Open’er festival 2016, czyli „gdzie jest mój hajs ja się pytam” i jak przepuścić swoją wypłatę w kilka dni

Nazwijcie mnie zblazowanym dupkiem lub konserwatystą po tym, co zaraz przeczytacie, jednak proszę na wstępie o dozę wyrozumiałości. Na Open’era jeżdżę od siedmiu lat, jest to pierwszy festiwal, na jaki się wyprawiłem i do którego mam największy sentyment. Nie jest to jednak jedyna impreza masowa, z którą cyklicznie obcuję, lecz na pewno taka, od której najwięcej wymagam. Muzyka na żywo to moment, kiedy najlepiej wypoczywam i na co wydaję wszelkie posiadane pieniądze. No właśnie – MUZYKA.

Opener12

W tym roku dość ubogi pod względem zagranicznych wykonawców line-up wypełniły gwiazdy światowego formatu. Ot tacy „Hajsownicy”. „Hajsownik” – wykonawca przyciągający niepełnoletnią młodzież ze swoimi rodzicami – więcej ludzi, więcej hajsu. Organizatorzy festiwalu kombinują jak mogą, by nie zatracić jego starego ducha, jednak widać w nim parę dużych zmian. KYGO na zamknięcie festiwalu?! WTF?! Od kilku lat zauważyłem postępującą tendencję na jarmarczne traktowanie muzycznych imprez masowych nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Wszelkiego rodzaju atrakcje pozakoncertowe to przerywniki, przy których nigdy nie udało mi się pozostać dłużej niż pół godziny ze względu na harmonogram. W tym roku nie był on szczególnie napięty, jednak po trzech dniach festiwalu powróciłem do Katowic ze sporym niedosytem.

Opener1

Dzień pierwszy

Rażące po oczach słońce, bezchmurne niebo i powalająca temperatura to pogoda, do której Gdynia od kilku lat przyzwyczaiła swoich festiwalowiczów. Jak na początek całkiem nieźle. Napawając się nadmorską aurą, z satysfakcją na szybko pogratulowałem sobie pozostawienie kaloszy w domu. Standardowy nocleg na chilloutowym poletku w wiosce rybackiej tym bardziej poprawił mój humor i z marszu wprowadził w festiwalowy nastrój. Szybkie piwko w barze „Rybka”, dobór najpotrzebniejszych atrybutów i w pełni wyposażony wymaszerowałem. Planowałem rozpocząć swoją przygodę z tegorocznym Open’erem od godziny 17.00, kiedy na głównej scenie miał się pojawić Mac Miller, jednak z powodu odwołania jego trasy koncertowej  festiwal rozpocząłem dwie godziny później.

Opener2

The Last Shadow Puppets, duet przyjaciół, niesamowicie barwnych i silnych osobowości młodej sceny brytyjskiej – Alex Turner (Arctic Monkeys) i Miles Kane (solo i The Rascals) – pojawił się w naszym kraju po raz pierwszy, promując swój drugi album „Everything You’ve Come to Expect”. Od samego początku panowie przeplatali swoje ballady z pierwszego krążka z psychodelicznymi dźwiękami najnowszych kompozycji. Widać też było podejrzany stan Alexa – lider  Arktycznych Małp najwyraźniej przesadził z używkami, ponieważ jego zachowanie wprawiło wszystkich fanów pod sceną w niemałą konsternację. Tańce na jednej nodze, zachwiana postawa oraz dwuznaczne gesty w kierunku Milesa były dodatkową rozrywką podczas koncertu. Pomimo wątpliwej prezencji obaj panowie pokazali muzyczny warsztat na najwyższym poziomie, który porywał ludzi do zabawy. Akompaniament sekcji smyczkowej przyjemnie dopełniał kompozycje, wpisując się idealnie w festiwalowy timetable.  Przełomem w koncercie był utwór „Bad Habits”, przy którym Kane epatował pokładami charyzmy, o jaką nigdy bym go nie posądzał. Wraz z jego scenicznym wariactwem, wariować mocno zaczęła pogoda. Nadciągające znikąd chmury burzowe świetnie dopełniały coraz ostrzejsze dźwięki dochodzące ze sceny. Transowa improwizacja „There’s Storm Brewing in the Form of Tame Impala” wyśpiewana jako przedostatni numer przyniosła uczestnikom mały huragan. To z pewnością jeden z tych momentów festiwalowych, które na długo pozostaną w pamięci.

