Na falochronie w Ustce – czyli gdzie nie kochać pod żadnym pozorem

Wakacje, beztroski czas. W głowie uruchamiają się retrospekcje, przypominają się „hity lata”. Dzięki internetowi można sobie odświeżyć wspomnienia i nie dość, że włączyć od lat niesłuchaną muzykę, to jeszcze przyjrzeć się jej teledyskom, często kompletnie nieznanym. Długi łańcuch skojarzeń przywiódł mnie na stepy i pustkowia, gdzie co jakiś czas podmuchem wiatru unoszą się w górę stare i doprawdy nie wyglądające atrakcyjnie przeboje. I samo słowo „przebój” brzmi górnolotnie, ma gdzieś głęboko zakorzeniony związek z czymś ponadczasowym — stąd też w ogóle nie pasuje do tego, do czego zmierzam… A zmierzam na dno. Na szczęście nie tak głębokie, aby ciśnienie mogło nas zabić; jednak głębokie wystarczająco, aby odkryć żenującą prawdę. Bo kto nie wie, czym kończy się fraza „W kinie, w Lublinie”? Tak. Widzicie? Jest źle. Nie najgorsza kompozycja z tutaj akurat niezbyt mądrym tekstem daje zaskakujące połączenie. Piosenka, która zupełnie nie odpowiada panującej wszem i wobec modzie. Sama niejako, a może za pomocą swej poprzedniczki pt. „Czerwone korale”, tę modę kreuje. Jest bytem, który zapewne każdy z was pamięta, który świdrował uszy i przewiercał na wylot wnętrze czaszki. Niewielu jednak wie, jak strasznym, ale równocześnie genialnym w swym kiczu był teledysk nakręcony do tej piosenki. Zapowiadający się źle, chociaż „momentami” — a to za sprawą ruchomego kolażu w intensywnej czerwieni, po której przebiegał rój małych, czarno-białych dziewczynek. Przywodzi na myśl — oczywiście o tyle, o ile — twórczość Monty Pythona. Na tym kończę listę atutów. Jak to często bywa, to właśnie zespół stał się najsłabszym ogniwem tego wideoklipu. Ten zaś, próbując być nowoczesny, okazał się nie być ponadczasowy, a neonowe serca, ubrania aktorów i zespołu, i właściwie to, co robią przed kamerą, pozwala wyrobić sobie opinię na temat teledysku. Dzięki temu na hasło „czy miasto, czy wiocha” myślę sobie, że chyba raczej wiocha. Zresztą, o sztuce mówić nie należy. Warto ją przeżywać.

Żeby dodać nieco atmosfery, na koniec tylko dodam, że „latem w przydrożnym rowie – zimą na sankach i nartach, najmocniej zaś w Krakowie – kochaj, bom tego jest warta”*.

*Lubię się zaskakiwać tekstami, na które kiedyś nie zwracałam uwagi. Finezja bywa rozbrajająca!

korekta: Sylwia Klonowska

Hanna Baron