Każdy ma potrzebę szukania piękna – rozmowa z Januszem Drobiszem i Damianem Ganszczykiem

W XXI wieku, w dobie wszechobecnej cyfrowości, także w obrębie fotografii, zapominamy o bogatych korzeniach tego medium. Są jednak tacy, którzy odkładają na bok cyfrowy aparat, by oddać się praktykowaniu dawnych technik fotograficznych z przełomu XIX i XX wieku. O tzw. szlachetnej technice fotograficznej, jaką jest guma dwuchromianowa, opowiadają Janusz Drobisz i Damian Ganszczyk – dwaj śląscy fotograficy, gumiści, organizatorzy Wystawy Fotografii w technikach dawnych i alternatywnych.

fot. Gabriela Bazan

fot. Gabriela Bazan

Gabriela Bazan: Rozmowę chyba należy zacząć od pytania: jak się poznaliście?

Janusz Drobisz: Damiana poznałem około rok temu przez internet. Przeglądałem zdjęcia na jakiejś grupie poświęconej technice gumy. Patrzę i widzę – Halemba, Bielszowice, Czerwionka Leszczyny. Myślę sobie – synek jest ze Śląska! Pierwszy raz spotkałem innego gumistę ze Śląska, z moich okolic. Od razu się do niego odezwałem.

Podstawowym narzędziem współczesnego fotografa są techniki cyfrowe. Wy wróciliście do korzeni fotografii, znajdując swój sposób wyrażania siebie. Skąd zamiłowanie właśnie do tych technik, a zwłaszcza do szlachetnej techniki gumy dwuchromianowej?

Damian Ganszczyk: Z wykształcenia jestem technikiem elektrykiem, nie umiem robić grafiki warsztatowej, bo nie mam talentu w rękach. Fotografuję głównie śląskie krajobrazy, które świetnie się prezentują w technikach nawiązujących do piktorializmu. Zdarza mi się jednak korzystać z cyfrowego aparatu czy komputera. Czasami zamiast przygotowywać negatyw klasycznie, pracując na materiale srebrowym, przetwarzam go cyfrowo i drukuję. Następnie pracuję nad nimi już w pracowni, gdzie odbywają się ręczne procesy. Zupełnie inaczej podchodzi się do swoich zdjęć, kiedy pracuje się nad nimi manualnie. Nawet, jeśli w pierwszym etapie pracuję przy komputerze, potem muszę udać się do pracowni. Samo przygotowanie papieru już trochę trwa. Ale dlaczego to robię? Bo po prostu to lubię!

JD: U mnie wszystko zaczęło się z pewnego rodzaju tęsknoty za malarstwem. Ja, podobnie jak Damian, nie potrafię malować; nie potrafię przenieść swoich myśli na papier za pomocą pędzla. Dlatego też zająłem się fotografią samą w sobie. Chciałem tworzyć obrazy, które mimo wszystko w jakiś sposób naśladowałyby malarstwo. Każdy ma potrzebę szukania piękna, a ja nagle zetknąłem się z techniką, która mi na to pozwalała. Najpierw była to cyjanotypia. Gdy chodziłem do szkoły fotograficznej, kiedyś przypadkiem zobaczyłem fotografię, która bardzo mnie zaintrygowała. Potem okazało się, że została wykonana techniką cyjanotypii. Szczęśliwie: w tym samym czasie szkoła zorganizowała warsztaty z tego procesu. Wchodząc głębiej w temat, odkryłem gumę i robiąc cyjanotypie, zacząłem czytać o gumie. W efekcie powstały różne eksperymenty, takie jak barwne cyjanotypie, które są pewnym novum. Obecnie guma stanowi dla mnie odskocznię od tego jak teraz postrzegam sztukę i co o niej myślę. Poetyka technik szlachetnych, a w szczególności gumy, jest spełnieniem mojej potrzeby szukania piękna. Te poszukiwania oddzielam od potrzeby artystycznego wyrażania siebie. Sposób własnego wyrazu mam jeszcze inny, ale o nim kiedy indziej.

fot. Gabriela Bazan

fot. Gabriela Bazan

Opowiedzcie, jak przebiega praca w technice gumy dwuchromianowej?

