Trylogia indyjska. Część trzecia: W gości

Indie to kraj bardzo gościnny. Jego mieszkańcy zawsze wyciągali do nas pomocną dłoń (chyba że sprzedawczyki chcieli nas ograbić na milion białych dolarów, wciskając nam wątpliwej jakości suweniry). W Delhi, gdy mieszkałyśmy u Zosi, zaprzyjaźniłyśmy się z sąsiadami, którzy są dla niej jak rodzina zastępcza na smutnej emigracji. Zawsze gdy przychodziłyśmy do rodziny Sharma w gości, co zdarzało się przynajmniej raz na dzień, czekał na nas indyjski, gorący, słodki chai, do tego jakaś słodycz, ewentualnie cały obiad.

Hinduskie rodziny wyznają zasadę „gość w dom, bóg w dom”, mają do niej jednak pewien specyficzny dodatek: gość w dom musi zjeść więcej niż myśli, że jest w stanie zjeść. Oraz: nie można pozwolić, aby gość w dom siedział przy pustym talerzu. I jeszcze: jeśli gość w dom myśli, że wyjdzie z domu nieprzejedzony, to się srogo myli. Polskie babcie mają wysoko postawioną poprzeczkę, tyle mam do powiedzenia w tej kwestii. Poza gościną kulinarną ojciec rodziny zawsze pytał nas, co u nas słychać, radził gdzie iść, co zwiedzić, jak zarezerwować pociągi, na co uważać.

Trylogia indyjska. w gości 1

Kornelia, Magda i Zosia w Indiach ;)

Kiedy podróżowałyśmy na Goa, do Agry lub w Jaipurze czułyśmy się oczywiście obco, dziwnie, jak niepasujące elementy w indyjskiej mozaice. Zawsze jednak znalazł się ktoś, kto nam pomógł, oswoił, przywitał ciepło w indyjskim kraju i wtedy życie stawało się lepsze. Po jakimś czasie zadomowiłyśmy się na dobre, mimo że zawsze byłyśmy w czyjejś gościnie i na obczyźnie. Towarzysze podróży w pociągach traktowali nas jak swoich podopiecznych – należało nam zorganizować czas (40 godzin, nie lada wyzwanie!), zabawiać rozmowami, opowiadać o Indiach, pytać o Polskę. No i przede wszystkim nakarmić. Hindusom bardzo zależy na tym, aby zaprezentować swój kraj w samych superlatywach, często i chętnie opowiadając o najpiękniejszych miastach, zabytkach, parkach. Lista miejsc must see rosła i rosła, wszystkim mówiłyśmy, że niestety nie damy rady wszystkiego zobaczyć podczas tych trzech tygodni. Obiecałyśmy jednak, że wrócimy, na pewno wrócimy i nadrobimy wszystko. Z jedną rodziną tak się zaprzyjaźniłyśmy, że zdecydowanie postanowili, iż jak wrócimy jeszcze do Delhi, to musimy zamieszkać u nich. Ich obietnice to nie rzucane słowa na wiatr – dali nam telefon, e-mail, a niedawno zapytali na Whatsappie, kiedy przyjedziemy… Coś pięknego.

Pewnego dnia w Delhi zrobiłyśmy sobie z Magdą spacer po naszej dzielnicy, Jangpurze. Na jednej z ulic stały obok siebie świątynie trzech religii: chrześcijańska, hinduistyczna oraz buddyjska. Nigdy nie byłyśmy w świątyni buddyjskiej, był to drugi dzień w Indiach i nasze głowy były ciągle pełne obaw: A CO JEŚLI WEJDZIEMY I SPŁONIEMY I NIE POZWOLĄ NAM JUŻ NIGDY WYJŚĆ? Złoty, radosny Budda zapraszał nas jednak do siebie napisem „YOLO!” (przypadek? Nie sądzę.) – to przeważyło, musiałyśmy wejść. Buty – ściągamy. Polaczki myślą – a jak ukradną? Nikt nam nic nie ukradł. W Polsce za to musiałabym już szukać ich na pobliskim bazarze. Parę osób plątało się wokół, zachęcali nas, aby wejść do środka. Świątynia była nieduża, skromna, na ścianach piękne malowidła. W środku u stóp czegoś na kształt ołtarza siedział pan mnich i medytował (nie znam się na buddyzmie, jeśli popełnię jakiś błąd w opisie, to wszystkich przepraszam!). Zapytałyśmy się pana gospodarza, czy możemy zrobić parę zdjęć, coś nakręcić. Zgodził się bez problemu. Przywitał nas w Indiach. Opowiedział o buddyzmie, chwilę porozmawialiśmy o założeniach konceptu pokoju, na którym się opiera. Zostałyśmy poczęstowane przepysznym Gulab Jamun. Nikt nas nie wciągnął do sekty, nikt nie wyłudził pieniędzy. Tak było w wielu, wielu miejscach. Raz się zdarzyło, że odmówiono nam wstępu. Stało się to w pięknym, zabytkowym meczecie Jama Masid w Old Delhi. Przyszłyśmy w trakcie wieczornej modlitwy, około 18:30. W Indiach o tej porze już zachodzi słońce. Usłyszałyśmy, że po zachodzie słońca nie wpuszczają już do meczetu kobiet oraz ludzi innej wiary. Trochę było nam smutno, ten meczet był naprawdę piękny! Cóż za brak gościnności…

