Umarli za życia

Wybraniec – kto nie chciałby nim być? Tą wyjątkową, zasłużoną, indywidualną i o specjalnych zdolnościach jednostką? W Spiegelgrundzie było ich wielu. Zbyt wielu. Tutejsi wybrańcy nie ratowali jednak świata, ani on nie ratował ich; świat miał o nich zapomnieć, mieli zniknąć z powierzchni ziemi, jak gdyby nigdy nie istnieli. Bycie wybrańcem oznaczało tylko jedno – bolesną śmierć. 

Wyrok: śmierć

Wejście do Pawilonu 15, fot. Haeferl, źródło: commons.wikimedia.org

Wejście do Pawilonu 15, fot. Haeferl, źródło: commons.wikimedia.org

Szpital Steinhof, działający w Wiedniu w latach 1940-1945, funkcjonował jako oddział opiekuńczo-wychowawczy Am Spiegelgrund. Trafiali do niego wybrańcy, którzy sprawiali problemy wychowawcze, stanowili niepasujący element nowo powstającego, wspaniałego, a przede wszystkim czystego świata Rzeszy; wymagali specjalnej opieki, której fundament stanowiła nazistowska ideologia. Zakład dzielił się na dwa główne pawilony – pawilon 15, do którego trafiały ciężko chore i niepełnosprawne (zarówno fizycznie, jak i psychicznie) dzieci oraz pawilon 17, do którego trafiali wychowankowie poddawani resocjalizacji. W języku potocznym pracowników piętnastka funkcjonowała jako pawilon idiotów, w którym „leczono” (czyli zabijano), natomiast w siedemnastce odbywała się obserwacja (czyli fizyczne i psychiczne znęcanie). Placówka (…) przypominała raczej obóz selekcyjny, w którym nieustannie oddzielano słabych od jeszcze słabszych.

Pawilon idiotów był miejscem eksperymentów, które miały pomóc przyszłemu światu medycyny. Ich celem nie było niesienie pomocy cierpiącym dzieciom w agonii, lecz sprawdzanie ich zachowania, reakcji organizmu na jeszcze silniejszą – śmiertelną – dawkę „leku” czy też inne, inwazyjne działanie medyczne. Administrujący pawilonem nie widzieli w nich dzieci, a jedynie okazy, żywe exempla fizjologicznych i neurologicznych defektów albo chorób, których przebieg warto studiować. (…) Lekarze zaś przychodzili regularnie i obserwowali swoje okazy, decydowali, które należy pozbawić życia od razu, a które ewentualnie warte są starań, by trzymać je pod obserwacją przez jakiś czas. Po podjęciu decyzji wracali, żeby przyglądać się samemu umieraniu.

Do pawilonu obserwacyjnego trafiały dzieci, które z powodów rasowych i społecznych stanowiły zbędny balast dla Rzeszy. Przemoc fizyczna wobec wybrańców – jako metoda wychowawcza – była tutaj czymś naturalnym i oczywistym; niczym jedno z zadań na liście codziennych obowiązków, które musi zostać wykonane. Lecz od przemocy fizycznej gorsza była psychiczna, która powodowała paraliż i przekształcała wychowanków zakładu w bezbronne zwierzęta. Zachowanie człowieczeństwa, wiara i nadzieja w lepsze jutro (jakkolwiek banalnie i irracjonalnie w tym kontekście brzmi „lepsze jutro”) nie ma tutaj prawa bytu. Aby „przeżyć” należy zgodzić się na nieistnienie lub się zabić. 

Strach w oczach i białe kitle z opaską ze swastyką na ramieniu

CzytającWybrańców” Steve’a Sem-Sandberga chciałoby się wierzyć, że to, co napisane na kartach powieści nie jest prawdą; że jest to jedynie fikcja literacka, zmyślona historia, coś, co nigdy nie miało miejsca. Niestety, przedstawione tutaj fakty, historie, miejsca i ludzie są prawdą. Prawdą, która przez wielu z nas wolałaby zostać nieodkryta. Tak samo, jak i szczątki setek dzieci – pacjentów zakładu, które odnalezione zostały w 2002 roku w piwnicy Spiegielgrundu.

„Wybrańcy” to historia składająca się ze wspomnień tych, którzy przeżyli okrucieństwa zakładu (tylko czy po czymś takim można żyć normalnie?), raportów z przesłuchań i dokumentacji dotyczącej nazistowskiego programu eutanazji dzieci w Spiegelgrundzie. Steve Sem-Sandberg tworzy literaturę faktu, używając bardzo literackiego, obrazowego i wypełnionego rozbudowanymi metaforami języka, lecz mimo to lektura „Wybrańców” nie staje się dzięki temu łatwiejsza w odbiorze czy też mniej drastyczna. Świat „Wybrańców” jest brutalny, niesprawiedliwy, odczłowieczony i nie ma w nim miejsca na współczucie. Współczuć bohaterom może jedynie czytelnik, lecz oprócz niego nikt inny tego nie robi. Bohaterowie powieści przypominają bohaterów antycznych tragedii – nie ważne, co zrobisz i tak jesteś przegrany, martwy za życia; nad twoją głową widnieje czarny krzyżyk i to jedynie kwestia czasu, kiedy całkowicie wgniecie cię w ziemię, zakopie w niej. 

Krwawy Führer i jego panoptikon

Führer obecny jest na każdej stronie powieści; to on pociąga za sznurki rzeczywistości. Decyduje o życiu i śmierci swych wybrańców, zna ich myśli wcześniej aniżeli oni sami. Decyzje dotyczące dalszego „leczenia” wysyła pracownikom zakładu prosto z Berlina – pod każdym wyrokiem widnieje jego staranny podpis. Lekarze i pracownicy Spiegielgrundu nie przeciwstawiają mu się; lubią „leczyć”, lubią swoją pracę – czerpią z niej przyjemność i satysfakcję. Przed Führerem nie ma ucieczki. Führer widzi wszystko i każdego, niczym w panoptikonie.

Pole pamięci dedykowane dzieciom zamordowanym w Am Spigelgrund, fot. Haeferl, źródło: commons.wikimedia.org

Pole pamięci dedykowane dzieciom zamordowanym w Am Spigelgrund, fot. Haeferl, źródło: commons.wikimedia.org

Powieść Sem-Sandberga nie należy do łatwych i przyjemnych. Pewnie wielu czytelników po nią nie sięgnie ze względu na samą treść – ludzie nie lubią czytać o okrucieństwach tego typu, wolą nie wiedzieć. Ja wolę wiedzieć i być świadomą. Wybrańcy zostali zabici; spenetrowano praktycznie każdy centymetr ich ciała, a w wielu przypadkach spenetrowano również i ich dusze. Po co? W imię wyższych i utylitarnych wartości? Naziści tak właśnie uważali. Zbędnego balastu należy się pozbyć, ale jeżeli jest się już w jego posiadaniu, to przecież można go wykorzystać do celów naukowych, robiąc tym samym przysługę światu.

Książka ta nie wpłynie na codzienność czytelnika, nie zrewolucjonizuje nagle jego sposobu myślenia o świecie, ale pozwoli nabrać świadomości, że niebycie wybrańcem może być błogosławieństwem.

korekta: Paulina Goncerz

żarówki 5 małe

Steve Sem-Sandberg, Wybrańcy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Paulina Janota