Shit happens

Nie wiem, ile czasu zajmie mi napisanie tej recenzji, ale wiem, że każda litera, która będzie ją tworzyć, może symbolizować jedno dziecko – jedno niedożywione dziecko. Dziecko, które w tej właśnie chwili umiera z głodu. Trzy miliony dzieci to 8 tysięcy zmarłych dziennie, ponad 300 w ciągu każdej godziny, ponad pięcioro w ciągu jednej minuty. Moja recenzja będzie porażką, tak samo jak i książka „Głód” Martina Caparrósa. Dlaczego porażką? Bo, parafrazując samego autora: pisanie o czymś, co jest największą klęską ludzkości, może przynieść tylko kolejna klęskę.

Eufemizm – „brak bezpieczeństwa żywnościowego”

caparros„Głód” to przeszło 700 stron reportażu (krytyka nadała mu już miano totalnego czy też monumentalnego), który męczy, drażni, irytuje i sprawia, że czytelnik czuje się źle. Tak, czuje się źle z samym sobą; jest mu wstyd, że to nie on cierpi głód, a nawet jeżeli „cierpi”, to tylko dlatego, że ogranicza się w jedzeniu, a nie dlatego, że nie ma czego zjeść. Co oznacza cierpieć głód? To znaczy kłaść się spać głodnym, wstawać głodnym i w dalszym ciągu nie mieć co zjeść, czyli nie zaspokajać głodu. Sen zdaje się być tu zatem jednym momentem, w którym umysł i ciało może zapomnieć o głodzie; może pozornie uśpić swój głód.

Martin Caparrós przez parę lat badał… (no właśnie, czym jest głód?) ten proces – Głód to proces – walka organizmu z samym sobą – przemierzając Niger, Indie, Bangladesz, Stany Zjednoczone, Argentynę, Sudan Południowy, Madagaskar i Hiszpanię. Jego książka jest odpowiedzią na pytanie, skąd bierze się głód. I choć dla wielu odpowiedź może być dużym zaskoczeniem, to głównym winowajcą nie jest matka ziemia, lecz człowiek. Człowiek i jego zachłanność, egoizm i chęć ciągłego bogacenia się bez względu na wszystko.

fot. Filipe Moreira, na licencji Creative Commons 2.0 (CC BY-SA 2.0) https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/

fot. Filipe Moreira, na licencji Creative Commons 2.0 (CC BY-SA 2.0) https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/

Wiem, że wiele razy użyłam już słowa G Ł Ó D, ale słowa tego nie da się zastąpić innym, to słowo jest ważne i należy je powtarzać. Głód jest produktem naszej codzienności. Głód towarzyszy nam praktycznie od początków naszej historii – historii ludzkości. Głód dla wielu jest terminem niewygodnym i kłopotliwym. Terminem, który ciąży, który obarczony jest odpowiedzialnością, dlatego wielu ludzi nie wypowiada słowa G Ł Ó D. Wolą posługiwać się eufemizmami, takimi jak: brak bezpieczeństwa żywnościowego lub problem systemowy. Nazywając głód w ten sposób, próbując się go pozbyć, czujemy się mniej winni, staramy się okłamywać samych siebie – skoro nie wypowiadam słowa głód, to znaczy, że głód nie istnieje. Nic bardziej mylnego.

A na obiad znowu zupa

„Głód” to nie tylko statystyki (liczby głodujących i umierających z niedożywienia), które przybliża czytelnikowi autor, aby zwrócić jego uwagę na głodujących w krajach Trzeciego Świata, to również próba opisu historii głodu na przestrzeni wieków. Głód zawsze nam towarzyszył – oddzielał ludzi bogatych od biednych; tych, którzy nigdy go nie zaznają, od tych, którzy są na niego skazani od samego już poczęcia. Capparós oprowadza czytelnika po świecie slumsów i głodu; świecie, w którym głód najczęściej przybiera postać kobiety (matki, żony, córki) twierdzącej, że głoduje, bo tego najwidoczniej chce Bóg – nie zasłużyła na to, aby nie cierpieć z powodu głodu. Co gorsza, nie jest w stanie nawet sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Głód jest dla niej czymś naturalnym, elementem życia, bez którego nie mogłoby ono istnieć. Tak jest na przykład z Ameną z Bangladeszu, która codziennie karmi swoje dzieci zupą, składającą się z wody, patyków i kamieni.

fot. Filipe Moreira, na licencji Creative Commons 2.0 (CC BY-SA 2.0) https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/

fot. Filipe Moreira, na licencji Creative Commons 2.0 (CC BY-SA 2.0) https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/

Capparós poświęca jeden rozdział rynkowi Stanów Zjednoczonych; jego podtytuł to: Kapitał. Kapitał, który steruje wszystkimi rynkami światowymi, który wyznacza ceny i decyduje o tym, jak wygląda nasza rzeczywistość. Kapitał, który jest hegemonem, któremu przeciwstawiać się nie należy i nie można. To tutaj – w Stanach Zjednoczonych – ważą się losy głodujących; albo raczej nie ważą, bo nie są oni nawet brani pod uwagę. Mamy problem z brakiem bezpieczeństwa żywnościowego, a nie z głodem, więc ktoś taki, jak osoba głodująca, nie istnieje. A skoro nie istnieje, to czym się tu przejmować?

To nie jest tak, że lobbyści, producenci żywności w Stanach chcą, aby dzieci gwatemalskie głodowały. Oni pragną jedynie poprawić sprzedaż i uzyskać wyższe ceny, uniezależnić się od ropy naftowej, zadbać o środowisko naturalne, to zaś powoduje określone skutki uboczne. Tak się dzieje, i cóż na to poradzić.
Shit happens.

Jak możemy żyć, wiedząc?

Jak, do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy? – to pytanie Capparós nieustannie zadaje czytelnikowi. Zadaje i pozostawia go bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Autor też nie wie, jak powinna ona brzmieć. „Głód” to książka, która emanuje złością i brakiem zgody na wszystko, co dzieje się wokół nas. A dzieje się za naszym przyzwoleniem. Uważam, że najgorsze jest to, że książka niczego nie zmieni; jej publikacja nie sprawi, że światowe rynki zmienią swoją politykę i zaczną inaczej funkcjonować; że ludzie przestaną nagle głodować. Nic z tych rzeczy. Nasza rzeczywistość to błędne koło, a my wciąż powielamy te same błędy. Jak możemy żyć? Nie wiem. Ja również nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wiem, że żyjemy i to chyba całkiem dobrze.

korekta: Paulina Janota

Żarówki 6

Martin Capparós, Głód, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Paulina Janota