Z czym walczą Rycerzyki? – Rozmowa z Karolem Jadachem i Aleksandrem Margasińskim

Rycerzyków jest sześcioro, zawojowali już wiele. Zdobyli serca publiczności OFF Festivalu i uznanie szeregu najważniejszych polskich portali muzycznych. Wydali też debiutancką płytę, zatytułowaną po prostu „Rycerzyki”. W krakowskim Betelu spotykam się z jedną trzecią gwardii: gitarzystą i kompozytorem Karolem Jadachem oraz basistą i producentem Aleksandrem Margasińskim.

Rycerzyki / Aleksander Margasiński i Karol Jadach (fot. Natalia Kaniak)

Rycerzyki / Aleksander Margasiński i Karol Jadach (fot. Natalia Kaniak)

Paweł Świerczek: Rycerze, przynajmniej ci baśniowi, walczą ze smokami. Albo walczą o rękę damy dworu. Z czym albo o co walczą Rycerzyki?

Aleksander Margasiński: Każdy członek zespołu odpowiedziałby na to pytanie inaczej. Ja myślę, że nie walczymy o nic. Nasza nazwa jest zdrobnieniem, chodzi raczej o zaśmianie się z terminu, jakim jest „walka”. Na pewno nie chcemy się nigdzie wdzierać z tym co robimy.

Karol Jadach: Nasza muzyka nie jest ostra, nie ma w niej przemocy, którą można by porównywać do walki na miecze. Sama nazwa wynikła z czegoś innego.

Czytałem, że zaczerpnęliście ją z tytułu piosenki Ścianki. Ale jednak i na okładce Waszej płyty, i w Waszej muzyce, baśniowo-rycerski klimat się przewija.

A.M.: Na pewno jest gdzieś w tym wszystkim pewien rodzaj odwołania do patentów muzycznych z przeszłości, do metaforycznego średniowiecza. Jest tu też trochę naiwności, która koresponduje ze zdrobnieniem. A okładka to dzieło Agi, która pokazuje postaci niegroźne. Może czymś wymachują, ale to nie ma wymiaru walki.

K.J.: To bardziej Gosia wymachująca piórem – snująca baśniowe historie.

Aleksander Margasiński (fot. Natalia Kaniak)

Aleksander Margasiński (fot. Natalia Kaniak)

Muzyka jest dla Was opowieścią?

A.M.: Dla Gosi na pewno tak. Z reguły krąży po wyobrażonych krainach, pełnych wymyślonych postaci czy zwierząt. Dla mnie z kolei układanie linii basowych jest bardzo abstrakcyjne. Na pewno nie myślę narracyjnie, raczej za pomocą muzycznych skojarzeń.

Większość płyty produkowaliśmy u mnie w pokoju. Pozostali członkowie zespołu przychodzili nagrywać tylko swoje partie, a my siedzieliśmy z Karolem przed komputerem i często wspólnie słuchaliśmy kawałków, które nas inspirowały.

K.J.: I toczyliśmy walkę z czasem…

A.M.: O właśnie! Walczyliśmy z czasem i z notorycznym niekończeniem rzeczy. Trudno było sobie wszystko zaplanować, kiedy nie miało się narzuconego z góry czasu w studiu. Poza tym, wszyscy mieliśmy jakieś inne obowiązki, choćby kończenie studiów.

Więc bycie muzykiem jest jednak walką? A może nie macie na co narzekać? W końcu udało Wam się znaleźć wytwórnię…

K.J.: W ten sposób, że to my właściwie jesteśmy tą wytwórnią.

A.M.: Stajnia Sobieski to twór, na który składa się 15 osób – sami znajomi i przyjaciele. Nazwa wzięła się od miejsca, w którym mieszkam. Nie ma w Polsce zbyt wiele wytwórni  „średniego szczebla”, do których mogliśmy uderzać. Jest duża przepaść między tymi dużymi, które chyba jeszcze są poza naszym zasięgiem, i zupełnie małymi, do których zwracać się nam nie opłaca, bo sami możemy wydać sobie płytę równie skutecznie, a mniejszym kosztem.

K.J.: Mieliśmy już pewne doświadczenia przy wydawaniu płyty Die Flöte, dzięki którym wiedzieliśmy, jak odpowiednio wydać nasz album.

A.M.: A wracając do tematu walki – nagrywanie płyty na pewno nią dla mnie jest. Nie jestem profesjonalistą, proces produkcji jest dla mnie totalnie wykańczający, a efekty są zawsze poniżej własnych oczekiwań. Może mam zbyt wysokie ambicje?

