Duma i brak uprzedzeń – recenzja filmu „Wszyscy albo nikt”

Jak zaproponować ciepły humor w historii wielkiej i ważnej, by nie zrobić z niej anegdotki? Komedia, która nie unieważnia realiów, nie zmyśla i jest dojrzała, objawia nam się nam pod tytułem „Wszyscy albo nikt”. Film opowiada fantastyczną historię, nie gubiąc się w przyjętej przez siebie dość ryzykownej konwencji.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Wszystko opiera się na i zaczyna od prawdziwego życiorysu. Hibat Tabib na początku rewolucji islamskiej (której stał się po części inicjatorem) w latach 80. jest działaczem społecznym. Jego bezkompromisowa postawa i niecodzienna potrzeba udoskonalania świata wokół siebie często kończy się ryzykowaniem życia. Odsiaduje 7 lat w więzieniu, często w izolatce, torturowany. Mówi, że odmówił zjedzenia ciastka, a tak naprawdę współtworzył opozycję. Bohater traktuje walkę o demokrację naturalnie, jako czynność automatyczną. Ostatecznie kończy się to emigracją wraz z żoną do Francji – jednak jego historia nie znajduje tutaj finału i nie staje się nagle jedną z wielu. W nowym miejscu entuzjazm aktywisty i społecznika nie ustaje – Hibat nie zostaje anonimową postacią w tłumie, która nie potrafi zasymilować się z lokalną społecznością. Wręcz przeciwnie – nasz bohater z czasem doprowadza do konfrontacji wielokulturowej i wymieszanej ludności francuskiej, udowadniając, że człowiek człowiekowi może być człowiekiem.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Ryzyko, którego używam w stosunku do filmu na początku tekstu, odnosi się do gatunkowości i metody opowiadania, jaką przyjął reżyser. Mówiąc o krwawych wydarzeniach, o zamachach na ludzką godność, półcieniach heroizmu, Kheiron używa narracji pełnej bezpretensjonalnego humoru. Brawurowo kumpluje się również z absurdem, a swoich bohaterów prócz optymizmu uzbraja w sarkazm i dystans, wiedząc jakie lecznicze walory ma ta postawa w sytuacjach ekstremalnych. Poluzowanie pasa i opuszczenie gardy poprzez odpowiednie prowadzenie narracji powoduje, że historia wciąż jest imponująca, jej bohaterowie zachwycają – a zaczyna zachwycać również film. Inteligentnie rozgrywa to reżyser, ani razu nie zamieniając produkcji w stand-up, ale też nie serwując kolejnej dramatycznej dramaturgii przekładanej dramatem. Akcenty humorystyczne rozbawiłyby braci Cohen, a głos z offu czy niuansowe opowiadanie obrazem wzruszyłoby Wesa Andersona.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

„Wszyscy albo nikt” w duchu i temperaturze „Pride”, z tragikomicznym nastrojem, wgapia się przede wszystkim w imponującą siłę współpracy ludzi ponad podziałami, która nie jest mitem. Krzepi i robi świetną robotą biograficzną, a pojawiający się przy tym chichot to jakby jedna emocje więcej – podarowana widzom z zaskoczenia.

Nasza ocena:

żarówki 4jpg-01

korekta: Paulina Goncerz

Bernadetta Trusewicz