Pocztówka z … Londynu. Seven noses of Soho

Moje londyńskie wakacje trwają już siedem miesięcy. Mimo to życie tu wciąż bliższe jest zwiedzaniu nieznanego niż codziennej egzystencji w oswojonej uprzednio przestrzeni. Każdego dnia odkrywam to miasto na nowo, a rzeczy, które już raz widziałam, nigdy nie wydają się takie same.

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

Londyn był dla mnie obfity w doświadczenia, które mogłyby być wystarczającym materiałem na co najmniej kilka pocztówek. Pierwszą z nich zaadresowałabym jeszcze w 2013 roku, kiedy pierwszy raz moim oczom ukazał się architektoniczny dobrobyt tej ziemi: Big Ben, Westminster, London Eye, Tower Bridge i inne atrakcje z cyklu „Londyn w trzy dni. Przewodnik”. Kolejną pocztówkę wysłałabym w styczniu tego roku – po pierwszym zachłyśnięciu muzealnym dorobkiem miasta. Natural History Museum, Science Museum, Victoria & Albert Museum, British Museum, Madame Tussauds Museum i nieco ponad pięćdziesiąt innych pozycji, czekających w kolejce do odkrycia. Na trzeciej pocztówce pora na prawdziwą sztukę: National Gallery, Tate Modern, National Portrait Gallery, Royal Academy of Arts czy Saatchi Gallery – to trzeba, a przynajmniej warto zobaczyć.

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

Dziś śmiało mogę przyznać, że Londyn kulturą stoi. Przez duże „K”! Tym jednak, co najbardziej fascynuje mnie w tym miejscu, jest twórczy potencjał jaki wyzwala i jaki sam posiada; to przeplatanie się dysonansu i harmonii, mozaika kultur i przyzwyczajeń i w końcu przyzwolenie na istnienie całkiem irracjonalnych zjawisk (które uwielbiam!). Tak więc wybacz Big Benie, przepraszam Szekspirze, ukłony dla van Gogha… tę pocztówkę poświęcam siedmiu nosom Soho!

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

Soho – dźwięczna i łatwa do zapamiętania nazwa po raz pierwszy została użyta podczas polowania. Okrzyk „so ho” był wydawany przez myśliwego, kiedy ten zobaczył królika (w nawiązaniu do mojego detektywistycznego wyzwania jak znalazł). Jeszcze w XX wieku dzielnica ta cieszyła się opinią miejsca „moralnego zepsucia”, którą zapewniły mu liczne domy publiczne, sex-shopy, kwitnące i dalekie od grzeczności życie nocne. Obecnie Soho to jedna z modniejszych dzielnic Londynu, pełna eleganckich i wytwornych restauracji, biur wielu ważnych korporacji, pubów, kin, klubów i modnych sklepów, miejsce przeplatających się dualizmów, otwarta obyczajowo stolica homoseksualistów oraz centrum mniejszości chińskiej (Chinatown).

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

Jeśli nie wierzycie, że coś jest w stanie zaskoczyć Was bardziej niż powyższa mieszanka wybuchowa, posłuchajcie historii o Seven Noses of Soho! W 1997 roku artysta Rick Buckley wyraził artystyczny sprzeciw wobec szerzącej się obecności kamer CCTV na londyńskich ulicach. Trzeba przyznać, że wybrał on dość subtelny i zabawny zarazem sposób walki z obliczem systemu rodem z „Big Brothera” – zaśmiał mu się w nos. Zainspirowany działaniami sytuacjonistów, sporządził trzydzieści pięć gipsowych odlewów własnego nosa i za pomocą kleju przytwierdził je do ścian brytyjskiej stolicy. Umieszczając je w miejscach o dużym natężeniu ruchu i sporej użyteczności publicznej, takich jak National Gallery i Tate Britain, w istocie Buckley zainstalował swoje partyzanckie dzieło tuż „pod nosem” rosnącego stanu nadzoru. Część z nich została usunięta w przeciągu kilku dni i tygodni. Reszta przetrwała. I tak długo, jak Buckley nie wziął publicznej odpowiedzialności za swój manifest (2011 rok), wszelkiego rodzaju mity miejskie zaczęły ogniskować się wokół początków tych tajemniczych wypukłości. Jedna z najbardziej rozpowszechnionych legend dotyczy siedmiu nosów Soho: ci, którym uda się odnaleźć szczęśliwą siódemkę, będą cieszyć się dobrym zdrowiem i bajeczną fortuną. Kto może oprzeć się możliwości takiego wynagrodzenia za wykonanie (pozornie) prostego zadania? – pomyślałam i wsiadłam do centralnej linii metra, by rozpocząć moje poszukiwania.

