Książka do plecaka #2: Mam na imię Lucy

Nic tak nie boli jak rodzina

Wakacje zwykle kojarzą się z lekturami lekkimi, łatwymi i przyjemnymi – w księgarniach królują w tym czasie romanse i kryminały. Dla wielu z nas czas urlopu to jednak czas nadrabiania czytelniczych zaległości. Dlatego warto – nawet na plaży czy w pociągu – sięgnąć po lekturę, która zostanie z nami na dłużej. Ta, o której chcę wam dzisiaj opowiedzieć, zdecydowanie nie pozwoli o sobie zapomnieć…

strout1

Elizabeth Strout, autorka nagrodzonej Pulitzerem powieści „Olive Kitteridge”, na podstawie której HBO stworzyło genialny serial o tym samym tytule, przyzwyczaiła nas do wysokiego poziomu swojej literatury i nade wszystko języka. Jej najnowsza powieść, „Mam na imię Lucy”, zdecydowanie nie rozczarowuje, wprost przeciwnie – udowadnia, że Strout jest pisarką wybitną o świeżym spojrzeniu i ponadprzeciętnej zdolności ujmowania skomplikowanych rodzinnych spraw i relacji międzyludzkich w sposób delikatny, a jednocześnie stanowczy i jednoznaczny.

Nie sposób zapomnieć

Tytułowa bohaterka, Lucy, jest kobietą spełnioną rodzinnie i zawodowo (jest popularną pisarką), ale dźwiga ogromny ciężar rodzinnych krzywd, zawiedzionych nadziei i niespełnionych oczekiwań ze strony własnych rodziców. Wspomnienia z dzieciństwa to zimne noce w garażu zamienionym na dom, samotne godziny w zamknięciu we wnętrzu furgonetki czy szyderstwa ze strony lepiej ubranych rówieśników. Mimo wszystko jest w niej także ogromna miłość do rodziców, tęsknota za ich uwagą i wsparciem, i to ona przemawia przez Lucy w szpitalnej sali, gdzie spotyka się z matką. Czy raczej usiłuje się spotkać, przebijając się przez mury niedomówień, zakłamań, tabu.

strout2

To powieść niezwykle ważna, nie tylko literacko, ale przede wszystkim społecznie – i mówię to z ogromnym przekonaniem jako psycholog. Strout przełamuje wciąż najbardziej powszechne tabu, jakim jest rodzina i to, co się wewnątrz niej dzieje. Szokujące doniesienia na pierwszych stronach gazet o pedofilii, rodzinnej przemocy i alkoholizmie to tylko wierzchołek góry lodowej. Znacznie więcej dzieje się „pomiędzy” – w pozornie normalnych, szczęśliwych domach, których żaden pracownik MOPS-u nigdy nie widział na oczy.

Nie oglądaj się za siebie

„Mam na imię Lucy” to próba wniknięcia w niezwykle skomplikowany świat kalekich rodzinnych relacji, które piętnują od wewnątrz na całe życie i które wloką się za człowiekiem w dorosłym świecie. Wstyd, poczucie winy, niska samoocena są tu odmieniane przez wszystkie przypadki, mimo że przecież obiektywnie wydaje się, że Lucy nie ma powodu do narzekania. „Ruszyła naprzód”, jak mawia jej matka, „dała sobie radę”. Takich osób jak Lucy jest wokół nas wiele. Zbyt wiele. Prą naprzód, udowadniają swoją wartość, odnoszą sukcesy – a wewnątrz są wciąż zranionymi dziećmi, które czują, że nie zasługują na nic dobrego, co je spotyka.

strout3

Powieść Strout nie przynosi ukojenia. Pozostawia żal, smutek, wzbudza niezgodę na to, co opisuje autorka – i stąd właśnie płynie jej ogromna siła. Strout nie szuka sensacji, w pewnym sensie nie obchodzą jej fakty (w żadnym miejscu książki nie znajdziecie opisu przemocy czy seksualnych nadużyć, chociaż wiemy, że miały miejsce). Ona skupia się na relacjach, emocjach, uczuciach – pokazuje sprzeczności, wewnętrzne pęknięcia, a nade wszystko tęsknotę: za przebaczeniem, spokojem, czułością.

Jestem niezmiernie wdzięczna Strout za tę powieść. Za jej odwagę dotykania niepopularnych tematów. I za niezwykłą wrażliwość, która sprawia, że jej książki są wstrząsające, ale nigdy nie ocierają się o patos.

korekta: Paulina Goncerz

zdjęcie przewodnie cyklu: Agnieszka Wielińska

Elizabeth Strout: Mam na imię Lucy, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016.

 Bernadeta Prandzioch