że jeszcze do nas nie dotarły. Naprawdę, gdziekolwiek się teraz nie pojedzie przy okazji innych projektów, w których biorę udział, mówi się o Teatrze Naumionym i wiadomo, o co chodzi. Staliśmy się rozpoznawalni. Zespół się bardzo mocno zintegrował, choć była to zawsze jedna wielka rodzina i trzeba to podkreślić. Naprawdę mam takie poczucie, że projekt wyzwolił w nas ogromny potencjał i przekonanie, że możemy zrobić wszystko.

Dostaliście się do programu Teatr Polska jako jedyna grupa amatorska. Co stanowi o niezwykłej sile tego przedstawienia, która – gdziekolwiek się pojawicie – gromadzi pełne sale?

Cały czas się zastanawiam (śmiech). Może od początku: ten spektakl powstawał długo. Miałam temat, który bardzo mnie ciekawi, jest mi bliski, dlatego że straciłam ojca jak byłam bardzo młoda i właściwie te doświadczenia śląskiej obrzędowości okołopogrzebowej dotknęły mnie osobiście. Te wątki – jak to jest, co się właściwie później z człowiekiem dzieje – bardzo mnie interesowały. Dziwne zainteresowania, ktoś pomyśli, ale to jest jeden z obrzędów, który umiera. W malutkich miejscowościach, takich jak Ornontowice, są jeszcze jego pozostałości, ale już się ze śmiercią właściwie nie obcuje. Teraz jedzie się do krematorium i po problemie. A to, co jest przecież częścią życia, zamieciono pod dywan.

Byliśmy jeszcze na ogólnopolskim festiwalu w Tarnogrodzie, który wygraliśmy – dostaliśmy nagrodę Ministra Kultury, a w jury konkursu było trzech moich profesorów z Akademii Teatralnej. I oczywiście chyba nie muszę mówić, jaki to jest stres (śmiech). Pan profesor Edward Wojtaszek wstał i powiedział, że jest to wydarzenie w polskim teatrze. Ryczeliśmy wszyscy! Powiedział, że to coś, co na tym festiwalu stanie się przełomem, że czegoś takiego jeszcze nie było. Chyba jego słowami się posłużę odpowiadając na pytanie, bo swoimi nie potrafię. Powiedział, że w tym spektaklu jest prawda, nikt nie oszukuje. Mówi się lokalnym językiem – czyli gwarą, która zanika. Jest to tragikomedia osnuta wokół bardzo prostego przecież wątku, bo nie ma w niej wielkich filozoficzno-politycznych rozważań. To po prostu historia rodziny, w której umiera senior rodu, z bardzo fajnie narysowanymi przez Joasię Sodzawiczny, autorkę scenariusza i aktorkę, postaciami, w których aktorzy dobrze się czują. To portret rodziny w konflikcie – ale w której rodzinie nie ma chociażby drobnych nieporozumień? I to jest kolejna rzecz podkreślona przez Wojtaszka – że to siła teatru, który sam tworzy dla siebie scenariusze.

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

Materiał do napisania tekstu stanowiły rozmowy z mieszkańcami, którzy te okołopogrzebowe śląskie obrzędy pamiętają, prawda?

Tak, to są rzeczywiście takie historie mówione, które Aśka spisywała i które później wykorzystujemy w różnych fragmentach w spektaklu. Zanim w ogóle zaczęliśmy myśleć o tekście, odbyła się półroczna praca w naszym regionie, polegająca na rozmowach z mieszkańcami, na szukaniu, na badaniach etnograficznych, muzycznych… Ale oprócz tekstu i gwary, ten naddatek, o którym Wojtaszek mówił, jest w poprowadzeniu aktorów. Z tego powodu się cieszę i jestem dumna.

Bo i jest z czego! A wracając do samej trasy. „Kopidoł” grany jest w gwarze śląskiej. To historia osadzona w konkretnej rzeczywistości kulturowej. Interesuje mnie, jak ta śląskość odbierana była w różnych miejscowościach?