Opener3

Wspomniany już huragan przyniósł ze sobą także krótki, lecz intensywny deszcz, zmuszając uczestników do poszukiwania schronienia. Większość z nich bezpiecznie ulokowała się w Tent Stage, gdzie swój koncert rozpoczynała PJ Harvey. Nieśpiesznie również udałem się w kierunku zaplanowanego występu. Polly Jean nigdy nie wpisywała się w kanon moich zainteresowań muzycznych, a jej dorobek poznałem dość pobieżnie. Próbując przedrzeć się do środka sceny namiotowej, szybko zrezygnowałem z dalszych prób, zadowalając się telebimem dla spóźnialskich. Pomimo imponującego składu i instrumentarium sam koncert – będący dla wielu osób najlepszym tej edycji – kompletnie mnie nie porwał. Ot, klimatyczne granie dla neurotycznych czterdziestolatków, czego zupełnie nie kupuję.

Opener4

Spoglądając na line-up uświadomiłem sobie ogrom „wolnego” czasu, jakim dysponuję, a do czego nie byłem przystosowany. „Środa dzień loda” – tak najlepiej mógłbym określić pierwszy dzień festiwalu. I chociaż lodów nie znalazłem, w końcu udało mi się poznać lepiej pozamuzyczną – gastronomiczną – strefę Open’era. Co tam zastałem? Tłum sfrustrowanych fesiwalowiczów, naciągniętych na bezużyteczne opaski płatnicze, przeplatał się z niesamowicie poirytowanym tłumem palaczy – którego byłem członkiem – poszukujących aktywnego punktu sprzedaży fajek. Na tle tego wszystkiego jedna wielka wiksa. Przerażony stwierdziłem, że więcej osób odwiedza strefę imprez Bacardi czy Red Bulla, niż sceny, gdzie muzyka prezentowana jest na żywo. Moje wątpliwości związane z tłumem szybko zostały jednak rozwiane za sprawą głównej gwiazdy wieczoru.

Opener5

Florence and the Machine to zespół o statusie ekstraklasy, co potwierdziły dzikie tłumy napierające pod największą scenę Open’era. Nazwiecie mnie hipsterem, a w tym wypadku nie będę w stanie się z wami zgodzić – wraz ze wzrostem ich popularności zgubiłem gdzieś magię pani Welsh, którą byłem niesamowicie oczarowany na początku jej muzycznej kariery. Punkt 22.00 ustawiony w bezpiecznej odległości po raz trzeci spotykałem się z muzyką Florencji na żywo. Florence, jak zwykle bosonoga, tym razem zatraciła gdzieś swą naturalną „nimfią” aurę na rzecz komercji. Różowy kostium, w którym wyszła na scenę, okazał się być dopełnieniem obaw o występ. Koncert rozpoczęło spokojne „What the Weather Gave Me”, by szybko pobudzić wszystkich do zabawy hitem „Ship to Wreck”. Podczas standardowych podskoków na scenie wokalistka zaliczyła spektakularny upadek przyprawiając o stres wielu fanów. Welsh wykazała jednak pełen profesjonalizm, nie przerywając nawet na chwilę swojego show. Podczas koncertu kawałki z nowej płyty przeplatały się z numerami pierwszych dwóch wydawnictw. Nie obyło się bez sztandarowych hitów pokroju „Dog Days Are Over” czy „Spectrum”, a także coverów wpisanych we wszystkie trasy zespołu, czyli „Sweet Nothing” i „You’ve Got the Love”. Podczas koncertu przeżyłem także małe deja vu, kiedy ze sceny padła prośba o zdjęcie z siebie części garderoby i machania nią nad głową oraz okazania sobie miłości i wymiany całusów. Wykapane zeszłoroczne Major Lazer. Koncert zbliżał się już do końca, a ja wciąż nie doczekałem się upragnionego „What Kind of Man”. Zespół zszedł ze sceny, a ja nie zdążyłem się zasmucić, ponieważ po chwili powrócił odgrywając pierwsze dźwięki upragnionego utworu. Chociaż nie było to rewelacyjne wykonanie, poczułem się trochę lepiej. Muzycy pokazali także, jak wiele znaczą dla nich polscy fani. Dopełnieniem bisu było standardowe „Drumming Song” oraz odegrane specjalnie dla fanów z kraju nad Wisłą „Third Eye”. Utwór, którego tytuł kojarzy mi się z „Grą o Tron”, był idealnym dopełnieniem mojego podejścia do Florence and the Machine – im dalej, tym gorzej.