JD: Wpierw trzeba wyjaśnić, czym w ogóle jest technika gumy arabskiej, dwuchromianowej, dichromianowej czy po prostu gumy. To odbitka fotograficzna, w której światłoczułe są sole chromu pochodzące z dichromianu potasu lub amonu. Różni się to tym, że w zwykłej odbitce srebrowej, jak sama nazwa wskazuje, czułe są związki srebra, które redukują się do srebra metalicznego. Do pracy musimy przygotować sobie emulsję światłoczułą i papier. W skład emulsji wchodzi: guma arabska, roztwór dichromianu oraz pigment. W zależności od dobranej proporcji gumy do dichromianu, zmieniać się będą czułość i kontrastowość warstwy. Następnym elementem jest papier – dobrze, by był gruby, przeznaczony do technik mokrych np. do akwareli. Pierwszy etap to dekatyzacja papieru, czyli odprężenie go, pozbawienie możliwości zmiany rozmiaru pod wpływem wody i temperatury. Pracujemy nad papierem w wodzie, wówczas papier pęcznieje i możemy mieć problem z dopasowaniem kolejnych warstw. Drugim etapem obróbki papieru jest jego przeklejenie, czyli pokrycie papieru warstwą zgarbowanej żelatyny. Garbuje się ją np. formaliną. Niektórzy tę czynność wykonują, inni nie. Etap ten ma na celu uzyskanie czystych „świateł”, czyli białych partii obrazu. Następnie nakładamy emulsję na papier, który odwieszamy do wyschnięcia. Warstwa światłoczuła jest uczulona na światło ultrafioletowe. Najmocniejsze źródło tego światła to oczywiście słońce; w pracowni: solarium do twarzy, które emituje wiązkę UV. Guma, jak większość technik szlachetnych, jest metodą kopiowania stykowego. Musimy mieć negatyw w rozmiarze, w jakim chcemy wykonać naszą pracę. W tym celu możemy skorzystać z powiększalnika lub wydrukować negatywy cyfrowo na folii. Technika cyfrowa przychodzi  z pomocą fotografom, bo zmniejsza koszty i czas pracy. Następnie korzystamy z kopioramy, by nałożyć na siebie negatyw i stworzony papier światłoczuły. Zamkniętą kopioramę z szybą stawiamy w odpowiedniej odległości do lampy UV i naświetlamy. Naświetlony obraz wywołujemy w wodzie. Wypłukuje się wówczas nienaświetloną gumę. Cała zabawa polega na tym, że podczas tego etapu ma się najwięcej ingerencji w dzieło. Jest wiele technik – np. guma wiedeńska i guma paryska. W wielkim skrócie – paryska wymaga, żeby papier leżał w wodzie warstwą światłoczułą do dołu przez kilka godzin, a na skutek grawitacji guma sama odpada. Wiedeńska zaś, jako metoda wielu warstw, zakłada usuwanie gumy pędzlem. Jest też guma warszawska – Dederkowa. Jego metoda polegała na dosypywaniu ziemi okrzemkowej do emulsji, by zmatowić obraz w czerniach. Kiedy obrabiasz obraz pędzlem, masz największy wpływ na jego wygląd. Twoja wiedza, twoje umiejętności i kreatywność powiedzą ci, kiedy skończyć. To jest najważniejsze – wiedzieć kiedy skończyć, bo to musi być świadoma decyzja.

fot. Gabriela Bazan

fot. Gabriela Bazan

Skąd pozyskiwaliście wiedzę na temat tej techniki? Wiedza i materiały są łatwo dostępne?

DG: Technikę gumy poznałem oglądając zdjęcia Rogozińskiego; spodobały mi się i postanowiłam, że chcę tego spróbować. Przebiegu tej techniki nikt mi nie pokazał, sam się wszystkiego nauczyłem. To nie jest, wbrew pozorom, takie trudne. Technikom być może łatwiej jest dojść do pewnych rzeczy. Pracując w technice gumy trzeba eksperymentować, aby osiągnąć złoty środek – wszystko jest kwestią doświadczenia. Jak już masz dobry warsztat, ogranicza cię tylko i wyłącznie wyobraźnia.

JD: W moim przypadku w ruch poszła oczywiście książka „Guma Warszawska” Witolda Dederki – biblia polskich gumistów. Najpierw zacząłem poznawać ten proces, który jest bardzo nieprzewidywalny, więc trzeba sobie wypracować pewne techniki. Każdy gumista jest jak kucharz. Nie ma jednej, uniwersalnej recepty na gumę. Wystarczy dać czegoś szczyptę mniej lub więcej, by efekt był różny. Wystarczy kupić składniki w innym miejscu, by rezultaty wyglądały inaczej. Wiedza jest naprawdę łatwa do zdobycia. Materiały również są łatwo dostępne i tanie – ale  niedługo może się to zmienić.

Jakich innych dawnych technik próbowaliście?

