„Zmierzamy w stronę szczęśliwego prymitywizmu” – recenzja filmu „High-Rise”

Ten, kto wybiera się na „High-Rise”, nie wiedząc nic o Ballardzie, siedząc w kinowym fotelu podczas seansu może się mocno zdziwić. Opinie o filmie są skrajnie różne – podczas gdy jedni film doceniają, inni wychodzą w trakcie seansu (podczas mojego wyszło 5 osób). Mało kto zastanawia się nad porównywaniem filmów z ich literackimi pierwowzorami, lecz w tym przypadku, zważywszy na lekko surrealistyczny charakter filmu Wheatley’a, znajomość powieści Ballarda przydaje się, bo podnosi ocenę końcową tego dzieła. Tym bardziej, że reżyser wyraźnie chciał zachować specyfikę książki. Poświęćmy więc chwilę uwagi jej i jej autorowi.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Kiedy w 1975 roku J.G. Ballard pisze „Wieżowiec”, jest już znany na literackim rynku od dobrych kilku lat (choć jego dzieło życia, „Imperium Słońca”, jest jeszcze przed nim). Przeszłość, która ukształtowała tego brytyjskiego pisarza, nie była dla niego łaskawa. Wspomnienia II wojny światowej spowodowały, że światopogląd i twórczość Ballarda miały charakter pesymistyczny. Zasłynął z dystopicznego ukazywania świata – świata przyszłości, rzeczywistości alternatywnej, bo właśnie tak należy patrzeć na przestrzeń przedstawioną w „Wieżowcu” czy też „High-Rise”. Smaku całości dodaje osadzenie w latach 70., tak świetnie zobrazowanych w filmie poprzez scenografię i kostiumy. Wielu widzi w tej ekranizacji inspiracje „Mechaniczną Pomarańczą” Stanleya Kubricka, i słusznie, bo w książce owe smaczki też można zauważyć. Nie powinno nas to szczególnie zaskoczyć, gdy zdamy sobie sprawę, że „Mechaniczna Pomarańcza” powstała na kilka lat przed „Wieżowcem”.

High-Rise materiały prasowe3

fot. materiały prasowe

Skupmy się jednak na tym, o czym ta powieść właściwie opowiada. Ballard stworzył historię nowo wybudowanego wieżowca, którego mieszkańcy z niewiadomych w gruncie rzeczy powodów (za symboliczny początek można uznać kłótnię o zapychanie zsypu), z każdym kolejnym dniem, odchodzili od cywilizowanych norm społecznych, podążając w stronę barbarzyństwa i prymitywizmu. I na tym właściwie powinnam skończyć streszczanie fabuły, by nie opowiedzieć za wiele. Przede wszystkim film ten powinno się traktować jako studium psychologiczne wieżowca, który można odebrać jako nową formę życia, żywy organizm o konkretnej strukturze i klasowości.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Filmową rzeczywistość budynku poznajemy przez pryzmat nowego mieszkańca, doktora Lainga (Tom Hiddleston). Nie inaczej jest w książce – z tą różnicą, że Ballard głównym bohaterem powieści zdecydowanie ustanawia sam wieżowiec. W kolejnych rozdziałach książki, w każdym towarzysząc innemu lokatorowi, śledzimy jego historię. W tym miejscu – odnoszę wrażenie – że reżyser popełnił błąd. Coś nie zatrybiło. Chcąc wiernie oddać na ekranie przebieg literackiej fabuły, źle wyważył akcenty. Pierwsza połowa filmu jest wyraźnie skupiona na postaci doktora (zresztą to właśnie Hiddlestona widzimy na plakatach reklamujących produkcję), a wraz z rozwojem historii tracimy z widoku głównego bohatera, przez co zaczynamy mieć wrażenie, że film otwiera wiele niepotrzebnych wątków pobocznych i schodzi z głównego tematu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Faktem jest, że poziom „High-Rise” jest bardzo nierówny. Momentami Wheatley potrafi wbić nas w fotel. Myślę tutaj przede wszystkim o pięknych, przemyślanych ujęciach. Doskonale wyważone kadry, zabawa obrazem, która w połączeniu z dobrą pracą kolorem i światłem finalnie potrafi estetycznie zachwycić. Wystarczy spojrzeć na jeden z fotosów reklamujących film, w których Tom Hiddleston w idealnie skrojonym garniturze znajduje się w windzie pełnej luster. Zachwyca? Mnie bardzo, ba, ten fotos zaprowadził mnie do kina. „High-Rise” pełne jest panoram wieżowca – korytarzy, holu, parkingu czy samych mieszkań. Już w tych ujęciach twórcy sugerują nam, że postaci są jedynie małym elementem tego monumentalnego, betonowego tworu. Drobne smaczki, takie jak gra światłem, zbliżenia i ujęcia w zwolnionym tempie, można tu traktować jako próbę zwrócenia uwagi widza na niezauważalne gołym okiem niuanse. Niuanse, które były, notabene, przyczynkiem do zaburzenia idealnej struktury budynku. Montażysta wykonał tutaj kawał dobrej roboty, gdyż ten film (o czym należy wspomnieć) nie opiera się jedynie na wizualnej statyczności. Scenom zabaw i agresji towarzyszą chaotyczne ruchy kamery, która w naturalny sposób poddaje się tu rytmowi wydarzeń – czy to imprezy, czy bójki.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Należy także wspomnieć o muzyce dobranej absolutnie po mistrzowsku. Ścieżka dźwiękowa „High-Rise” wypełnia wizualną ucztę dużą dawką niepokoju. Odpowiedzialnemu za muzykę Clintowi Mansellowi należą się oklaski za genialne połączenie atmosfery futuryzmu, mechanizacji i tony betonu z muzycznymi klimatami lat 70. Przykładem może być cover piosenki Abby „S.O.S.” w wykonaniu Portishead (którego niestety, nie wiedzieć czemu, nie dodano do oficjalnego krążka z soundtrackiem). Na uwagę z pewnością zasługuje też dobór aktorów – Tom Hiddleston, Jeremy Irons, Sienna Miller czy genialny Luke Evans, który odwalił kawał naprawdę dobrej roboty.

