Islandzka szajba

Islandia. Wyspa na krańcu świata. Miejsce gdzieś pomiędzy Europą a Ameryką, o nie do końca określonej przynależności do danego kontynentu. Jedyna, niepowtarzalna na skalę światową.

islandia1

fot. Agnieszka Wielińska

Z początkiem każdej fascynacji wiąże się wydarzenie, będące katalizatorem późniejszych emocji. W przypadku Huberta Klimki-Dobrzanieckiego, autora opowieści „Zostawić Islandię”, były to marynowane śledzie w słoiku, kupione w osiedlowym sklepiku w czasach PRL-u, a importowane właśnie z Islandii. Sam autor porównuje kształt Islandii na mapie do karpia: zagubionego i samotnego wśród bezbrzeży oceanu, lodowców i wulkanów. Przyrzekł sobie, że kiedyś tam pojedzie. Nazywa swoją fascynację islandzką szajbą – nieuleczalną chorobą, z którą jednak może i lubi żyć.

Pajęczyna skojarzeń

„Zostawić Islandię” jest dla mnie jak jesienna pajęczyna z kropelkami porannej rosy. Piękna i niezwykła. Do centrum pajęczyny – Islandii − wiedzie wiele innych, cieniutkich niteczek, będących luźnymi przemyśleniami i skojarzeniami autora na temat spraw związanych z życiem i postrzeganiem wyspy.

Dodatkowo, jako osoba zajmująca się fotografią, od razu zwróciłam uwagę na wkładkę ze zdjęciami wykonanymi przez żonę autora, Agnieszkę. Przedstawiają one Islandię pełną marzycielskiej melancholii: zatrzymany w kadrze wiatr, pod wpływem którego falują łąki łubinów; konie islandzkie, których nie należy nazywać kucykami; monumentalne lodowce czy samotne kościółki, zagubione wśród pustkowi.

islandia2

fot. Agnieszka Wielińska

Marzenia o wyspie

Konfrontacja fascynacji i rzeczywistości, jak to w życiu bywa, okazała się bolesna. Nie wystarczyło dostać się na elitarną filologię islandzką w Reykjaviku. Klimko-Dobrzaniecki pokazuje trudności i zawiłości polityki późnego PRL-u: problem z wyjazdem za granicę, odbiorem stypendium, wreszcie konieczność wstrzymania się z podjęciem studiów i ciężka praca, by każdy zarobiony grosz móc odłożyć na życie w Islandii.

Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania

W życiu Dobrzanieckiego wszystko dzieje się wprost odwrotnie niż w ustalonych standardach. Ślub tuż przed wyjazdem z wyspy, „podróże przedślubne zamiast poślubnych, dzieci nieślubne, leworęczność, lewostronność, wykorzenianie zamiast zakorzeniania się, spotkania na końcu świata”.

Autor podziwia naród islandzki za jego nastawienie do życia i hart ducha. Mimo swej terytorialnej maleńkości, mimo nieprzychylnych i niepomyślnych wiatrów wiejących prosto w oczy (często nie tylko w przenośni, ale i dosłownie) Islandczycy potrafią być wielcy. Jakby na potwierdzenie tej tezy przypomniały mi się tegoroczne Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, podczas których reprezentacja Islandii – grupa pasterzy i rybaków – została pokonana przez gospodarzy turnieju, Francję, dopiero w ćwierćfinale. Islandzka propaganda małych sukcesów to coś, z czego śmiało moglibyśmy brać przykład i przenosić na polskie realia.

islandia3

fot. Agnieszka Wielińska

Islandczycy to naród na ogół uczciwy i życzliwy. Tysiące lat w odizolowaniu od reszty świata nauczyły ich jak walczyć z przeciwnościami losu i doceniać, że każdy człowiek jest ważny i potrzebny w społeczeństwie. Zahartowało ich to, że „po prostu musieli sobie sami radzić przez ponad 1000 lat, w samotności, na odludziu, w ciemnościach, w zimnie i głodzie” – pisze autor.

Mimo iż w „Zostawić Islandię” nie odnalazłam zbyt wielu ciekawostek na temat kraju, o którym z reguły niewiele się mówi, to jednak pełna melancholii, tęsknoty za ideałem, ale i siły ducha opowieść Klimki-Dobrzanieckiego sprawdzi się na chłodne, deszczowe i jesienne wieczory.

korekta: Sylwia Klonowska

żarówki 5 małe

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Zostawić Islandię, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2016.

Agnieszka wielińskatekst