1. Ceremonia nakładania pannie młodej ślubnych bransoletek 2. Panna młoda z wujkiem, głową rodziny Sharma 3. Kornelia ze świeżo nałożoną henną 4. Henna na dłoniach na drugi dzień

1. Ceremonia nakładania pannie młodej ślubnych bransoletek
2. Panna młoda z wujkiem, głową rodziny Sharma
3. Kornelia ze świeżo nałożoną henną
4. Henna na dłoniach na drugi dzień

Prawdziwej, wspaniałej gościny zaznałyśmy w ostatnich dniach naszego pobytu w Indiach – wybrałyśmy się wraz z naszą zaprzyjaźnioną po sąsiedzku rodziną na tradycyjny indyjski ślub. Zrozumiałe w Polsce jest zdziwienie moich znajomych – ale że na ślub? Tak po prostu? Otóż tak. Tak po prostu. Zosia wybierała się z rodziną Sharma na ślub ich kuzynki do Faridabadu. Szybko stało się oczywiste, że jedziemy z nimi. Była to cała wyprawa, z noclegami i tak dalej. Bawiłyśmy się wspaniale, wystroiłyśmy się jak w bollywoodzkich filmach, tańczyłyśmy do dźwięków bębna dhol, zrobiono nam piękne mehendi. Zobaczyłyśmy tradycyjne ślubne ceremoniały, tak różne od naszych! Gdy przybyłyśmy na ceremonię mehendi i do domu panny młodej, nikt nie był zdziwiony, że jakieś trzy białaski się tam kręcą i czego one w ogóle chcą. Wszyscy chętnie tłumaczyli nam znaczenia ceremoniałów i ślubnych rytuałów, dokarmiając przy okazji zdecydowanie zbyt często. Okazuje się, że w Indiach niekoniecznie rozsyła się zaproszenia na śluby. Wszyscy wiedzą, że ślub po prostu jest: cała rodzina, wszyscy znajomi i sąsiedzi. Na ślub po prostu się idzie. Do pięknej, przystrojonej sali, gdzie jest szwedzki stół i każdy może się poczęstować wyśmienitymi potrawami. Świadczy to o gościnności hindusów – każdy znajomy czy przyjaciel jest mile widziany w tak ważnym dla rodziny dniu. Chcą, aby każdy się cieszył wraz z nimi. Ślub to wydarzenie organizowane z rozmachem i fantazją. Panna młoda ugina się od złota i ozdób, pan młody przejeżdża wraz z bharatem, orszakiem z orkiestrą, za którym przyszły mąż jedzie na białym koniu. Na białym koniu! Bajka? To tylko indyjski ślub, czyli trochę jak z bajki. Choć wolę polskie tradycje ślubne, podpatrzenie tego, jak ten dzień wygląda w tradycyjnej hinduskiej rodzinie, było niesamowitym przeżyciem.

Trzy tygodnie upłynęły zbyt szybko, mimo iż mam wrażenie, że były to trzy miesiące – tyle się działo. Teraz pozostaje nam już tylko wspominać i planować kolejną podróż!

1. Para młoda 2. Orszak panny młodej 3. Magda i Zosia z parą młodą 4. Zosia, Kornelia i Magda przed weselem

1. Para młoda
2. Orszak panny młodej
3. Magda i Zosia z parą młodą
4. Zosia, Kornelia i Magda przed weselem

WYJAŚNIENIE: Bardzo przepraszam moją siostrę MONIKĘ, iż nie wspomniałam o niej w poprzedniej części relacji z Indii – to ona sto lat temu przyniosła do naszego domu film „Czasem słońce, czasem deszcz” na płycie DVD i gdyby nie ona, to nigdy bym Indii nie poznała i do nich nie pojechała! Publicznie się kajam!

tekst: Kornelia Musiałowska

korekta: Paulina Goncerz