Opener6

Potem od razu pobiegłem do sceny namiotowej, gdzie swoje nowe kawałki prezentował mój ulubiony polski raper, Łukasz „Małpa” Małkiewicz. Projekt koncertu z live bandem nadał jego muzyce pazura oraz nutę oddechu dla fanów przyzwyczajonych do dźwięków z albumów. Pomimo braku radykalnych zmian przy aranżacji beatów prawdziwe instrumenty dostarczyły słuchaczom nowej jakości znanej muzyki. Wypełniony po brzegi Tent kipiał energią, a wyraźnie podekscytowany frekwencją i odzewem publiki Małpa dawał z siebie wszystko. Hit gonił hit, bo chociaż raper na swoim koncie ma tylko dwie płyty, wie jak składać porządne albumy bez słabych momentów. Podobnie było z jego występem w Gdyni: „Naiwniak”, „Po sygnale” czy „Miałem to rzucić” zrobiły swoje. Mnie zupełnie zachwycił gęsty klimat „Skały”, utworu wykonanego pod koniec koncertu, ale to „Mołotow”, o sile rażenia godnej muzyki Rage Against the Machine, stanowił najjaśniejszy punkt koncertu.

Na koniec pierwszego dnia powróciłem pod scenę główną gdzie swe psychodeliczne, rockowo-elektroniczne kompozycje prezentowali Tame Impala. Zespół pod wodzą Kevina Parkera pobudzał do niezobowiązującej zabawy, akcentując jednak późną porę i zapraszając do spania. Na zamknięcie głównej sceny panowie zaprezentowali solidny set oprawiony wizualizacjami rodem z narkotycznych mar sennych czy przygód urozmaiconych LSD. Zabrakło mi „Solitude Bliss”, ale, jak to mówią – nie można mieć wszystkiego.

Opener8

Dzień drugi

Czwartek od samego początku był dla mnie dniem wyłącznie jedynego zespołu. BEIRUT – to słowo cisnęło mi się na usta od samego początku planowania drugiego dnia festiwalu. Zblazowany wyszedłem o podobnej porze co dnia poprzedniego, by spędzić kolejnych kilka godzin muzycznego szaleństwa. Pierwszym punktem do odhaczenia była grupa Foals, która na żywo nigdy nie zawodzi. Choć setlista stanowiła powtórkę z zeszłorocznego krakowskiego festiwalu  – Yannisowi wybaczam wszystko. Nieważne, ile razy usłyszę „Inhaler” czy „Late Night” na żywo – gęba zawsze będzie mi się cieszyć, a utwory z nowej płyty to absolutne sztosy, broniące się przed każdym atakiem. Spokojne „Knife in the Ocean” i drapieżne „What Went Down” odzwierciedlają świetną formę Foalsów, potęgując tym samym oczekiwania wobec kolejnego wydawnictwa.

Opener9

Po występie Brytyjczyków udałem się – w końcu – na upragniony posiłek, który dotychczas udaremniała mi wariująca pogoda. Napięcie związane z walką polskiej drużyny piłkarskiej o awans do półfinału miał swoje odzwierciedlenie także na Open’erze. Tutaj muszę wyjątkowo oddać sprawiedliwość organizatorom, którzy po wnioskach uczestników festiwalu podołali oczekiwaniom i umożliwili transmisję meczu dla wszystkich chętnych. Niemało osób przeżywając katusze, by dokonać wyboru „Red Hoci czy nasi?”.

Opener10

Nie zastanawiając się ani chwili udałem się na koncert Anthonego Kiedisa i spółki. Prezentowana przez nich cztery lata temu forma była obietnicą świetnej zabawy i powtórki z rozrywki w czasie tegorocznej edycji. Nie mogło być inaczej. Od samego początku show przepełnione atomową dawką energii nie pozwalało na zatrzymanie się ani na chwilę. Wygibasy przy Intro i „Can’t Stop” (petarda na wejściu!) od razu wprawiły mnie w dobry nastrój i koncertowe szaleństwo. W prawdziwie festiwalowym secie Red Hoci świetnie przemycili utwory z tegorocznego „The Gateway”  między hity „Californication” czy „Snow”. Zabrakło emocjonalnego „Under the Bridge”, jednak występ Kalifornijczyków zaplanowany był na jedno mocne uderzenie. Niespodziankę dla polskich fanów w połowie koncertu zaserwował basista zespołu – Flea. Odśpiewanie przez niego z całą publicznością do zdarcia gardeł hasła „Polska, biało-czerwoni” – to moment, który zaszokował wszystkich. Co więcej, panowie wykazywali zainteresowanie naszymi postępami w grze i kilkukrotnie pytali o wynik meczu.  Na puentę występu przypadł cover Davida Bowie „Warszawa” oraz kultowe „Give It Away”. Amerykanie od trzydziestu lat wiedzą, jak poruszyć swoich fanów na całym świecie i bez przerwy to udowadniają.

