Trylogia indyjska. Cześć druga: w kinie

Najczęściej zadawane pytania:

Ile kosztował Was lot?
Lot do Indii kosztował nas 1700 zł, do tego wiza za 300 zł; bilety kupowałyśmy już w październiku.

Czy leciałyście bezpośrednio do Indii?
Nope. Najpierw samolotem z Warszawy do Londynu, gdzie miałyśmy jedyne 17 (słownie: siedemnaście) godzin do kolejnego lotu. Samolot lądował w Delhi. Być może dlatego lot był tak tani. Nam to nie przeszkadzało – kto nie lubi nocnych spacerów po Londynie wzdłuż Tamizy…

Czy byłyście w kinie?
A i owszem, i o tym chcę Wam, drodzy czytelnicy, dziś opowiedzieć.

Duma filmoznawcy nie pozwoliła mi na zaniechanie prawdziwego celu podróży do Indii – do kina trzeba było pójść. Od filmów Bollywood wszystko się przecież dla mnie zaczęło – pierwszy kontakt z kulturą Indii i zafascynowanie tańcem, tradycją, mitologią. Obecnie oglądam o wiele mniej indyjskich filmów niż kiedyś, jednak sentyment pozostał. Postanowiłyśmy z Magdą, iż do kina wybrać się należy. Bardzo chciałyśmy odwiedzić kino iście indyjskie, nie sieciowy multiplex. Nie do końca wiedziałyśmy jednak, jak owo „iście indyjskie” kino wyglądać powinno. Chciałyśmy też zobaczyć konkretny, wybrany film, który miał premierę w grudniu zeszłego roku: „Bajirao Mastani” (2015, reż. Sanjay Leela Bhansali). Otóż nie było to takie proste. Badumtss, bo w Indiach nic nie jest proste. W kinie w Delhi, niedaleko miejsca, w którym mieszkałyśmy, nie grali już tego filmu. Zdeterminowane zapytałyśmy pani kasjerki, czy będzie jeszcze grany. Pani spojrzała się na nas dość dziwnie, pokiwała przecząco głową… Co miałyśmy zrobić w tej sytuacji? Poszłyśmy pocieszyć się do pobliskiego McDonald’s Nie bijcie! Zazwyczaj jadłyśmy street food, musiałyśmy jednak zwiedzić choć jeden Złoty Łuk. W celach antropologicznych! Hamburger Maharaja był najgorszym hamburgerem, jaki jadłam w życiu. Brak „Bajirao Mastani” w repertuarze kina nas zdziwił, i to bardzo. Jest to przecież świeżuteńki obraz, wysokobudżetowy blockbuster. Zapytałyśmy na drugi dzień znajomego, dlaczego stało się, jak się stało i dlaczego nie wyświetlają już naszego filmu. Wyjaśnienie było dość logiczne: w Indiach kręci się tyle filmów, że większość kin ma w repertuarze tytuł przez tydzień, góra dwa. Wyjątek na skalę światową stanowi kultowy już film „Żona dla zuchwałych” (1995, reż. Aditya Chopra) który w kinie Maratha Mandrij w Mumbaju jest wyświetlany… do dziś.

1. Qutab Minar 2. i 3.Kadry i z filmu 4. Kadry z naszej podróży.

1. Qutab Minar
2. i 3.Kadry i z filmu
4. Kadry z naszej podróży.

Tak więc kłody pod nogi, całe życie pod górkę, naszego filmu już nie wyświetlają! To ci niefart, co my teraz zrobimy. Wizytę do kina przełożyłyśmy zatem na czas bliżej nieokreślony.

Słynne kadry prezentujące piękne Indie miałyśmy w pamięci podczas całej podróży. Co chwila mówiłyśmy „o, to jest jak w filmach”. Częściej jednak padały słowa „tego w filmie nie było…”. Parę razy kluczem zwiedzania indyjskich atrakcji turystycznych były właśnie nasze ulubione filmy Bollywood. Kiedy odwiedziłyśmy Qutab Minar cieszyłam się jak mała dziewczynka. Co tam jest takiego pięknego? Mój ulubiony aktor, Aamir Khan, oprowadzał tam niewidomą, przepiękną Kajol w filmie „Fanaa” (2006, reż. Kunal Kohli). Ciekawostka: kaszmirskie góry zostały „zagrane” w Fanaa przez nasze polskie, zakopiańskie Rysy. To ci niespodzianka! W przepięknym Qutab Minar oraz Lodhi Garden kręcono również klip do piosenki „Chand Sifarish”.

Będąc na Goa, przypomniałyśmy sobie sporo tytułów, których akcja filmu działa się właśnie tu – zwiedziłyśmy słynny, ikoniczny, biały kościół w Panaji, z rozbawieniem wspominając „Go Goa Gone” (2013, reż. Raj Nidimoru), w którym Saif Ali Khan walczy na plaży z armią wygłodniałych zombiaków… Oczywiście, najważniejszym dla nas filmem, najjaśniej świecącą filmową gwiazdą, wyznacznikiem stylu i klasy, jest najwspanialszy „Czasem słońce, czasem deszcz” (2001, reż. Karan Johar). Anjali (Kajol) była ubogą dziewczyną z Delhi, w której zakochał się syn miliardera… A my byłyśmy w Delhi. Może w nas też zakocha się przystojny bogacz niczym Rahul (Shah Rukh Khan) w Anjali? Pełne nadziei wybrałyśmy się na Chandni Chowk, dzielnicę Anjali. Widziałyśmy, że w filmie ulicę Anjali grała makieta… Tego jednak się nie spodziewałyśmy: nagroda miesiąca dla tego, kto dopatrzy się jakichkolwiek powiązań w wyglądzie Chandni Chowk filmowego i prawdziwego… Chandni Chowk to najstarsza, muzułmańska dzielnica Indii. Nie było tam zbyt milusio, zdecydowanie nie.

