„Sprzymierzeni”: Zemeckis i fetysz twarzy

Robert Zemeckis gubi ostatnio proporcje – a przynajmniej ustala je według tylko sobie znanych prawideł. Zafascynowany cyfrową technologią i estetyką, kręci filmy tak, jakby były uzupełniającymi się rozprawami o efektach specjalnych. W wychylonym w przyszłość projekcie Zemeckisa centralne miejsca zajmuje ludzka twarz: uchwycona przez motion capture, zapisana na twardym dysku, poddana kosmetycznej obróbce lub drastycznej metamorfozie.

sprzymierzeni-materialy-prasowe2

fot. materiały prasowe

„Ekspres polarny” z 2004 i „Beowulf” z 2007 roku, ambitne animacje wiejące, kolejno, podbiegunowym chłodem i skandynawskim mrokiem, miały w sobie element niesamowitości. Podrasowane cyfrowo twarze Toma Hanksa w pierwszym i Anthony’ego Hopkinsa oraz Raya Winstona w drugim filmie sprawiały, że zacierała się granica między rysowaną na komputerze fikcją a cielesną rzeczywistością. O ile ta strategia przydała animacjom Zemeckisa aurę wyjątkowości i pozwoliła zaklasyfikować je jako (który to już?) przełom technologiczny we współczesnym kinie, o tyle twarz Josepha Gordona-Levitta w „The Walk. Sięgając chmur” z 2015 roku była już żartem ze spostrzegawczości widzów. Rażąco niezgrabne próby odmłodzenia bohatera za pomocą makijażu z gładkich pikseli zamieniły marzyciela Philippe’a Petita w postać jeszcze bardziej oderwaną od ziemi.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

„Lot” z Denzelem Washingtonem i, w jeszcze większym stopniu, obecni właśnie na ekranach „Sprzymierzeni” z Marion Cotillard i Bradem Pittem, to już powrót wiarygodnych gwiazdorskich twarzy – takich, których emocjom i inteligencji możemy z marszu zaufać. Właśnie na zaufaniu między widzami a aktorami opiera się zresztą szpiegowski melodramat Zemeckisa, w którym Cotillard & Pitt wskrzeszają oldskulowy model patriotyczno-sensacyjnego widowiska w rodzaju „Jeden z naszych samolotów zaginął” Michaela Powella & Emerica Pressburgera. Francuska szpieżka Marianne Beausejour (tak, szpieżka to piękne słowo, z którego spróbujemy zdjąć w tej recenzji odium dziwaczności) oraz kanadyjski oficer Max Vatan poznają się w 1942 roku w „Casablance”, z sukcesem przeprowadzają tam wspólną misję (niemiecki trup ścieli się gęsto), zakochują się w sobie mimo zawodowej etykiety i zamieszkują w Londynie, gdzie podczas gęstego powietrznego nalotu rodzi ich córeczka. I właśnie wtedy, po fabularnej wolcie, Zemeckis rozkręca frapującą spiralę podejrzeń i domysłów, zamieniając widzów w nie do końca zdystansowanych detektywów.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Od mistrza timingu, który dał nam trylogię „Powrót do przyszłości” mamy prawo oczekiwać krzepkiej akcji oraz tego, że kilkoma ruchami kamery zanurzy nas w dynamicznym świecie przedstawionym. Nic bardziej mylnego: pierwszy akt „Sprzymierzonych” z premedytacją rozegrany jest w ślimaczym tempie. Zamiast timingu – dostajemy lifting scenografii, na miejsce nowej przygody – nową nostalgię. Casablanca u Zemeckisa to twór złożony w połowie z dekoracji, a w połowie z cyfrowych teł, które nadają filmowi posmak współczesnej produkcji studyjnej. Nurzamy się w obrazach lekko rozcieńczonych – zbyt uroczych i sztucznych, by służyły wyłącznie jako wsparcie intrygi. Zemeckis często odchodzi od realistycznej normy. Pozwala sobie na przynajmniej trzy momenty, w których jawi się jako gorący rzecznik hollywoodzkiego kiczu: narzędzia pozwalającego osiągnąć popową wzniosłość. Scena erotyczna Cotillard & Pitta w samochodzie na pustyni podczas burzy piaskowej to cicha rewelacja. Żywioł przyrody pożeniony z popędem seksualnym, namiętność targająca drobinami piasku, kamera wirująca wokół kochanków – dla ponowoczesnego umysłu brzmi to niczym estetyczny koszmarek, lecz w „Sprzymierzonych” jest jak najbardziej na miejscu, pozwala nakreślić fantazję, która niebawem może roztrzaskać się na kawałki.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Pozostałe wyborne obrazy kiczu to narodziny córeczki szpiega i szpieżki pośród fajerwerkowych eksplozji bomb (godne „Trzeciej części nocy” Żuławskiego) i rodzinne śniadanie na trawie w Londynie, z roztrzaskanym wrakiem samolotu na drugim planie – maszyna wydaje się podglądać, jak Max & Marianne z dzieckiem „zażywają niedzieli” w groteskowych warunkach wojny, która wchodzi Brytyjczykom do ogródków. Choć w drugiej części Zemeckis włącza trzeci bieg i sprawnie zaplata sieć dezorientacji, obcowałem z jego filmem jak z dziełem naiwnym i samoświadomym jednocześnie – uznającym własną staroświeckość, ale tylko po to, by afirmować ją w całej rozciągłości.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