JD: Robiłem prace w cyjanotypii, gumie, mokrym kolodionie czy brązie Van Dyke’a. Do tego próbowałem papieru solnego. Czasem przed użyciem jakiejś techniki ogranicza mnie brak  odpowiednich urządzeń innym razem ceny chemii. Pracuję w gumie, ale nie chciałbym być postrzegany tylko jako gumista. Tworzę również w innych technikach, nie tylko piktorialnych – guma jest zaledwie jedną z nich. Podstawową sprawą jest to, że jeśli chcesz przekazać myśl, to szukasz dla niej formy. Guma jest jedną z form, którą cechuje pewna charakterystyka obrazu – jest on miękki, graficzny, malarski; inne techniki nie mają tych właściwości. Cyjanotypia na przykład jest bardzo szczegółowa i ostra.

DG: Janusz pokazał mi cyjanotypię i gumolej, ale pozostaję wierny gumie.

fot. Gabriela Bazan

fot. Gabriela Bazan

Jak przedstawia się zainteresowanie gumą i innymi technikami dawnymi na Śląsku?

DG: Znam przynajmniej jednego gumistę z Zabrza, ale dlatego, że sam go nauczyłem tej techniki.

JD: Pytanie jeszcze jest o jakim Śląsku chcemy mówić – czy mamy na myśli cały Śląsk, czy tylko nasz region górnośląski. Oczywiście, że znalazłoby się tutaj jeszcze kilka takich twórców. Jest na przykład Piotr Trzmielewski z okolic Żywca, który pracuje głównie w technice mokrego kolodionu i cyjanotypii. Wiem, że prowadzi warsztaty, co wskazuje na zainteresowanie tymi technikami w tamtych okolicach. Trudno jednak stwierdzić, ile osób tworzy wykorzystując dawne metody fotograficzne, bo te prace są rzadko pokazywane.

DG: Bielsko-Biała jest mocnym ośrodkiem. W Cieszynie pojawiła się ostatnio informacja o potrzebie zorganizowania warsztatów z techniki gumy dwuchromianowej, więc to sygnał, że zainteresowanie jest.

GB: A patrząc szerzej, na całą Polskę? Przed wojną Polska słynęła w świecie z gumistów.

JD: Trzeba zacząć od zaznajomienia się z historią. Założyciel ZPAFu, Jan Bułhak, był wybitnym gumistą. To on stworzył termin „fotografik”, którym chciał oddzielić fotografa-rzemieślnika, który tylko naciska spust migawki, od fotografa-twórcy, który w jakiś sposób ingeruje w obraz, przetwarza go i daje wyraz autorskiej ekspresji. Termin ten powstał poniekąd przez to, że Bułhak działał właśnie w gumie, która daje bardzo dużą możliwość wyrazu i autorskiej ingerencji. Obecnie w Polsce jest już kilka znanych ośrodków. Są to np. okolice Zielonej Góry, Gdańsk, Warszawa, Poznań czy Lubelszczyzna. Jeden z najważniejszych polskich gumistów ostatnich lat, Henryk Rogoziński, pracował w Białymstoku. Dalej mamy Kraków i Aleksandra Mitkę czy Konrada Pollesha. W Warszawie działa cały Instytut Fotograficznych Technik Szlachetnych, który prowadzi Łukasz Gietka. Z Warszawą są też związani słynni Dederkowie. Czy o współczesnych twórcach będzie się mówić w kategoriach spadkobierców? Trudno tak naprawdę oderwać aktywnych gumistów od historii, ponieważ niektórzy z mistrzów polskiej gumy jeszcze żyją lub niedawno dopiero odeszli. Tworzymy w okresie, który  łączy się jeszcze z tą epoką. Na nieszczęście wielu z nich już odchodzi, nie ma już niestety z nami pana Rogozińskiego czy Witolda Dederki. Ale są jeszcze twórcy, którzy mieli styczność z tą historią. Sami są obecnie mistrzami, więc istnieje w jakiś sposób ciągłość.

fot. Gabriela Bazan

fot. Gabriela Bazan

Na początku 2016 roku, dokładnie w marcu, zorganizowaliście Wystawę Fotografii w technikach dawnych i alternatywnych. Skąd pomysł na takie przedsięwzięcie?

JD: Podczas jednej z rozmów Damian powiedział, że chciałby zrobić wystawę poświęconą technikom dawnym. To była jego idea. Zapytał, czy nie chcę w to wejść. Jestem zawsze chętny na takie propozycje i tak jakoś się to potoczyło. Wymyśliliśmy z Damianem, że chcemy rozpropagować techniki szlachetne na Śląsku. Tutaj nie dzieją się takie wydarzenia. Ludzie często nie mają świadomości, że istnieje coś innego niż fotografia srebrowa i cyfrowa.