Oczywiście bardzo różnie. Piękna sytuacja miała miejsce w Sierakowie pod Poznaniem, kiedy na przedstawienie przyszła grupa emerytów i komentowała na bieżąco spektakl. Jedna pani stała się tłumaczką. Półgłosem, przeszkadzając wszystkim dookoła, tłumaczyła innym osobom, co się dzieje (śmiech). Na końcu sam kopidoł siada na skrzyni, a ta pani szepcze do reszty: „Patrz, nasz kopidołek zasnął…”. Odbiór był niezwykle żywy. Ale też bardzo mi się podobało, że mimo tego, iż ta gwara bywała niezrozumiała, ludzie po spektaklu mówili, że nie były im potrzebne słowa. Emocje w tym spektaklu są bardzo skrajne… Wojtaszek mówi, że w świecie namacalności, tym przełożeniu życia 1:1, jest też taki naddatek, w którym kierujemy się ku Kantorowi, którego uwielbiam. Są śląskie pieśni, które bardzo żywo były odbierane przez widzów. Akurat na Śląsku, w Rybniku, przytrafiła się nam nieprawdopodobna historia: na widowni siedzi dziesięciu facetów w garniturach. Myślimy – może przyszła jakaś grupa biznesmenów? Spektakl trwa i co chwila któryś z nich wychodził, ale zaraz wracał z powrotem. No i po spektaklu podchodzimy do nich i Iza Karwot, dyrektorka Domu Kultury, pyta: „Ale dlaczego panowie się tak zachowywali?”. Oni mówią: „My się państwu musimy przyznać… bo jesteśmy zawodowo kopidołami, a nasz kolega ma dzisiaj wieczór kawalerski i jak zobaczyliśmy, że będzie grany «Kopidoł», to postanowiliśmy przyjść, ale że mieliśmy coś tam schowane… to musieliśmy od czasu do czasu wyjść” (śmiech).

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

Z twoich opowieści wynika, że odbiór tego spektaklu bywał bardziej żywy od tego, z którym spotykamy się na co dzień. Jaki typ teatru interesuje te społeczności i czy w ogóle teatr jest dla nich ważny? Pytam, bo miejscowości, do których jeździliście, często bardzo małe, mają znacznie utrudniony dostęp do oferty teatralnej, mało kto przemierza 100 kilometrów, żeby zobaczyć spektakl w większym mieście.

Rozmawiałam z komisją i wydaje mi się, że trochę dlatego ten spektakl pojechał; dlatego pojechaliśmy do takich miejscowości, jak do malutkich Brzeszcz, bo powiedziano nam, że gdyby przyjechał tam duży teatr, to ludzi mogłoby to odstraszyć. A tak przyjechali amatorzy, którzy biorą udział w takim programie, więc ciekawe, co oni pokażą. Może my moglibyśmy zrobić w naszym malutkim domu kultury coś podobnego? Są takie miejsca w Polsce, w których dyrektorzy domów kultury bardzo dbają o to, by co roku zaprosić grupę właśnie w ramach programu Teatr Polska. I oni o tym fajnie opowiadali na ewaluacji projektu: że systematyczna, cierpliwa praca doprowadziła do tego, że teraz na spektakle przychodzi dwieście osób, chociaż na pierwszym było dziesięć. Ludzie chcą teatru, tylko z własnych doświadczeń, choćby szkolnych, wiemy, że ludzie mają do niego stosunek średni. Przeciętny widz z małej miejscowości, który nie ma do czynienia z kulturą wysoką, nie przyjedzie do teatru. To teatr musi przyjechać do niego i pokazać mu, że nie jest napompowany i nadęty.

I myślę, że tutaj jest duża rola teatrów zawodowych dzisiaj – żeby powalczyć z nadęciem poprzez narządzie, jakim jest pedagogika teatru. Daje ona ludziom odczuć, że teatr może być wszędzie, że jest on potrzebny, że to nie jest tylko oglądanie czegoś na scenie, ale również możliwość, by czegoś doświadczyć. Słyszałam zresztą na spotkaniu podsumowującym projekt opinię jednej pani reżyser, że „wiele ta widownia się musi jeszcze nauczyć, żeby nas przyjąć”. To jest przecież pomyłka. Ludzie teatru są od tego, żeby się pochylić i zrobić coś dla środowiska, coś, dzięki czemu zdobędzie się widza. Chociażby tutaj, w Katowicach, rodzic przyprowadzający dziecko na zajęcia do Pałacu Młodzieży ma oczekiwania, żeby jego dziecko stało się nagle gwiazdą, żeby „występowało”. Przychodzą czterolatki, a ja mówię, że nie, na razie to my się będziemy bawić, a jak coś z tego wyjdzie, to fajnie. Ale teatru trzeba najpierw doświadczyć w środku.

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

„Kopidoł” reż. Iwona Woźniak fot. Jagoda Stuła

Najbliższy pokaz spektaklu odbędzie się 14.01.2016 r. o godzinie 19:00 w Teatrze Śląskim na Scenie w Galerii. Bilety w cenie 20 zł. Więcej informacji tutaj.

Tekst: Agata Kędzia
Korekta: Sylwia Jarocka


agata-kedzia-male

Agata Kędzia – redaktorka działu TEATR
Studentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Zakochana w swoim kierunku studiów walczy ze stereotypem leniwego studenta. Rozbudza życie teatralne uczelni w ramach Koła Naukowego Teatrologów.