„Sprzymierzeni” – zaszyfrowana hybryda, w której cyfrowe narzędzia pozwalają urzeczywistnić wyblakłe kinofilskie wspomnienia – to, jak wskazuje amerykański krytyk Peter Sobczynski, i „Casablanca” (oprócz Maroka mamy też tutaj kluczową scenę na lotnisku), i Alfred Hitchcock z lat 40. W kilku scenach szczególnie mocno pobrzmiewa jedno z arcydzieł Hitcha, czyli „Osławiona” z Ingrid Bergman i Carym Grantem – niedościgły mariaż romansu i szpiegowskiego thrillera. Zemeckis wyraźnie celuje w te rejestry, mocno inwestuje w relacje między dwojgiem bohaterów i raz jeszcze daje upust swojej obsesji chwytania aktorskich twarzy (którą dzieli być może ze starszym kolegą, Steven Spielbergiem).

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Wojenny dreszczowiec o miłości niemożliwej między szpiegiem a szpieżką działa bowiem znacznie lepiej jako rasowy melodramat aniżeli kino (tajnej) akcji. To bodaj największa i najbardziej wymagająca rola Pitta w ostatnich latach. Aktor gra oszczędnie, ze wstrzemięźliwością, którą łatwo pomylić z pozą. Jego nonszalancki wzrok znany choćby z „Bękartów wojny” (do których „Sprzymierzeni” nawiązują między innymi wyborem Augusta Diehla jako dyżurnego nazisty) Zemeckis zamienia w zamglone spojrzenie łatwowiernego, choć sprytnego męża. Unikanie łatwych szarż i emocjonalny dystans to znaki rozpoznawcze warsztatu Pitta – tym razem nawet w większym stopniu pracuje on od wewnątrz, ważąc każdy gest i równoważąc naturalną charyzmę całkowitym skupieniem. Nawet jeśli tak wymagające ustawienie roli obnaża pewne braki postaci (nie zawsze intensywność, którą chciałby osiągnąć, udziela się widzowi), to i tak Max imponuje nieoczywistym autentyzmem.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Marion Cotillard zgrabnie unika pułapki zastawianej przez zagranicznych reżyserów, którzy często widzą we Francuzce europejską towarzyszkę-maskotkę anglojęzycznych mężczyzn. U Jamesa Greya, w boleśnie niedocenionej „Imigrantce”, Cotillard gra Polkę, która przybywa po I wojnie światowej do Nowego Jorku, by skończyć jako niebiańska cierpiętnica – kobieta bliższa bezcielesnym ideałom niż realiom sutenerskiej codzienności. Niewiele aktorek byłoby w stanie udźwignąć tę postać. W twarzy Cotillard – wspaniale widać to w „Sprzymierzonych” – jest jednak pewne bezwarunkowe piękno i kruchość, które nie znikają nawet w jej śmiercionośnych wcieleniach (w „Incepcji” Christophera Nolana, jako zmarła żona zabija wspólników swego męża w jego śnie).

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

U Zemeckisa Cotillard jest na przemian kusicielką i opiekunką; uprawia miłosne szepty i dusi w sobie tajemnicę; mówi dokładnie to, co ma na myśli i perfekcyjnie kłamie. Delikatne iskrzenie między Pittem a Cotillard napędza film i – można zgadywać – udział tego duetu był dla reżysera wystarczającym argumentem, by go nakręcić. W „Sprzymierzonych” Zemeckis, po latach i bez pomocy komputera, znalazł w końcu dla swojego kina doskonałe twarze.

Nasza ocena:

żarówki 4jpg-01

tekst: Sebastian Smoliński

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100