Z poważaniem z Berlina. Odcinek pożegnalny

Jest takie miejsce w Berlinie, które pachnie Barceloną, a konkretnie churrosem. W okolicy stacji Zoologischer Garten jest piekarnia, gdzie churrosowe opary otaczały mnie zawsze, gdy przechodziłam ze stacji S–Bahnu na peron U–Bahnu. Ten aromat sprawiał, że równocześnie po brodzie kapały mi łzy i ciekła ślinka, tęskniłam za miastem i jedzeniem jednocześnie.

Z poważaniem z Berlina (fot. Kasia Sierka)

Z poważaniem z Berlina (fot. Kasia Sierka)

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, co w Katowicach będzie pachniało Berlinem. Od jakiegoś czasu snuję się po mieście i z powodu wyprowadzki wypłakuję oczy. Najpierw płaczę, potem piję piwo, płaczę jeszcze bardziej i otępiała wracam do domu. Współpasażerowie próbują przekazać mi dobre fluidy i dodać otuchy, przekonać, że zmarły chomik hasa już po żyznych polach Krainy Wiecznych Łowów, ale to na nic. Oni nie rozumieją, bo tutaj zostają, a ja najchętniej wtuliłabym się w chodnik, żeby nie musieć odjeżdżać.

Październik był miesiącem hulanki. Korzystna zmiana miejsca zamieszkania pozwoliła zaoszczędzić kwotę jednego czynszu, więc i do Berghain się poszło (takie tam), wszystkie zaległe muzea się zwiedziło, w restauracjach się jadało. Kawka, herbatka, spaghetti, sernik nowojorski, jabłuszko, marcheweczka, wegański kebab, fryteczki z majonezem, ciastko, drożdżówka, pizza, makaronik… Słowem – gigantyczny, dwuosobowy food festival. Październik był dobrym, beztroskim miesiącem – był miesiącem radości.

Natomiast listopad, to miesiąc smutku z niebem w kolorze wygazowanego browara, niekończąca się piosenka Lykke Li z klipem w kolorze szarawych filmów Finchera.
Wyjeżdżamy z Berlina i nawet największa paczka Schoko Bons nie jest w stanie osłodzić rozstania. Berlin nie Wenecja i nie zniknie niczym Atlantyda pod poziomem morza, ale już nie będzie na wyciągnięcie ręki. Koniec ze spacerami po Prenzlauer Bergu, z piwkiem w dłoni i pieśnią na ustach.

Ludzkiej duszy nie ukoisz, jak za jednym przestanie tęsknić, to zaraz następne sobie wmówi. Głupia dziewucho – myślę – sama wymyśliłaś żeby wracać, ze znajomymi mieszkać i pieniądze na następny wyjazd odkładać. Niby to bardzo racjonalne, ale nieprzekonywujące. Głupia dziewucho – myślę – gdzie Ty byłaś, co Ty widziałaś? To akurat jest ten trafny argument, jest bowiem wytłumaczeniem, przyczyną i odpowiedzią na pytanie: dlaczego wracamy? W dupie byliśmy i gówno widzieliśmy.

W moim notesie trzymam zaschnięty liść, a wygląda on tak:

To jedyny przedmiot, będący w stanie przerwać potoki łez i powstrzymać plany  rzucenia się z Oberbaumbrucke w odmęty Szprewy. Jest sposobem, myślą, która trzyma mnie przy zdrowych zmysłach, kiedy żegnam się ze wspaniałym Berlinem. Dzięki temu może już niebawem marsz pogrzebowy na nutę „Du hast ja keine Ahnung wie schon du bist, Berlin” Marleny Dietrich, zmieni się na weselny w rytm „Blame Canada” z pełnometrażowego filmu „South Park”.