Zostanie tylko świat: Nic Pizzolatto, W drodze nad Morze Żółte

Pizzolatto nie jest u nas znany jako pisarz – poświęcona mu polska strona Wikipedii uwzględnia tylko jego dokonania scenopisarskie, a Wydawnictwo Marginesy reklamuje jego książki ostentacyjnym hasłem na okładce: „Twórca serialu ‚True Detective’”. Ja zbiorem opowiadań „W drodze nad Morze Żółte” zainteresowałam się pod wpływem najkrótszej na świecie recenzji autorstwa Marcina Wróbla: Zepsuj sobie niedzielę najsmutniejszą książką, jaką mi przyszło tłumaczyć w 2015 roku. Dołączam do tego głosu i zachęcam, by zatruć sobie Pizzolattem dowolny dzień tygodnia.

Światłość pogrzebana[1]

„W drodze nad Morze Żółte” to jedenaście historii dziejących się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Nauczycielka usiłująca nawiązać kontakt z zaginionym synem, pracownik oczyszczalni ścieków podążający śladem szkolnej miłości, wędrujący za pracą twórca witraży, nastoletni syn weterana z Wietnamu, eksnarkoman w tajemnicy oddający się BASE jumpingowi, mężczyzna, który dowiaduje się, że być może jest ojcem dziecka siostry swojej żony – bohaterowie opowiadań Pizzolatta to zwykli ludzie, którzy (czasem wbrew sobie) podejmują walkę z przygniatającą, poszarzałą codziennością, próbują coś odzyskać lub coś zmienić. Wszyscy bez wyjątku ponoszą klęskę. Ich tęsknoty pozostają niezaspokojone, zadane pytania – bez odpowiedzi. Nie zyskują nic, a tracą poczucie bezpieczeństwa i jakiekolwiek złudzenia.

Pizzolatto0

Dwa brzegi

Wielbiciele serialu „Detektyw” mogą się poczuć książką rozczarowani. Nie znajdą w niej dynamicznej akcji, mrożących krew w żyłach zbrodni ani postaci równie wyrazistych jak Rust Cohle. Pizzolatto w tytułowym opowiadaniu pisze jednak: „Sama historia bywa czasem jedynie wymówką” i kiedy uważny odbiorca zanurzy się pod powierzchnię fabuły, odnajdzie i w książce, i w serialu dokładnie ten sam smutek, tę samą ponadczasową opowieść o nieistotności pojedynczego człowieka i jego bólu w obliczu zimnego, obojętnego świata. Pizzolatto jest nihilistą na miarę Cormaca McCarthy’ego; u obu pisarzy znajdziemy ten sam ładunek niewiary i rezygnacji. Mów sobie, że znajdziesz świat, w którym poczujesz się mniej opuszczony i zależny od iluzji. Jeśli musisz – pisze. Być może Pizzolatto ma dla swoich postaci nieco więcej sympatii i z nieco większym żalem obserwuje ich drogę ku porażce, ale jest ona tak samo druzgocąca, definitywna, totalna.

Szukając światła

Zawsze uważałam opowiadanie za trudny i niewdzięczny gatunek – można w nim zmieścić niewiele zdarzeń, jego bohaterów oglądamy w soczewce kilku tylko momentów, przez które musimy zdążyć ich poznać i zrozumieć, i znikają, zanim zdążymy się z nimi zaprzyjaźnić. Nie jest łatwo zbudować w tej krótkiej formie nastrój, dramaturgię i prawdę psychologiczną. Pizzolatto zdołał jednak to wszystko osiągnąć. Scenerie, w jakich umieszcza swoje opowieści, są odpowiednio prowincjonalne, dalekie i opuszczone; niemal możemy poczuć w ustach smak piasku i kurzu. Każda z jego postaci jest obdarzona własnym, niepowtarzalnym i przejmującym głosem. Autor unika przy tym jakiejkolwiek przesady i zbędnego filozofowania. Prozę tę czyta się tak, jak ogląda się stare polaroidy – z odrobiną melancholii i wrażeniem, że dotyka się czegoś intymnego i realnego znacznie bardziej, niż starannie zaaranżowane fotografie z rodzinnego albumu.

Pizzolatto3

Pizzolatto jest niewątpliwie bardzo sprawnym pisarzem o oszczędnym, a jednocześnie plastycznym języku i z wielkim talentem do snucia opowieści. Czy jednak tom „W drodze nad Morze Żółte” to twórczość wybitna? Nie wiem. Jest to jednak z pewnością literatura, która zostawia ślad. Nawet jeśli jest to zaledwie subtelne poczucie nieokreślonej pustki. Cień podejrzenia, że „któregoś dnia to wszystko się skończy. Nie ocaleje żaden ślad naszego życia, zniknie wszystko, co znamy i kochamy, pozostanie tylko ten świat”.

tekst: Agnieszka Pietrzak

korekta: Sylwia Klonowska

żarówki 5 małe

Nic Pizzolatto, W drodze nad Morze Żółte, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016.

[1] Śródtytuły użyte w tekście są tytułami opowiadań w zbiorze.