Już po – Tauron Nowa Muzyka 2016

W iście ekspresowym tempie minęła już jedenasta edycja Festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Ani się obejrzałam, a wszystkie wydarzenia i koncerty już za nami. Jak było? Na pewno nieco inaczej niż rok temu, ciągle jednak w biegu pomiędzy scenami i wydarzeniami, by choć na chwilę uchwycić dźwięki danego artysty, by spróbować tego wszystkiego, co przygotowano. Ta edycja nie była dla mnie pierwszą, więc miałam materiał do porównań.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Czwartek

Rozpoczęłam festiwal już pierwszego dnia z 3-dniową akredytacją (rok temu byłam tylko na 2 dniach TNM). Może jest to kwestia jednego koncertu, ale za to JAKIEGO. Było warto! Sala może nie pękała w szwach, ale słuchaczy było sporo i to zróżnicowanych, co najlepiej pokazuje, że muzyka jest czymś uniwersalnym, a odbiorcy festiwalu to nie tylko szeroko pojęta młodzież lubiąca techno. Byli i młodsi, i starsi, i dwudziestolatkowie w jeansach i koszulach flanelowych, i eleganckie panie w sukniach i na szpilkach, i panowie w zwykłych szortach, a obok ci w garniturach. Dało się też poczuć międzynarodowość; w zasadzie już w kolejce po akredytacje czy na widowni pobrzmiewa nie tylko polski, ale też angielski, niemiecki, francuski…

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Wracając do najważniejszej części, czyli samego koncertu: na scenie wybrzmiała muzyka Henryka Mikołaja Góreckiego, Philipa Glassa oraz Steva Reicha. Na początek „Music for 18 Musicians” Reicha <KLIK!> – muzyka pełna dobrze znanych skrzypiec, wiolonczeli, cymbałów, wokali, pianina czy klarnetów, a jednak mająca charakter nowoczesny, minimalistyczny; powtarzalność tak bliską muzyce elektronicznej. Poszczególne instrumenty i frazy raz po raz wyłaniały się na prowadzenie, to znów wtapiały się w tło. Jak dla mnie – idealne nawiązanie do przestrzeni koncertu, muzyki klasycznej oraz do charakteru festiwalu. Po przerwie, na scenie pojawiła się orkiestra wraz z dyrygentem – Alexandrem Humalą i solistą – Piotrem Orzechowskim, znanym szerzej jako Piano Hooligan. Najpierw zagrali „Tirol Concerto for piano and Orchestra” Glassa <KLIK!>, a później „Koncert na klawesyn i orkiestrę smyczkową op.40” Góreckiego <KLIK!>, z tym że w roli klawesynu wystąpił Rhodes – elektro-akustyczny instrument klawiszowy, o dość charakterystycznym dźwięku. Czy koncert się podobał? Odpowiedzią niech będą długie owacje na stojąco niemal całej sali. Na koniec był też pewien bonus. Piano Hooligan wyszedł raz jeszcze na scenę by, już bez orkiestry, zagrać kilka utworów na fortepianie.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Piątek