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

Pierwszy przystanek: Covent Garden. Jak podaje mapa[1] poszukiwaczy skarbów, wyprawę najlepiej rozpocząć właśnie od tej stacji. Jako że strój Sherlocka Holmesa przyszło mi przybrać w sobotnie popołudnie, trudno było dostrzec choć pół metra wolnej przestrzeni wokół mnie. Tłum ludzi na prawo, tłum ludzi na lewo. Nie zniechęcając się zbytnio ja, mój pomocnik i nasza lupa (aparat) ruszyliśmy na wschód. Bez trudu znaleźliśmy pierwszy punkt programu, Floral Street. Rozglądając się uważnie, pokonując długość ulicy wzdłuż i wszerz kilkakrotnie i nie znajdując żadnego nosa ponad te, które sami posiadamy, nasze miny nieco zmarkotniały. Czułam, że nagroda przeszła nam koło nosa. I w tym oto momencie naszym oczom ukazało się jakże dorodne… ucho! A po nim drugie! Prawdopodobnie zostały one umieszczone tam przez innego rzeźbiarza (Tima Fishlocka), ale mimo to były dla nas łakomym kąskiem na pocieszenie.

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

Zadanie okazało się trudniejsze niż myślałam – jak widać nieskończone bogactwo nie przychodzi tak łatwo. Po godzinnym spacerze moje widzenie było coraz mniej wyraźne, a każdy wystający ze ściany element przypominał nos. Sprawa zaczęła być frustrująca, jednak każda wielka przygoda zaczyna się od porażki czy zgorszenia, które bohaterowie muszą pokonać, aby udowodnić swój zapał i zdobyć chwałę. Zachęceni tą wizją ruszyliśmy w głąb Londynu raz jeszcze i niedługo po tym zostaliśmy nagrodzeni widokiem niewątpliwie jednego z najbardziej niezwykłych zabytków w całym mieście. Pierwszą zdobycz dorwaliśmy na Endell Street. Jest! Radość większa niż po upolowaniu Pokemona. I tak, krok po kroku, ulica po ulicy, penetrując każdy centymetr mijanych budynków, na których potencjalnie ukryte mogły być nosy, zwiedziliśmy Soho z nowej i jakże ekscytującej perspektywy. Czułam się prawie tak, jak gdybym odkryła kłopotliwą tajemnicę – pomysł zbyt niewygodny, by być powszechnie znanym, nieuchronnie pochłonięty przez pośpiech i zgiełk miasta. Przecież bardziej absurdalną rzeźbę trudno byłoby sobie wyobrazić, a mimo to dla zabieganych mieszkańców Londynu i przechodzących turystów było tak, jakby nie istniała. Była to smutna myśl – że coś tak szalenie innego i ekscentrycznego mogło przejść tak niepostrzeżenie – ale jednocześnie cudownie romantyczna, bo ci, którzy mieli przywilej tego odkrycia, zostali wpuszczeni w świat tajnej intymności. Teraz z zapachem zwycięstwa w moich nozdrzach nie można było mnie zatrzymać. Znalazłam kolejny nos na Bateman Street i wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia – ja ze świadomością, że odkryłam kolejny ukryty skarb. Nonszalancko spoglądałam na kolejną zdobycz na Meard Street, kiwając głową z aprobatą. To był mały sekret tylko między mną a miastem.

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

Mając to na uwadze, udaliśmy się do domu. Trzy nosy i para uszu to nie najgorszy bilans jak na dzień wędrówki po ulicach Londynu. Bez wątpienia była to wspaniała przygoda, pełna tajemnic i intryg, zwrotów akcji po drodze i słodką obietnicą na końcu. Nie znalazłam wszystkich siedmiu nosów, ale wierzę, że one będą tam następnym razem, gdy będę szukać. Jeśli Ty także zdecydujesz się na podjęcie tego wyzwania, pamiętaj – w Londynie ściany mają nie tylko uszy!

fot. D. Roszko

fot. D. Roszko

tekst: Joanna Brodniak
korekta: Sylwia Klonowska


[1] https://www.google.com/maps/d/viewer?mid=1g06yOJHD6OORLaAM2IMKHeMtUDc&hl=en_US