Cierpienie, cierpienie, bezdenne cierpienie! Cztery oblicza wiosennej desperacji w PRL-u

Spośród wielu tematów piosenek kompletnie niedocenianym jest nurt piosenki desperackiej. Łatwo uzmysłowić sobie, jak wiele takich utworów dociera do naszych uszu: są Czerwone Gitary z „Takie ładne oczy”, gdzie słyszymy: W stawie zimna woda, trochę będzie szkoda, gdy utopię się w nim; jest zespół Ich Troje z „A wszystko to…” i fragment: Chodź, pokażę ci czym moja miłość jest, dla ciebie zabiję się. Jednak nie ma co się zanadto nad samą desperacją rozwodzić. Zainteresujmy się wiosną, żadna inna pora roku nie poruszała bowiem w takim stopniu artystów. Osadźmy wiosnę w realiach PRL – okresie, w którym powstawały utwory na każdy temat: od rudego rydza, poprzez łasicę nadziei, do czerwonego autobusu. Żadna kwestia, która mogłaby kogokolwiek poruszać, nie została pominięta. A zatem, a zatem, śpiewajmy panowie!

ilustracjawiosenna melancholia

ilustr. Anna Puszczewicz-Siodłok

Niech powie ktoś, komu się zdarzy napotkać wiosną me spojrzenie: co ja mam w twarzy? No co ja mam w twarzy? Cierpienie, cierpienie, bezdenne cierpienie! — woła zrozpaczony Młynarski w piosence „Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę”, błagając o przychylność dziewcząt w czas wiosennych godów. Nie ma chyba wymowniejszej piosenki wiosennego desperata. Nikt przecież nie chciałby zostać sam, gdy dociera do nas, że jesteśmy nierozłączną częścią natury, a jej nieuchronne oddziaływanie przełamuje nasz najbardziej zaciekły opór. Ale kto chciałby się opierać? Wojciech Młynarski z wdziękiem próbuje usprawiedliwić swoje zachowanie, a może tłumaczy się jedynie po to, aby wzbudzić litość w zimnych kobietach. Ta piosenka jest jak krzyk z głębi serca — szczery i głośny.

Zupełnie przeciwstawne, rzec by można, że wyrachowane, a z pewnością wyrafinowane stanowisko w sprawie wiosny i miłości wyśpiewują Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski w piosence „Zobowiązanie” z Kabaretu Starszych Panów. Ci przedstawiciele starszego niż wzmiankowany Młynarski pokolenia, racjonalnie oceniają problem i decydują na zimno: Nie zakocham się tej wiosny już w nikim. Przewrotność tej piosenki polega na pozornym odżegnywaniu się od wiosennego uroku, który tak naprawdę dosięgnął Jeremiego Przyborę, gdy za oknem prószył jeszcze śnieg. Zatem wyliczanie dlaczego, gdzie i jak nie zakocha się, jest tylko pełnym kokieterii zabiegiem stylistycznym, a nie, jak można by przypuszczać początkowo, chłodną deklaracją zagorzałego racjonalisty. Uwodzi słuchaczy słowami, że nie uwikła się z tą wiosną w ten wątek i serce w żadną mu nie wrośnie panienkę. Na te słowa drugi ze starszych panów, Wasowski, dumny z decyzji na ogół skłonnego do uniesień przyjaciela, konstatuje, że najwyższy czas się wycofać z arenki, gdy zaczyna służyć sofa do drzemki. I gdy prawie dajemy się przekonać, że w pewnym wieku wiosna nie budzi już uśpionego serca, zbija nas ostatecznie z pantałyku puenta Przybory: Zakochałem ja się zimą, już wcześniej

fot. materiały prasowe, Wydawnictwo Znak

fot. materiały prasowe, Wydawnictwo Znak

Magda Umer w „Już szumią kasztany” traktuje wiosnę jako pretekst, by odnowić swoją relację z ukochanym. Bo przecież desperacko na wiosnę zachowują się także ci, którzy partnerkę lub partnera już posiadają. Następują wtedy próby reanimacji, poprawy nie najlepszej atmosfery. Magda Umer (autorem tekstu jest Andrzej Woyciechowski) czuje się chyba zagrożona, gdyż ewidentnie próbuje udobruchać swego mężczyznę: Że w związku z tą wiosną, co może przyjść jutro, uśmiechnij się trochę i nie patrz tak smutno, o wszystkim, co było głupie i złe zapomnij, zapomnij, przepraszam cię. Może boi się, że jej pan mógłby, uwiedziony majem, odfrunąć jak motyl do jakiejś innej pani?

Ale wiosną o miłości można pisać i śpiewać nie tylko do dziewczyn widzianych jako niebezpieczne stado samic. Okazuje się, że można pisać z miłością na wiosnę do polityka. Zastanawiam się czy więcej desperacji jest w tym, że ktoś wpadł na pomysł, by napisać piosenkę o wiośnie dla Michiała Gorbaczowa, czy w samej jej treści? To, jaką Rosiewicz pokłada nadzieję w postaci Gorbaczowa, może zaskakiwać i wydawać się dziwaczne, ale kto wie, jaki entuzjazm towarzyszył pieriestrojce, poczuje tę wiosenno-miłosną aurę. W piosence „Wiosna wieje od wschodu” Rosiewicz zastanawia się: Może skończą się pozory i haseł pustosłowie?, jest tu ten sam zew do oczyszczenia atmosfery, do „padania sobie w ramiona”. Rosiewicz śpiewa: Michaił, Michaił, ty pastroisz nowyj mir, nie anglijskij, nie francuskij, no ty ruskij bohatyr. Z punktu widzenia wiosennej poetyki jest to chyba wyższy poziom niepokoju wewnętrznego będącego inspiracją artysty.

Desperacja to drugie imię wiosny, znajdziemy ją w przyrodzie, w muzyce, w sobie… Zatem skoro właśnie wiosna zaczęła swoje panowanie nad krajem, nie uciekajmy — włączmy tę porywającą muzykę sprzed lat i dajmy się ponieść. Teraz będzie solo muzyczne, a ja będę przeżywał!

tekst: Hanna Baron

korekta: Sylwia Klonowska