DG: Tę wystawę wymyśliliśmy chyba tydzień po tym, jak się poznaliśmy. Wspólnie doszliśmy wniosku, że fajnie byłoby pokazać takie rzeczy, bo tego typu zdjęć nie ma gdzie oglądać. Nie da się ich wysłać na konkursy, no bo jak? Guma na płycie CD? To jest bez sensu. Takie prace ogląda się na żywo. Internet to tylko sprawa podglądowa. Kluczową rolę w gumie odgrywa struktura użytego papieru, widoczne pociągnięcia pędzla. Widać, że to zrobił człowiek. Chcieliśmy pokazać te techniki w naszym regionie – bo nie tylko gumę pokazaliśmy. Wielu ludzi pewnie nawet nie wie, że od końca XIX do około połowy XX wieku technika srebrowa nie była główną techniką fotograficzną.

fot. Gabriela Bazan

fot. Gabriela Bazan

Jesteście gumistami i o gumie głównie tutaj rozmawiamy, ale wystawa w tytule zawiera techniki dawne i alternatywne – jakie jeszcze techniki fotograficzne zostały zaprezentowane?

JD: Tak naprawdę wszystkie fotograficzne techniki szlachetne (te popularne) tj. guma, bromolej, cyjanotypia. Oprócz tego pojawiły się oleje, gumoleje, mokry kolodion, zaitypie, brąz Van Dyke’a czy techniki alternatywne, takie jak: luksografia, solaligrafia, fotografia litowa i otworkowa.

DG: Były też takie, których nigdy nikt nie robił, jak cuprotypia – pierwszy raz to na oczy widziałem. To technika oparta na związkach miedzi.

Wystawa z założenia miała mieć zasięg regionalny, a ostatecznie zyskała status ogólnopolskiej. Wystawiło się ponad dwudziestu twórców z całej Polski. Jak do tego doszło?

JD: To nas zaskoczyło. Zakładaliśmy bardzo lokalny zasięg wystawy. Nie reklamowaliśmy jej; wydawało nam się, że mało osób wie o tej wystawie. Wysłaliśmy zaproszenia do ludzi, których znamy i wiemy, że działają w tych technikach. Nagle zaproszenie poleciało do Gdańska, Poznania, Zakopanego, Warszawy czy Krakowa i zaczęliśmy dostawać prace z całej Polski. Pojawił się naprawdę spory odzew i to zachęciło nas do dalszego działania. Wprawdzie nie było na tej wystawie naprawdę „topowych” nazwisk – ludzi, uważanych za mistrzów, najważniejszych w kraju –  ale prace, które pokazaliśmy na pierwszej Wystawie były naprawdę na światowym poziomie. Swoje fotografie pokazały osoby, które są znane w tym środowisku np. Renata Zarzyka czy Mirosław Miranowicz.

fot. Gabriela Bazan

fot. Gabriela Bazan

Jakie są wasze plany na przyszłość?

JD: W lutym 2017 będzie miało miejsce otwarcie II Wystawy Fotografii w technikach dawnych i alternatywnych. Może trochę górnolotnie myślę, ale w przyszłości chcielibyśmy to rozszerzyć, żeby wydarzenie nie ograniczało się jedynie do wystawy. Myślimy nad bardziej złożoną formułą. Fajnie byłoby połączyć to ze spotkaniami z twórcami czy warsztatami. Chcielibyśmy stworzyć coś na wzór – nazwijmy to szumnie – festiwalu. Ale to są plany na następne lata. Na razie zakładamy możliwość, że druga edycja Wystawy będzie większa niż pierwsza. Młodzieżowy Dom Kultury w Zabrzu, w którym odbędzie się ta wystawa, wyszedł z propozycją otwarcia drugiej sali.

fot. Gabriela Bazan

fot. Gabriela Bazan

Czy uważacie, że powraca zainteresowanie fotograficznymi technikami szlachetnymi, dawnymi i alternatywnymi?

JD: Techniki te faktycznie przeżywają obecnie swój renesans. Szczególnie za sprawą kolodionu, który jest bardzo efektowny. Ma to też swoją złą stronę. Niektórzy ludzie nie podchodzą przez to do techniki tak jak powinni podchodzić, czyli jako do formy wypowiedzi, a nie techniki samej w sobie. Niektóre fotografie nie miałyby w sobie szczególnego, gdyby nie użyta forma. Forma zastępuje tutaj treść.

Rozmawiała: Gabriela Bazan

Fotografie: Gabriela Bazan


Gaba Bazan małe

Gabriela Bazan – rocznik ’91. Fototechnik i magister kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim. Pełna miłości do fotografii, filmu i muzyki. Duszą mieszka w Hiszpanii. Nierozłączna z aparatem od 2007 roku. W przerwach od oglądania filmów i robienia zdjęć ugotuje coś dobrego, nawet bardzo (nie robiąc temu zdjęć!).