Mastani w Amber Fort, nasze zdjęcia w Amber Fort

Mastani w Amber Fort, nasze zdjęcia w Amber Fort

Wracając jednak do kina samego w sobie. Jesteśmy, drogi czytelniku, w Jaipurze, Różowym Mieście. Przemierzając naszą szaloną rikszą ulice miasta, widzimy kino i baner naszego filmu! Cóż za ekscytacja, los wreszcie nam sprzyja! Zapamiętałyśmy nazwę kina, sprawdziłyśmy repertuar. Tak, szybka spontaniczna decyzja – idziemy do kina Raj Mandir na „Bajirao Mastani”!

Zakup biletów – oburzenie. Kolejny raz do podanej ceny dopiero później doliczono VAT. Jeśli jakiś wyedukowany finansista chciałby mi wyjaśnić ideę tego precedensu – bardzo proszę. Ja jednak wolałabym wiedzieć zawczasu, ile mam zapłacić. No dobra – bilety kupione, wchodzimy do kina. Co wiemy do tej pory o kinach w Indiach? Raczej nic. O widzach wiemy, że głośno komentują, wiwatują, śmieją się i śpiewają. Przemiły pan otworzył nam drzwi do głównego holu kina, a raczej kinoteatru. Był to pierwszy raz w Indiach, kiedy stanęłam i oniemiałam z wrażenia (po raz drugi zdarzyło się to, kiedy stanęłam przed świątynią Akshardham w Delhi). Wiedziałyśmy, że do tanich kin nasze nie należy, jest ono raczej fancy. Jednak to, co zastałyśmy w środku trochę nas zaskoczyło.

kino w Jaipurze

kino w Jaipurze

Bogactwo, przepych, czerwone aksamity, puszysty, miękki dywan. Raz się żyje, jak szaleć to szaleć – kupiłyśmy colę i popcorn, który kosztował chyba sto razy więcej niż sam bilet i weszłyśmy do sali projekcyjnej. Piękna scena, elegancka kurtyna, sala mieszcząca tłumy. Na szczęście, na nasz seans nie było wielu chętnych, chyba rzeczywiście wszyscy zobaczyli ten film już w dniu premiery. Gasną światła, kurtyna majestatycznie się odsłania, rozjaśnia się ekran. Co można zrozumieć z filmu historycznego, oglądanego w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, bez napisów angielskich? Żadna z nas nie zna języka hindi, okazało się jednak, że zrozumieć można bardzo wiele. Tym bardziej, jeśli zna się trochę kulturę indyjską i schematy bollywoodzkich piosenek. Zrozumiałyśmy tyle: Bajirao (Ranveer Singh), wielki wojownik ma żonę i jest z nią szczęśliwy, jednak w czasie wojny poznaje piękną wojowniczkę, Mastani (Deepika Padukone), która pochodzi (fanfary) z Jaipuru! Może też dlatego ten film był ciągle wyświetlany w Jaipurze, a w Delhi nie? Przepięknie skadrowany Amber Fort, jedno z piękniejszych miejsc w Indiach, był domem Maastani.

Jeszcze w Polsce poznałyśmy całą ścieżkę dźwiękową filmu, znałyśmy tańce, wiedziałyśmy, o co chodzi. Film był piękny, kolory wyważone, stroje wspaniałe, choreografie przypominały te ze złotej ery klasycznych bollywoodzkich tańców wzorowanych na tradycji klasycznego tańca indyjskiego. Były momenty przesadzone, nietrafione, cały obraz jednak trzymał się spójnej, zaplanowanej skrupulatnie wizji artystycznej reżysera. Reżyser„Bajirao Mastani” stanął na wysokości zadania i nas nie rozczarował. Co do widzów: rzeczywiście – komentarze, głośne okrzyki, owacje w najbardziej spektakularnych scenach – to wszystko BYŁO! Szkoda, że w polskich kinach nie ogląda się tak filmów. Czyż pokazy nie byłyby o wiele bardziej przyjemne, gdyby bez skrępowania można było krzyczeć do ekranu, co sądzi się o Leonardo i jego walce z niedźwiedziem lub wiwatować na „Mad Maxie”? Pozostawiam ten temat, drogi czytelniku, do przemyślenia.

Filmowe Indie to dla nas zarówno Bollywood, przekłamane kadry i przesadzone historie, jak i podróżnicze kino dokumentalne. Z jednej strony przepych, złoto i kolory z drugiej – bieda, brud i walka o życie. Kiedy słyszę więc pytanie: „I co, jest tam jak w filmach?”, nigdy do końca nie wiem, co odpowiedzieć. Jest jak w filmach. Zależy, gdzie się jest i jakie filmy ogląda. Z pewnością indyjski ślub był dość filmowy… Ale o tym już następnym razem.

tekst: Kornelia Musiałowska

korekta: Paulina Goncerz