Dnia drugiego już od samego rana pogoda była jak na zamówienie, podobnie w sobotę. Po południu ze Strefy Kultury dało się usłyszeć dudnienie, przypominające, że festiwal i nowe brzemienia już tuż tuż, a równocześnie podnoszące ciśnienie wszelkich malkontentów, którzy mieszkają w pobliżu. Na koncerty wybrałam się wcześniej niż „na styk”, żeby wstępnie zobaczyć „co, jak i gdzie”. Miłym zaskoczeniem na pewno okazała się strefa „Śląskie. Tu Odpoczywamy”. Koncerty koncertami, ale dla mnie ważne są wszelkie działania dodatkowe. Przestrzeń podzielona była na poszczególne miejsca: Tu się delektujemy, Tu czytamy, Tu oglądamy, Tu witamy, Tu tworzymy. Najbardziej przypadła mi do gustu strefa Tu tworzymy, a w niej m.in. własnoręczne komponowanie wzorów na t-shirtach i torbach. Przygotowano specjalne nadruki na foliach, które każdy mógł ułożyć według własnej inwencji twórczej, a następnie zaprasować i voila – gotowe! Torby-worki schodziły jak świeże bułeczki. To chyba swego rodzaju nowy symbol muzycznych festiwali – były dosłownie wszędzie! Te od Śląskie Pozytywna Energia odznaczały się tym, że zapraszały uczestników do interakcji, skłaniały do kreatywności, a same wzory były po prostu ładne, zaś logo instytucji nie było zbyt nachalne. Wybrałam się też do strefy „Stop in motion”, przygotowanej przez magazyn Design Alive i Jago VJ. Można tam było m.in. obejrzeć filmik na temat magazynu, jak i zabrać ze sobą któryś z archiwalnych numerów. Przyznam szczerze, że trochę brakowało mi zeszłorocznej formy działań DA, tzn. spotkań z ciekawymi osobami, które jeszcze bardziej urozmaicały festiwalowe doznania, a zarazem pozwalały na chwilę odpoczynku w biegu pomiędzy scenami. A jeśli już o bieganiu mowa, to zdecydowanie na plus oceniam delikatne, acz znaczące, zmiany organizacyjne – przejście do sceny głównej prowadziło nie przez mostek obok NOSPR, ale przez zamkniętą na czas festiwalu drogę (ul. Olimpijska). Może to i drobna zmiana, ale w skali całego festiwalu z pewnością zaoszczędziła mnie i innym uczestnikom festiwalu choć trochę czasu i sił.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Na pierwszy ogień poszedł Smolik/Kev Fox <KLIK!> i muszę przyznać – koncert wyszedł całkiem nieźle. Sam głos i energia Keva Foxa były na piątkę z plusem. Natomiast na szóstkę z pewnością zasługuje ich perkusista – pełen energii, pasji i radości z muzykowania, tak po prostu. Widać też było, że panowie lubią ze sobą grać. Poza szybszymi kawałkami, były też te spokojniejsze, a wśród nich istna wisienka na torcie – „Hollywood” okraszone niezmiennie urzekającym mnie wokalem Natali Grosiak (Mikromusic) <KLIK!>.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Po koncercie wybrałam się do strefy Tu Pleciemy na warsztaty z tworzenia wianków, które prowadziła Pani Kwiatkowska <KLIK!>. To nie jest typowa kwiaciarnia, a raczej pracownia artystyczna, której siedzibę znajdziemy w Gliwicach. Warsztaty były przeprowadzone bardzo profesjonalnie: każda uczestniczka (lub uczestnik – panowie byli w mniejszości, acz też wykazywali zainteresowanie) otrzymała tekturowe pudełeczko z gotowym zestawem do stworzenia wianków. Skład: druciki, taśma, przeróżne kwiaty i gałązki czy wreszcie wstążki w barwach Śląska. Mimo początkowych wątpliwości „czy wyjdzie z tego coś sensownego”, pani Kasia przeprowadziła nas bezboleśnie przez ten proces, a efekt końcowy był całkiem zadowalający. Największy plus i minus to fakt, że kwiaty były żywe. Wyglądały cudnie, a do tego pachniały, ale niestety żywotność takiego wianka jest krótka.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Po wiankach przemieściłam się (oj, dużo było tego biegania) z Centrum Kongresowego do Littlebig Tent Stage, by choć trochę uszczknąć z polecanego przez znajomych francuskiego Fakear <KLIK!>. Byłam tam tylko przez kilka chwil, więc trudno mi się wypowiadać o całym występie artysty. To, co zobaczyłam było interesujące. Po reakcjach publiczności wnioskuję, że cały koncert był w porządku.

Później, przechadzając się pomiędzy scenami, trafiłam w końcu na Beneficjentów Splendoru <KLIK!>, którzy dawali czadu w Amfiteatrze. Było to połączenie hip-hopu z elektro, no i oczywiście niebanalnymi tekstami. Później chciałam wybrać się na Lubomyra Melnyka, ale już w trakcie koncertu Beneficjentów kolejka do Sali kameralnej NOSPRu urosła do niebotycznych rozmiarów, a ja zrozumiałam, że nie tylko ja nie wejdę, ale także większość osób, które już wtedy stały w kolejce. Nic dziwnego – posłuchajcie tylko, jak ten pan gra! <KLIK!> Co prawda dziwić może zainteresowanie taką muzyką <KLIK!> wśród fanów brzmień elektro, ale raz za razem skłaniam się do stwierdzenia, że nie ma lepszych czy gorszych gatunków muzycznych – jest tylko dobra i zła muzyka, niezależnie od rodzaju.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Pierwszego dnia, poza snuciem się pomiędzy scenami, chłonięciem zapachów ze stref gastronomicznych czy „zwiedzaniem” stref Geszeftu oraz tych przygotowanych przez firmy zewnętrzne (H&M Loves Music, Wyborowa, Beefeater – w każdej atrakcje dla festiwalowiczów) byłam na koncercie Snarky Puppy <KLIK!> oraz Battles <KLIK!>. Oba zespoły wywarły na mnie podobne wrażenie: oba na wysokim poziomie, jeśli chodzi o jakość i profesjonalizm. Może tylko Snarky Puppy byli nieco świeżsi i bardziej porwali mnie solówkami. Battles też nie brakowało energii, szczególnie, że ten zespół posiada świetnego perkusistę. Nie tworzył on tła dla innych instrumentów – był integralną częścią zespołu. Warto też dodać, że sama Main Stage wypadła bardzo na plus pod względem organizacyjnym – i nie chodzi mi tylko o pogodę. Sala jest na tyle duża, że spokojnie pomieściła wszystkich żądnych nowych brzmień. Zawsze było też miejsce, żeby usiąść gdzieś z boku (na ziemi) czy żeby podejść do samych barierek z przodu. Dla mnie to zdecydowany plus w przeciwieństwie do wielu imprez plenerowych, gdzie stoimy w tłumie innych sardynek. Swoje robi pewnie różnorodność festiwalu – wielość scen i innych atrakcji.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Sobota