Opener11

fot. Hanna Kostrzewska

Ledwo żywy po walce o przetrwanie pod główną sceną udałem się pod Tent na upragniony Beirut. Koncert okazał się być przeciwieństwem szału, który właśnie się zakończył pod sceną główną. Spokojne dźwięki oraz możliwość dojścia do siebie sprawiły, że podczas koncertu grupy Zacha Condona wprowadziłem się w trans, który zabrał mnie z daleka od reszty festiwalowiczów. Kojąca muzyka przeszła przez moja ciało, dając niezapomniane wrażenia – a było ich niemało, ponieważ panowie zagrali wszystko to, co mają najlepszego do zaoferowania. „Postcards from Italy”, „Elephant Gun” czy „Nantes” odegrane przed bisem oraz finał całego występu, na który wybrali utwór „Gulag Orkestar”.

Opener13

Zwieńczeniem drugiego dnia był niezawodny projekt Caribou. Dan Snaith z dobranymi przez siebie muzykami kontynuuje swą muzyczną dobrą passę. Po świetnie przyjętej płycie „Swim”, którą prezentował na tej samej scenie pięć lat wcześniej, tym razem skupił się na promocji swojego ostatniego krążka, „Our Love”. Kanadyjczycy wiedzą, jak rozkręcić dobrą imprezę, a elektroniczne dźwięki dobrze znane z płyt, wypadały cudownie w wykonaniach instrumentalnych. Wirtuozerskie podejście do muzyki oraz rozciąganie utworów z kilku do kilkunastu minut – finałowe „Sun” – jeszcze bardziej podkręciły publiczność. Caribou świetnie wykorzystali potencjał sceny namiotowej. Świetną oprawą wizualną i burzą kolorów przemienili jej wnętrze w olbrzymi klub serwujący dyskotekę na żywo. Cały set skupiony wokół potęgowania wrażeń zamknęły trzy największe hity Snaitha czyli „Odessa”, „Can’t Do Without You” oraz „Sun”, którego siła towarzyszy mi do teraz.

Opener14

fot. Hanna Kostrzewska

Dzień trzeci

Piątek to zdecydowanie najlepszy dzień tegorocznego Open’era, a dla mnie jednocześnie stanowiący finał tegorocznej,  skróconej przygody z gdyńskim festiwalem. Od samego początku pojawienia się line-upu wiedziałem, że czekać mnie będzie intensywny wieczór. Nie było inaczej. Mijając barierki przechodziłem obok tłumu rozgrzewanego przez amerykańskiego rapera Wiza Khalifę.

Opener15

Zdecydowanie i bez zatrzymania ruszyłem na jeden z trzech najbardziej upragnionych koncertów piętnastej edycji. Debiutanci Nothing but Thieves to zespół, w którym zakochałem się od pierwszego odsłuchu płyty. W składzie kapeli faktycznie nic, tylko złodzieje. Z miejsca skradli sympatię publiczności wybuchowym singlem i swoim największym przebojem „Itch”. Dalej nie zwalniając tempa, wciąż potęgując energię przekroczyli moje najśmielsze oczekiwania. Charyzma i swoboda sceniczna lidera, Conora Masona, oraz jego wokalne popisy wywołały we mnie kompletne zaskoczenie. Spodziewałem się, że będzie dobrze, ale nie aż tak! Chłopaki zaskoczeni gorącym przyjęciem przez fanów zaliczyli na Open’erze debiut live utworu „Lover, Please Stay”, a wisienką na ich scenicznym torcie okazał się cover „Where is My Mind” zespołu Pixies. Po rewelacyjnie rozpoczętym trzecim dniu festiwalu udałem się pod główną scenę na spotkanie ze swoim bogiem.

