Chaosmuza: Space rock

Krótka opowieść o tym, jak muzyka i psychodeliki wystrzeliły ludzi w kosmos

Kontrkulturze zawdzięczamy wiele, począwszy od ruchów rewolucyjnych wchodzących na ulicę niemalże w każdym mieście na świecie, nasilającej się emancypacji kobiet i innych grup mniejszościowych, dojścia do głosu Nowej Lewicy, kończąc na zmianach w szeroko pojętej sztuce, mających za podłoże wyżej wymienione czynniki. Wydawałoby się, że lata 60. w dziejach Europy i Stanów Zjednoczonych to czas ludzi silnie stąpających po ziemi, występujących przeciwko władzy i wojnie w Wietnamie. Jednak kultura wytworzona w tym czasie podążała swoimi ścieżkami, często odrywając się od gruntu. Pierwsze wzmianki o lotach w kosmos, urastające w czasie zimnej wojny do rangi bitwy o pierwszeństwo w panowaniu nad wszechświatem, podsycały wyobrażenia artystów i sprawiły, że w dalekie przestworza latano za pomocą udoskonalonej siły imaginacji.

Wierzę, że jest kilka rzeczy, które od wieków intrygują ludzi i sprawiają, że codzienne tryby egzystencji zostają zdemontowane. Pierwszą taką sferą byłaby, w moim przekonaniu, przestrzeń znajdująca się nad naszymi głowami, będąca nadal i nieustannie poddawaną badaniom w celu ujawnienia jej tajemnic. Drugim przedmiotem ciekawości niektórych jednostek byłoby zgłębianie arkan używek i ich działania. Ten ostatni czynnik sprawił, że w latach 60. lot w kosmos był ogólnie dostępną podróżą, a muzyka została okraszona międzyplanetarnymi elementami wytworzonymi w owianych psychodelikami umysłach artystów. Z fascynacji gwiezdnymi wojażami narodził się space rock, gatunek dzisiaj zapomniany. Niemniej, niektóre jego elementy takie jak hełmy kosmonautów, dźwięki odwołujące do brzmień wszechświata, są konsekwentnie wykorzystywane przez francuski duet Daft Punkt. Jednakże, ku niezadowoleniu fanów, autorzy płyty „Discovery” nie są prekursorami we wprowadzaniu na salony strojów zdobywców kosmosu.

Pierwsze podniebne podróże melomani mogą zawdzięczać grupie Joe Meek & The Blue Boys, która w 1959 roku nagrała EP-kę „I Hear a New World”, czyli pozycję obowiązkową i pionierską dla nurtu space rock. Album został stworzony dzięki zainteresowaniu lidera grupy programami kosmicznymi Stanów Zjednoczonych oraz Związku Radzieckiego i ich obopólnej wojnie na innowacje w przestrzeni naukowej. Fascynację Meeka podsycały teorie o możliwości istnienia życia pozaziemskiego, stąd nazwa albumu. Utwory zawarte na „I Hear a New World” wypełnione zostały głosami poddanymi obróbce syntetycznej i dzięki temu odbiorca ma wrażenie, że słucha śpiewu kosmitów. Brzmi zabawnie? Trochę tak, ale podobny chwyt wykorzysta kilka lat później grupa The Residents, by stworzyć swoje niepokojące awangardowe dźwięki wywołujące rozbawienie, konsternację, ale też dużą dozę niepokoju. Meek nie tylko podejmuje grę z modulacją głosu. W jego utworach pojawiają się szumy, szmery, które zostały nagrane w taki sposób, by stworzyć wrażenie oddalenia od planety Ziemia oraz wykreować specyficzną atmosferę przybliżającą międzyplanetarną przestrzeń jednostkom śledzącym podniebną bitwę mocarstw. Album „I Hear a New World” nie jest nagrany stricte w konwencji space rocku, ponieważ należy zaklasyfikować go raczej jako przykład obrazujący eksperymentalny pop, a dźwięki mogą przypominać twórczość The Beach Boys i ich surfującą muzykę. Jednakże dzieło Meeka to kamień milowy i inspiracja dla kolejnych brytyjskich artystów, którzy poszli w swojej kosmicznej wyprawie o krok dalej.