Ten dzień z pewnością był najlepszy ze wszystkich. Jeśli miałabym pójść tylko na jeden dzień festiwalowy, to byłby to właśnie ten, mimo że rozpoczęłam go spóźnieniem się na Starą Rzekę <KLIK!>. Po przysłuchaniu się kilku piosenkom żałowałam, że nie przyszłam wcześniej, i że nie mogę zostać do końca, jeśli chcę zdążyć na pierwszy z koncertów na scenie głównej. Kiedy przyszłam pod Littlebig Tent Stage byłam zaskoczona, ale pozytywnie. Praktycznie cała publiczność siedziała rozproszona pod sceną i zasłuchiwała się w skupieniu w dźwięki raz elektroniczne, a raz w wokal połączony z gitarą. Mimo że nie była to mała scena, na widowni było też trochę osób, to było jakoś tak… hmm… kameralnie? Szkoda tylko, że byłam tam tak krótko.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Później, zgodnie z planem wystąpiła Maria Peszek <KLIK!>. Gdyby nie niektóre teksty, które zupełnie odbiegają od mojego światopoglądu, to powiedziałabym, że koncert był 10/10. No dobra – w warstwie muzyczno-energicznej był świetny i plasuje się w czołówce koncertów, na których byłam na tej edycji Taurona. Tylko te teksty pozostawiają pewien niesmak. Z koncertu powolnym krokiem trafiłam na Kuedo + Werkflow Av Show <KLIK!> – na powrót w Tent Stage. Znów trudno oceniać cały show po ledwie próbce twórczości, ale ten zespół raczej też oceniłabym pozytywnie.

I przyszedł czas na chyba najlepszy, a przynajmniej jeden z najlepszych występów tego festiwalu. Na Kid Smius <KLIK!> wybrałam się zupełnym przypadkiem. Miałam nawet w planach posłuchać kilka utworów i iść dalej eksplorować pozostałe sceny, ale praktycznie od pierwszej piosenki było bardzo dobrze! Bity tego zespołu ściągnęły prawdziwe tłumy, co widać choćby na tych filmikach <KLIK!> zamieszczonych w sieci przez uczestników <KLIK!>. Co prawda nie oddają one dobrze dźwięków i atmosfery, która tam panowała, ale może pokarzą choć namiastkę. Kiedy zasiadałam przed koncertem na ławkach Amfiteatru, byłam przekonana, że będzie to dość kameralny koncert. Kiedy odwróciłam się chwilę po wejściu na scenę artystów, zobaczyłam morze ludzi. Wszędzie. Tłumy! Nie trzeba było długo czekać, a pierwsze rzędy momentalnie zaczęły tańczyć. Zadziałał efekt domina i kolejne ławki wstawały i wyginały się w rytm muzyki. Trudno było się temu oprzeć. Wkrótce doszły jeszcze kolejne osoby, jeszcze więcej z nich tańczyło, a muzycy tylko podkręcali atmosferę. Wykorzystywali też różne instrumenty – w ruch poszła m.in. gitara elektryczna. Brawo, panowie!