High-Rise materiały prasowe6

fot. materiały prasowe

Wady tego filmu są w moim mniemaniu jednak również wadami książki – przede wszystkim przesadny i prosty symbolizm oraz momentami brak logiki w zachowaniu postaci. Przyznam szczerze, że ja „High-Rise” i Ballarda poznałam w odwrotnej kolejności: zaintrygowana filmem postanowiłam zapoznać się bliżej z książką. Po seansie pojawiały się w mojej głowie kolejne pytania, na które odpowiedzi nie potrafiłam znaleźć w filmie. Zagadką dla mnie było, dlaczego mieszkańcy w toku postępującej deprawacji najzwyczajniej w świecie się nie wyprowadzili? Odpowiedź znalazłam w książce, która ma bardziej apokaliptyczny charakter. Ballard opisuje swoich bohaterów jako szczęśliwych lecz sfrustrowanych, złych z braku okazji do deprawacji. Brud i dewastacja odsłania ich autentyczną naturę: „zmierzamy w stronę szczęśliwego prymitywizmu” – czytam. Jak napisał w jednym z rozdziałów Ballard – bohaterzy „Wieżowca” czuli „nieopisaną psychiczną pępowinę z budynkiem”. Właśnie tego skrzywienia psychicznego, tak wyraźnie pokazanego w powieści, brakowało mi w filmie. „High-Rise” jest dziełem, które wprowadza widza w zakłopotanie, pokazuje sceny wysoce absurdalne i surrealistyczne, jednak twórcom prawdopodobnie w pewnym momencie włączyła się kontrolka zachowawczości, a szkoda, bo mogli pojechać po bandzie.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Cała ta dwubiegunowość „High-Rise” powoduje, że wychodząc z kina, widz ma prawo czuć się zbitym z tropu. Nie jest pewny tego, co zobaczył, a przede wszystkim nie jest pewny, czy to świadczy o świetności, czy tragiczności tej produkcji. Sama spotkałam się z tymi myślami. „High-Rise” jest z pewnością świetnym studium psychologicznym zmechanizowanego społeczeństwa przyszłości, pełnym betonu i pieniędzy w oczach. Atmosferę napięcia wzmacnia fakt, że wizja ta pochodzi z lat 70. Idealnym podsumowaniem „High-Rise” jest fragment z książki Ballarda, w którym czekających na windę w milczeniu lokatorów autor przyrównał do stojących nieruchomo manekinów w muzeum z podpisem „mieszkańcy wieżowca, koniec dwudziestego wieku”.

Nasza ocena:

żarówki 4jpg-01

Film można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100

tekst: Gabriela Bazan

korekta: Paulina Goncerz