Wielka sztuka… naśladowania – recenzja „Carol” Todda Haynesa

Początek roku to początek filmowych zaskoczeń… szkoda, że także tych negatywnych. Tendencja do rozdmuchanych, wątłych, opakowanych wielokaratowym rozgłosem filmów prooscarowych to coroczna tradycja. Nie lubię brać w tym udziału, bo to hucpa, gdzie na sukces filmu punktuje okołofilmowe show, bardziej od samej produkcji. Film jako sztuka… niestety w przypadku „Carol” sztuka szachrowania. W „Carol” mamy spełnione wszystkie zachcianki i fetysze Oscarowej kapituły.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

„Carol” opowiada bardzo zachowawczo i posłusznie historię totalnie przecież bezkompromisowych postaci. Rzeczywistość Nowego Jorku lat 50. była mało korzystna dla uczucia dwojga kobiet, idącego dalej niż przyjaźń. To dramat miłosny Carol i Therese. Carol już nie powątpiewa w swoją orientację: oficjalnie ma męża i dziecko. Tworzą pozory dobrego małżeństwa. On wie, że ona umawia się z kobietami. Therese natomiast jest na początku swojej inicjacji – magiczna, wycofana, niepewna, ale gotowa spróbować. Tak samo, jak dziwi się swoim pożądaniem, tak chętna jest do przeżycia tej przygody. Carol to postać ewidentnie dominująca, wyciągająca ręce po to, co zechce – jej imię nieprzypadkowo jest męskie. Jej postać jest silniejsza i skuteczniejsza w swoich działaniach, od niejednego obecnego w fabule mężczyzny. Natomiast Therese to młoda dziewczyna i prócz pewnej niepewności jest w niej dużo nieznajdującej ujścia namiętności.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Todd Haynes jest tak samo przygotowany na opowiedzenie tej historii, jak społeczeństwo Amerykańskie lat 50. na akceptację homoseksualizmu – w ogóle. Jest speszony, letni i zachowawczy. Nie upominam się o eskalację erotyzmu z „Życia Adeli”, bo i konwencja tego melodramatu jest inna, ale o emocje, jakiekolwiek prócz znudzenia. „Carol” jest pastelą, uniwersalnym kolorem z katalogu, bez żadnej indywidualności.

Carol materiały prasowe3

fot. materiały prasowe

Reżyser używa jednej perspektywy narracyjnej: one kontra reszta świata, który tak naprawdę, nawet stając naprzeciw nich, jest mało straszny. Niby działa na ich niekorzyść, ale widzę to jedynie w kolejnych sekwencjach z rozdygotanym paleniem papierosa przez bohaterkę. To jedno z wielu powtórzeń sposobu opowiadania historii przez Haynesa. Może to był zabieg uzwyczajnienia tej kuszącej prowokacją historii. Szczera potrzeba opowiadania bez stereotypowych powtórzeń. Ale przy okazji Haynes wystudził tę historię, zdejmując z niej znamiona jakiejkolwiek świeżości opowiadania. Nikt nie tłucze tutaj ostentacyjnie szkła, ale wszyscy siedzą za kuloodporną szybą, odcięci ze swoimi uczuciami od widza.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

W tej historii brakuje kontrastu między postaciami. Jedynymi rozdzielonymi wyspami są nasze bohaterki, o ironio! Widzimy naiwne kultywowanie mitu o przeciwieństwach, które nadrabia magiczne, metafizyczne porozumienie dusz. Wybaczcie, bliżej tej poetyce przeznaczenia do soft rockowych trywializmów Katarzyny Grocholi niż rymowanej kardiologii rozżarzonej Agnieszki Osieckiej. To jest rozgotowane kino, któremu się niby coś chce, ale woli postawić na ograne triki wyniosłej i posągowej Cate Blanchett (która trochę tu pachnie już swoją własną parodią) i wycofanej, zaczarowanej Rooney Mary.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Pod całą tą empatyczną potrzebą historii gender w sposób codzienny, naturalny, robiąc historię o miłości, gdzie kontekst płci nie dominuje, nie ma nic. Żadnej nowej narracji, tylko przeciętna historia dwojga ludzi. Emocje, które towarzyszą bohaterkom są zawekowane, nie wchodzą w orbitę widza – daleko ich pocałunkom do namiętności z Brokeback Mountain.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Tutaj nawet nie chodzi o przewinienie na poziomie braku chemii między bohaterkami, a o maksymalnie wątły scenariusz. Dialogi naprawdę są zagrane, nie tylko wypowiedziane, bliżej im do teatru niż kina intymnej historii. Wydarzenia, które następują też są poprowadzone poprawnie, od a do be. Wiemy wszystko od początku do końca. „Carol” to harlequin, który jedyne co robi, to się do tego nie przyznaje.

Nasza ocena:

żarówki 3-01

Film będzie można obejrzeć w Cinema-City:

ccPoczujMagie_600x100

korekta: Paulina Goncerz

Bernadetta Trusewicz