W karierze zespołu Pink Floyd również pojawił się etap awangardowych brzmień. Najprawdopodobniej stało się to dzięki Sydowi Barrettowi miłującemu eksperymenty i wszelakie używki, który, podobnie do Meeka, jawnie nawiązywał do międzygalaktycznych wędrówek. Debiutancki album grupy z wysp „The Piper at the Gates of Dawn” to jedna z tych pozycji, które za sprawą późniejszego okresu twórczości zostały wyparte na marginesy historii psychodelicznego rocka. Dopiero kolejne płyty: „The Dark Side of The Moon” i „The Wall” stały się emblematami Pink Floydów. Jednakże pozycja tworzona wraz z Barrettem posiada w sobie to, co meloman rozkochany w kosmicznych ścianach dźwięku uwielbia, czyli elementy niemalże wyciągnięte ze statków kosmicznych, długie i przeciążone rytmem passusy oraz enigmatyczny wokal, który sprawia, że nie do końca wiadomo, czy słyszymy odurzonego używkami artystę, czy przybysza z kosmosu o spowolnionych, nieprzystających do ziemskiej grawitacji ruchach ciała.

Pink Floydzi z uporem, przy każdym utworze, podjęli grę z odbiorcą i stworzyli album pełen nieprzewidywalnych cięć w narracji, bo po długich, trwających kilka minut fragmentach, nagle pojawiają się, jak to ma miejsce w utworze „Interstellar Overdrive”, piski, kakofoniczne brzmienia splecione przez spójną muzyczną oś. Zresztą podobny chwyt grupa wykorzystała w samym środku albumu, ale w przypadku kompozycji „Pow R. Toc. H” całość można zaklasyfikować jako pauzę, przerywnik. To jeden z najbardziej zaskakujących utworów na debiutanckim tworze Pink Floydów, który ze swingowych nut wystrzela swoje brzmienie wprost w kosmiczną wrzawę odgłosów.

Na odpowiedź ze strony innych artystów nie należało długo czekać. I tak rok po ukazaniu się „The Piper at the Gates of Dawn” na brytyjskiej scenie muzycznej pojawiły się utwory gloryfikujące lub wręcz samorodnie wytwarzające międzygalaktyczną atmosferę. Nowo wytyczoną drogą podążyły takie gwiazdy lat 60. jak The Beatles czy Jimi Hendrix, a album „Space Oddity” Davida Bowie do dzisiaj jest rozpoznawany jako kompozycja przedstawiająca lot w kosmos. Jednakże to album grupy Hawkwind zatytułowany „Space Ritual” z roku 1973 jest rozpoznawany jako dzieło emblematyczne dla nurtu space rock i nie można się temu zjawisku dziwić, bowiem znajdują się na nim elementy, które potrafią wystrzelić odbiorcę w przestworza. Passusy dźwięków, pasaże riffów, spowolniony wokal, przemawiający jakby do zbiorowiska wyznawców tajemnej religii, wędrujący rytm – to tylko niektóre detale sprawiające, że jest to muzyka narkotyczna i spacerująca po umysłach rozentuzjazmowanej w gwieździstej galaktyce masie. Również okładka „Space Ritual” skłania do podróży po świecie używek, kultów gloryfikujących niebiańskie bóstwa i w stronę czegoś wymykającego się osadzonej w rzeczywistości i jawie ludzkiej świadomości.

Muzyka Hawkwind skłania do refleksji nad połączeniem muzyki sfer z ostrym i zdecydowanym rockowym brzmieniem. Chociaż dopiero w 2009 roku NASA wydała na świat nagrania z obrzeży planet, to można śmiało stwierdzić, że splot utworów ze „Space Ritual” z dźwiękami Jowisza, Saturna bądź Uranu stwarzają dobry grunt do badań komparatystycznych. Porównanie obu albumów ukazuje niezwykle trafną wyobraźnię artystów z Hawkwind, ponieważ w latach 70. przedstawili brzmienie planet, nie znając ich rzeczywistej barwy. Oczywiście, by odszukać podobne elementy, należy skupić uwagę na flânerujących i długich fragmentach poszczególnych utworów oraz odrzucić nagromadzenie detali. To właśnie w spokojnych momentach „Space Ritual” można usłyszeć wyimaginowaną, ale jakże zbieżną z rzeczywistością, muzykę planet.