K.J.: Olek bardzo się wciąga w to, co robi. Wraz z resztą zespołu nie zauważamy tych niuansów. Wydaje nam się, że wszystko brzmi fajnie i nie mamy tak krytycznego podejścia w tej kwestii.

A.M.: Dla mnie produkcja to zmagania z samym sobą. Muszę się uczyć akceptować to, co zrobiłem. Wiem, że kilka miesięcy później zrobiłbym to lepiej, bo miałbym większe doświadczenie. Nie ma więc perspektywy na to, że ta walka się skończy.

Ciągła walka – brzmi trochę strasznie. Ale czy zdarza Wam się czasem zdjąć zbroję? Kim są Rycerzyki, kiedy nie są Rycerzykami? Kim byli, zanim zostali na Rycerzyków pasowani?

A.M.: Spotkaliśmy się wszyscy w tym samym miejscu i tym samym czasie. Myślę, że poznaliśmy się dlatego, że każdy z nas był już trochę Rycerzykiem. Dzielimy ze sobą pewne cechy charakteru, które sprawiły, że zaczęliśmy się ze sobą przyjaźnić i wspólnie tworzyć muzykę. Wszystkich nas charakteryzuje pewna beztroska oraz lekkie nieprzystosowanie społeczne. Jednocześnie mamy przyjazny stosunek do rzeczywistości i bardzo lubimy przebywać wśród ludzi.

K.J.: Nie planowaliśmy takiego składu, nie szukaliśmy nikogo z ogłoszeń. Wszystko wyszło bardzo spontanicznie. Zaczęło się 3 lata temu, najpierw ja z Gosią robiliśmy jakieś szkice i próby we dwójkę. Nagle wiele osób zajawiło się tym, co robimy. Mój kolega Michał przyszedł na próbę z nami pograć, potem dołączył Maciek…

A.M.: A ja powiedziałem Karolowi, żeby wziął mnie na bas i on powiedział „okej”.

I nagle zrobiła się was szóstka. Jesteście trochę nie z tego świata. Nie dość, że Wasza muzyka jest iście baśniowa, to w czasach, w których w popie dominuje układ beatmaker + wokalistka, gracie w tak dużym składzie. Jak to wychodzi przy zderzeniu z rzeczywistością?

A.M.: Granie w dużym gronie osób wymaga ogromnej precyzji i skupienia.

K.J.: I dobrego osłuchania.

A.M.: Musimy uważać, żeby nasze numery nie były przepchane aranżacyjnie, bo nie będzie słychać wokalu. Od jakiegoś czasu staramy się „odchudzać” aranżacje, po to, żeby nasza muzyka stawała się bardziej wyrazista i przystępna. Ciągłe uczenie się grania ze sobą też jest jakąś walką, którą toczymy.

Nie jestem muzykologiem, myślę raczej wizualnymi metaforami. Ta gęstość aranżacji kojarzy mi się z wchodzeniem w gąszcz zaczarowanego lasu czy dzikiego ogrodu. Przedzieranie się przez niego może nie jest najłatwiejsze, ale za to bardzo przyjemne.

K.J.: Bardzo fajne spostrzeżenie. Jest tu sporo takich kolorowych warstw, w które można dać się wciągnąć jak w jakiś las.

A.M.: Chcemy, żeby ta muzyka taka była. Być może sprawia nam problemy aranżacyjno-wykonawcze i zmusza do ciągłego redefiniowania tej „gęstwiny”, ale nie chodzi o to, że chcemy wszystko upraszczać. Chcemy po prostu, żeby to było możliwie najprzyjemniesze i zachęcające do dalszego słuchania.

 Karol Jadach (fot. Natalia Kaniak)

Karol Jadach (fot. Natalia Kaniak)

Chętnie posłuchałbym więcej waszej muzyki. Jakie macie plany na najbliższą przyszłość?

K.J.: Od czasu naszego ostatniego koncertu ciągle jesteśmy w rozjazdach. Każdy miał wiele własnych spraw na głowie. Teraz wreszcie się spotykamy i w przyszłym tygodniu mamy rozmawiać o przyszłości.

A.M.: Do tej pory myśleliśmy o tym, żeby skończyć płytę – to był nasz cel. Teraz musimy zastanowić się nad tym, co dalej. Prawdopodobnie zrobimy teledysk, może nawet dwa. Myślimy też nad trasą koncertową na wiosnę oraz nad nowym materiałem. Następny album chcemy zrealizować trochę innymi metodami – więcej „klasycznego” nagrywania, mniej zamulania przy komputerze. Ale to i tak wyjdzie w praniu.

Rozmawiał: Paweł Świerczek

Korekta: Klaudia Kępska, Krzysztof Chmielewski