Z poważaniem z Pragi

Praga to tylko krótki epizod, to romans na jedną noc – albo raczej dwie, bo w piątek się zaczął, a w niedzielę skończył.

fot. Roman Boed na licencji Creative Commons (CC BY 2.0)

fot. Roman Boed na licencji Creative Commons (CC BY 2.0)

Do stolicy Czech jechałam, mierząc w Polygon – imprezę inspirowaną berlińskimi (no przecież) doświadczeniami klubowymi. Opuszczona fabryka, tłumy ludzi ubranych w czerń i ciężki bas przetaczający się po ulicach – możecie nazwać mnie hipsterem i pozerem, ale nie dbam o to. Jedyne, co się liczy, to naprawdę porządny bas, i tak też miało być tej nocy. Oczekiwania były ogromne, rosły w miarę upływu kilometrów dzielących nas od Pragi, rosły w miarę natężania się intensywności disco polo, które puszczał nasz kierowca, znaleziony na jednym z internetowych portali służących do wyszukiwania współtowarzyszy podróży. Oto wreszcie przybywamy na miejsce, biegniemy do tej hali pomalowanej na biało, głośniki już trzeszczą, nie trzeba znać adresu, żeby wiedzieć, gdzie się kierować po wyjściu z tramwaju. Czy te rozmiary kolejki to tylko przywidzenie? No cóż, od biedy można postać… Ale co tutaj robią te wozy policyjne?

Dwadzieścia minut później sytuacja stała się przerażająco jasna – funkcjonariusze pojawili się, aby rozwiązać kwestię ciężkiego basu, który rzekomo przeszkadzał mieszkańcom okolicznych budynków. Postanowili jednak rozprawić się z hałasem niekonwencjonalnie – nie zamknęli imprezy, ale zabronili wpuszczać kogokolwiek do środka. Garstka szczęśliwców miała zatem bardzo dużo miejsca na parkiecie, a dwieście osób przed wejściem musiało szczelniej otulać się czarnymi płaszczami w oczekiwaniu na cud.

Który nie nastąpił.

Co więc robić? To zmarnowany wieczór, czy da się go odratować? Co jeszcze może zaoferować Praga, kiedy w ten specjalny wieczór ustały niemalże wszystkie inne aktywności klubowe i to z racji hiperpopularności Polygonu? Rozczarowani przybysze w ciemnej odzieży zaczęli powoli rozpełzać się po mieście w poszukiwaniu jakiegokolwiek erzacu. Wpadaliśmy na siebie na przystankach tramwajowych, bo jedyne, co dało się dostrzec w mrokach nocy, to blade twarze rozjarzane sporadycznie żarem papierosa. Gdyby nie przypadek, nigdy byśmy nie trafili na tę szaloną imprezę w barze wąskim jak przedział tramwajowy, ale wystarczyło podążać za tłumem, żeby coś jeszcze wycisnąć z tego wieczoru.

Okazało się, że pub Vlkova 26 mógłby równie dobrze zastąpić nam wszystkie inne imprezy techno, jakie zaplanowaliśmy na cały miesiąc. To dziwaczne uczucie – płacić za wstęp 80 koron, ale w końcu to tylko 12 złotych, czyli 3 euro. Trochę jakbyśmy próbowali wygrzebać napiwek dla kelnerki. Na barze stał chłopak wyglądający jak wczesna faza Leonardo Di Caprio, ta z „Titanica”, a w toalecie pewna dziewczyna postanowiła poprawić mi makijaż i zaczęła rozprowadzać puder po całej mojej twarzy. „Skąd jesteś?” – pyta. Odpowiadam więc, że z Polski. „To co tu robisz?” – kontynuuje. „Przyjechałam na imprezę” – bo przecież przyjechałam na imprezę, może nie konkretnie na Vlkovą, ale nagle dwuznaczność tego stwierdzenia okazała się zaskakującym podsumowaniem weekendu. Veni, vidi… jak jest po łacińsku „tańczyłam do upadłego”? Nie wiem, ale właśnie to się działo.

Dopełnieniem wieczoru było zapoznanie się z pewnym młodziutkim rosyjskim fotografem – buddystą, którego filozoficzne wynurzenia przypomniały mi o tym, co najważniejsze – que sera, sera, a dobre rzeczy dzieją się niezależnie od tego, gdzie akurat się znajdujemy.