Moda na space rock i międzygalaktyczne przestrzenie zawitała nie tylko na brytyjskiej scenie muzycznej, a rozprzestrzeniła się po całej Europie. Najdziwniejszą realizację tego nurtu można było zaobserwować na terenie Francji. Należy jednak wziąć poprawkę na pewien istotny aspekt w obrębie tego zapożyczenia, a mianowicie na dużą dozę przaśności i potraktowanie kosmicznych inspiracji bardzo poważnie. Rockets (albo Les Rockets), bo o nich mowa, to zespół założony w Paryżu, istniejący do dzisiaj i prezentujący swoją twórczość z niesłabnącą przez lata teatralnością. O ile na początku działalności artyści przebrani za przybyszy z odległych sfer wszechświata, poruszający się w dziwaczny i pokraczny sposób, mogli wzbudzać ciekawość, tak współcześnie wyglądają komicznie i prezentują brak refleksji w obliczu wkroczenia w nowe stulecie. Niestety, grupa Rockets pokazała, że space rock, jak każdy gatunek, może przeistoczyć się w kiczowaty produkt.

Niemniej jednak inni francuscy artyści zmodyfikowali sferyczne brzmienia i połączyli je z muzyką elektroniczną, co spowodowało, że futurystyczne wizje zostały jeszcze bardziej spotęgowane. Najważniejsze w tej wariacji było zauważenie niezwykłej koherencji pomiędzy syntezatorami a galaktyką. To sprawiało, że nagle przestrzeń nad głowami stała się ludziom bliższa. Nurt space electronica lub space disco zasługuje na osobny artykuł, bo wziął on najlepsze kąski ze space rocka i wpłynął znacząco na rozwój muzyki w wieku XXI. Do dzisiaj muzyka Jeana-Michela Jarre’a brzmi świeżo, a to dzięki zespołowi Space Daft Punk stworzył on swoje emploi.

Lata 80. to dla space rocka czas stagnacji, zatrzymania szaleńczej dekady kreacji kosmicznych fantazji. Chociaż niektórzy próbowali wycisnąć z tego nurtu pewną dawkę polotu i świeżości, musieli liczyć się z tym, że czas na galaktyczne eksperymenty odchodził do lamusa. Utrzymał się on w obrębie muzyki elektronicznej, ponieważ w tym rejonie dźwięków futuryzm jest zawsze w cenie i pozostaje nieustannie modny. Dopiero lata 90. przyniosły ożywczy wiaterek w przestrzeń rocka, ściślej progresywnego, i dzięki inspiracjom czasami kontrkultury, owładniętej fascynacją zdobywaniem kosmosu, artyści stworzyli nieszablonowe albumy. Kyuss, Monster Magnet albo zespoły kojarzone z nurtem shoegaze, czyli Spacemen 3, Slowdive, Ride, My Bloody Valentine wyciągali z przykurzonych almanachów space rocka te elementy, które przystawały do nowych czasów, spowitych w grunge’owych brzmieniach, spowolnionych przez ogólnie panującą depresję i zjazdy narkotyczne.

W latach 90. nie tylko zapanowała moda na kosmiczne inspiracje, bowiem artyści sięgnęli również po surf rock, gatunek mocno osadzony w czasach panowania The Beach Boys, Dick Dale And His Del-Tones, The Ventures i mody na nadmorskie sporty. Takie połączenie, polegające na zetknięciu kosmosu z morską bryzą, spowodowało, że nowa dekada kojarzy się z sennymi wojażami po międzygalaktycznych przestrzeniach, ale to nie jedyny splot wytworzony w obliczu z rekonfiguracją muzyki Pink Floyd lub Hawkwind. Grupy Kyuss i Monster Magnet zmierzały w innym, ostrzejszym kierunku i sprawiły, że space rock stał się drapieżny i niebezpieczny.

Chociaż wiek XXI nie potrafi nas już niczym zaskoczyć i na jego kolejne dziwactwa machamy nonszalancko ręką, to należy na niego spojrzeć nieco łaskawie, bo żadne inne stulecie nie gra z kulturą bardziej doskonale. Wyszukiwanie cytatów, szperanie w zakurzonych szpargałach i komisach z winylami może przynieść zaskakujące odkrycia, do których na pewno należy zaliczyć space rock. Chociaż często w pędzie życia zapominamy, że mamy nad sobą przeogromny bezmiar przestrzeni, to w zbliżające się parne noce warto poleżeć na kocu, włączyć album „I Hear a New World” albo „The Piper at the Gates of Dawn” i porozmyślać o nieskończonej wyobraźni artystów urzeczonych lotem w kosmos.

korekta: Paulina Goncerz

Katarzyna Warmuz