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Po takim wysiłku przyszedł czas na relaks i przechadzanie się po przestrzeni festiwalowej. Tak trafiłam m.in. na mega wygodne podwieszone siedzenia H&M Loves Music oraz stoisko Interference Festival – festiwalu, którego idea opiera się na kreatywnych formach komunikacji wizualnej, w tym wideoklipach czy bitwach VJów. Można tam było usiąść i pooglądać próbkę tego, co można zobaczyć podczas ich festiwalu. Kierując się już powoli w stronę sceny głównej i Floating Points, trafiłam na Carbon Continent i zespół, który przyjechał aż… z Kolumbii! Mianowicie DMK, czyli rodzinny coverband zespołu Depeche Mode. Tak, wiem, jak to brzmi. Uwierzcie mi jednak – było naprawdę ciekawie. Może nie każdy dźwięk był trafiony, ale nie to się przecież liczy. Pasja Dickena Schradera i dwójki jego dzieci zgromadziła pod sceną wielu słuchaczy, którzy po prostu dobrze się bawili. Tak brzmią unplugged <KLIK!>, a tak w wersji koncertowej <KLIK!>.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

I znów tylko kilka utworów, bo przecież musiałam biec na Floating Points <KLIK!>! Wszyscy zachwalali, zatem musiałam sprawdzić. Kolejny raz scena główna nie zawiodła – muzyka była wyśmienita. To kolejny zachwyt tego dnia. Połączenie dźwięków gitary, perkusji i klawiszy z elektroniką dało bardzo dobry efekt. Czasami bardziej refleksyjnie, czasem nieco mocniej, ale od początku do końca wyśmienicie. No i do tego te wizualizacje – proste, minimalistyczne, a tak doskonale pasujące do wykonywanej muzyki. Było warto.

Przed Fat Freddy’s drop przyszła jeszcze chwila na odpoczynek w strefie Tu oglądamy (a tam etiudy filmowe WRiTV UŚ). Były tam też ciekawe wlepki leżące w widocznych miejscach od tupasuje.pl <KLIK!> z prostymi hasłami – „TU… jest design”, „TU… odwiedzam”, „TU… znajduję” itp. Mając w zapasie jeszcze trochę czasu postanowiłam znów, choćby na chwilę, zobaczyć co ciekawego dzieje się na pozostałych scenach. Na Red Bull Music Academy grał wtedy Roni Size & DJ Krust (UK) <KLIK!>. Muzycznie na plus, jednak z racji ograniczonego czasu i dużych tłumów nie zabawiłam tam za długo. Na Carbon Continent przyciągnął mnie zaś ciekawy wokal Baloji (z Kongo) <KLIK!>, który łączy różne gatunki muzyczne i nie da się ukryć – całkiem nieźle <KLIK!> mu to wychodzi.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

Co prawda koncerty trwały do samego rana, a festiwal kończył się dopiero w niedzielę wieczorem, dla mnie ostatnim występem był Fat Freddy’s Drop. To również mocno polecany zespół, który przyjechał aż z Nowej Zelandii. Jakie to rytmy? A takie <KLIK!>, jeśli chodzi o album i takie <KLIK!> w wydaniu koncertowym. A konkretniej reggae, dub, jazz, funk, techno, muzyka ludowa, okraszone jeszcze inwencją muzyków i ich improwizacjami. Było bardzo dobrze – świetnie bawili się i muzycy, i publika. Poza warstwą muzyczną warto wspomnieć dość specyficzny strój jednego z artystów, który już na wstępie przywołał uśmiech na twarzy, jak i powiewającą na widowni flagę Nowej Zelandii. Minusem było zaś to, że ściągnął rzesze ludzi, które postanowiły wybrać się na koncert (i stanąć w tłumie tańczących ludzi) z kubkami pełnymi piwa. Efekt? Pod koniec występu pod nogami walało się trochę kubków oraz resztek złotego płynu. Nie przyćmiło to dobrej muzyki, ale było jednak pewną niekonsekwencją w działaniu (wchodząc na ul. Olimpijską/teren Centrum Kongresowego nie można było wnieść piwa, zaś na samej Main Stage można je było kupić). Podsumowując – świetne zakończenie koncertów na scenie głównej oraz dla mnie – zakończenie festiwalu.

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

fot. Anna Tkacz

A całość? Na plus. Co prawda, mam pewien niedosyt tego, że nie wykorzystałam w pełni możliwości, jakie oferował festiwal (RA Movies, warsztaty Ableton Lab / GoPro, i tak dalej, i te wszystkie zespoły, na które zabrakło czasu, jeszcze nieodkryte a potencjalnie ciekawe dźwięki), acz na pewno było intensywniej (pod względem ilości koncertów i wydarzeń dodatkowych) niż rok temu – przynajmniej w moim przypadku. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną – całkiem przyzwoicie. Może obyło się bez spektakularnych odkryć, ale większość dźwięków, które usłyszałam po prostu zaspokajała moje oczekiwania.

tekst: Sylwia Chrapek
foto: Anna Tkacz
korekta: Paulina Goncerz