Opener16

fot. Hanna Kostrzewska

Kiedy już straciłem nadzieję na zobaczenie na żywo LCD Soundsystem okazało się, że jeden z najważniejszych producentów muzyki alternatywnej reaktywował do życia swoje dziecko. Kiedy podchodziłem pod główną scenę o 21.50, złapało mnie niemałe rozczarowanie związane z frekwencją. „No tak, gimby przecież nie znajo”. Korzystając ze sporego luzu, ulokowałem się w trzecim rzędzie od barierek oczekując gwiazdy. Muzyka rozbrzmiała punktualnie. Chwytliwy beat „Us v Them” od razu wprawił w ruch wszystkie ciała i pojawił się ON. James Murphy – mistrz, bóg, człowiek instytucja, i można by tak jeszcze długo wymieniać, ale czy warto? Każdy, kto był na tegorocznej edycji, przekonał się sam. Pomimo mniejszego od pozostałych headlinerów sukcesu komercyjnego koncertu Murphy udowodnił, jaką potęgę ma jego twórczości. Fale napływających openerowiczów, przyciągniętych dźwiękami kultowych dla mnie kompozycji w kilka minut po rozpoczęciu koncertu zapełniły całą przestrzeń pod sceną. LCD broniło i broni się samo, a ich set wygrywany na trzech zestawach perkusyjnych i analogowych syntezatorach pokazał, skąd projekty alternatywne od Caribou po Foals czerpały i czerpią inspiracje.

Opener17

fot. Hanna Kostrzewska

„You Wanted a Hit” – chcieliście hit, to macie, a właściwie nie jeden, tylko cały zestaw. Murphy cały koncert uświetniał swoją niesamowitą charyzmą i pomimo oszczędnego kontaktu z publicznością nawet na moment nie przestał jej zabawiać. Szczytem jego dystansu i poczucia humoru była zabawa w chowanego z oświetleniowcem podczas odgrywania „New York I Love You, But You Bringing Me Down”. Występ piątkowego heada wart był wszystkich pieniędzy wydanych na tegorocznego Open’era.

Opener18

fot. Hanna Kostrzewska

Nie spodziewałem się, że w piątek jeszcze coś mnie zaskoczy, a pomyliłem się i to aż dwukrotnie. Znów po szale zabawy organizatorzy zapewnili moment wytchnienia. Trzeciego dnia festiwalu dostarczył go koncert Sigur Rós. Islandczycy grający w okrojonym składzie nie porwali mnie swymi kompozycjami. Zbyt zmęczony po poprzednim koncercie chillowałem daleko od sceny, oglądając cały koncert na telebimach. Nużące kompozycje dały upragnione wyciszenie, a także dawkę genialnej oprawy wizualnej. Sceniczne dekoracje stworzone z LEDowych paneli na kształt klatki, w której występowali muzycy oraz animacja motion capture pokrywająca muzyków dostarczyła mi głównie doznań estetycznych i to one najlepiej zapadły mi w pamięć po koncercie.

Na zakończenie trzeciego dnia główną scenę przejął legendarny już producent muzyki techno Paul Kalkbrenner. To twórca absolutny, którego set był idealnym sposobem na wydobycie resztek energii pozostałych po nocy z piątku na sobotę. Chwytliwe numery do zabawy zaabsorbowały wszystkich, którzy pozostali na siłach, by dotrwać do 2.00. Niemiec zaskoczył mnie i sprawił, podobnie jak moi znajomi, że następnego dnia nie zmrużyłem oka nawet na chwilę. No ale nie oszukujmy się – jestem w końcu z Katowic, więc techno mam zaprogramowane w gust.

Opener19

fot. Hanna Kostrzewska

Tegoroczna edycja Open’er Festival pozostawiła u mnie skrajny niedosyt. Nie udało mi się zobaczyć Grimes ani At the Drive In, na których bardzo się nastawiałem. Utrata dwóch koncertów to jednak mała strata w porównaniu do oceny obecnej kondycji największego festiwalu muzycznego w Polsce. Coraz bardziej okrojony line-up oraz lansujące się towarzystwo nie mające zbyt dużo wspólnego z muzyką to nasilający się sygnał, by na festiwale wyprawiać się za zachodnią granicę. Powtarzam sobie to co roku, a jednak zawsze kończę w Gdyni – Open’er 2016 nie taki straszny jak go maluję.

tekst: Cyprian Jesionowski
korekta: Paulina Goncerz