Wyprztykać się ze swoich swojaczków – rozmowa z Mikołajem Karczewskim

O tańcu, potrzebie nieustannego rozwoju, uczeniu się i nauczaniu innych opowiada Mikołaj Karczewski – tancerz i aktor.

Mikołaj Karczewski 2

Hanna Kostrzewska: Jesteś aktorem, tancerzem, choreografem. Uczysz tańca współczesnego na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu, grasz w duńskim teatrze tańca, z którego produkcjami podróżujesz po całym świecie. Jak to wszystko się zaczęło? Gdzie jest początek Twojego zainteresowania teatrem i tańcem?

Mikołaj Karczewski: Na samym początku był teatr, ale amatorski. Jako nastolatek trafiłem do kółka teatralnego – Integracyjnej Grupy Teatralnej Pomost z Orzesza. Z czasem grupa zaczęła coraz prężniej działać. Wiedziałem, że ze względu na wadę wymowy nie mam szans, aby dostać się do szkoły teatralnej. Udało mi się jednak wygrać konkurs recytatorski, co pozwoliło mi wziąć udział w egzaminach wstępnych do krakowskiej PWST. W czasie egzaminów potwierdziły się moje wcześniejsze przypuszczenia, że wada wymowy będzie przeszkodą do studiowania aktorstwa i pracy w zawodowym teatrze. Zaakceptowałem to i zacząłem studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Śląskim.

Po pewnym czasie znajomy powiedział mi o naborze na kierunku aktor teatru tańca, ale byłem przekonany, że się do tego nie nadaję. Wydawało mi się, że to kierunek dla absolwentów szkół baletowych i że nie mam szans, żeby się dostać. W końcu, za namową znajomego, wysłałem papiery i otrzymałem tylko zaproszenie na egzamin wstępny.

Dostałem się na studia i wtedy zaczęła się moja historia z tańcem współczesnym. Studiowałem, ale już po pierwszym roku zacząłem także angażować się w różne działania taneczne poza studiami – dzięki zaproszeniom i poleceniom mogłem doskonalić warsztat. Na czwartym i piątym roku studiów brałem udział w czterech spektaklach. Studia skończyłem w 2012 roku i wtedy pojechałem na pierwszą profesjonalną, zawodową audycję w Pradze. Udało mi się na nią dostać, a dzięki udziale w tej audycji dostałem się do duńskiego teatru tańca Granhøj Dans. I tak to się toczy nieprzerwanie od czasu studiów. Teraz, ze względu na mój kontrakt z duńskim teatrem w Polsce działam bardziej projektowo.

"Położnice szpitala św. Zofii", fot./ A. Wacławek

„Położnice szpitala św. Zofii”, fot./ A. Wacławek

Początki twojej teatralnej przygody to rodzinne Orzesze i Integracyjna Grupa Teatralna Pomost. Jak wspominasz pracę nad spektaklami w tak specyficznej grupie, składającej się m.in. z osób o różnym stopniu niepełnosprawności? Czy było trudno?

Była to trudna praca – graliśmy wspólnie z osobami niepełnosprawnymi umysłowo, fizycznie i na początku to był eksperyment. Iwona Woźniak, założycielka POMOSTU miała początkowo grupę teatralną, kółko teatralne, a osobno prowadziła zajęcia arteterapeutyczne dla niepełnosprawnych. W pewnym momencie wpadła na pomysł, żeby te grupy połączyć w jednym spektaklu pod tytułem „Wystarczy być”. To było trudne przedsięwzięcie. Szalone życie nastolatków zostało zderzone z szarym i monotonnym życiem osób niepełnosprawnych, mieszkających w domu opieki społecznej. Ten spektakl wymagał od nas – początkujących aktorów – zmiany podejścia, dużej cierpliwości, wrażliwości, skupienia na partnerze. Osoby niepełnosprawne mają tę wyjątkową cechę bycia swobodnym, nieskrępowanym, ale też nieprzewidywalnym. Na scenie również podążali za swoimi emocjami bez żadnej tremy, a my musieliśmy w jakiś sposób dorównywać im w tej swobodzie. Nieprzewidywalność i utrudniony kontakt czasem utrudniał pracę, ale był to niesamowity czas, kiedy ludzie spotykali się i dzielili swoim zaangażowaniem i talentem. Nie chodziło o pieniądze i sławę, a bardziej o własny rozwój.

Przez lata byłem związany z POMOSTem i wracałem do tej grupy nawet w czasie studiów – żeby poprowadzić zajęcia dla kolejnych członków grupy. Niesamowite jest to, że w małym Orzeszu – mieścinie, o której myślałem że to koniec świata – powstała taka grupa, wciąż istnieje i cały czas się rozwija. Ja sam dzięki niej niesamowicie dużo się nauczyłem, razem jeździliśmy na różnego rodzaju festiwale i dzięki w tej grupie zaczęła się moja teatralna pasja.

Mikołaj Karczewski

Studiowałeś zarówno w krakowskiej PWST, jak i w jej bytomskim Wydziale. Wówczas dopiero powstawał Wydział Teatru Tańca. Jak wspominasz te lata?

To był świetny czas. Początkowo Wydział Teatru Tańca miał powstać w Bytomiu, ale ze względu na problemy z budynkiem uczelni zostaliśmy przeniesieni na rok do Krakowa. Nie istniał wtedy w Krakowie osobny wydział, więc stworzono dla nas specjalizację na Wydziale Aktorskim. Ten rok w Krakowie uważam za bardzo fajne doświadczenie, mogliśmy obserwować studia na Wydziale Aktorskim. Byliśmy pierwszym rokiem, więc był to też czas pytań i niewiadomych – np. co znaczy „Aktor Teatru Tańca” i czy jest nam bliżej do teatru czy do tańca. Część moich znajomych z roku czuła się bardziej aktorami i brakowało im przedmiotów teatralnych, część z kolei narzekała na brak wystarczającej ilości zajęć tanecznych. Właściwie przez cały okres studiów te obozy się ścierały, a nasi profesorowe dopiero wypracowywali model i intuicyjnie tworzyli specyfikę Wydziału Teatru Tańca. Teraz, kiedy wróciłem na uczelnię – już jako prowadzący zajęcia – zauważyłem, jak wiele się zmieniło. Zarówno w podejściu, jak i w rozumieniu czym Wydział ma być.

Kiedy wspominam lata studiów myślę, że najbardziej ukształtowały mnie osoby, od których mogłem się uczyć. Myślę, że spotkanie tych osób, moich autorytetów, najwięcej mi dało. Jeśli chodzi o technikę to kluczowymi postaciami są dla mnie Sylwia Hefczyńska-Lewandowska i Janusz Skubaczkowski. Oni prowadzili mnie przez cztery lata i od nich nauczyłem się najwięcej. Nad całym Wydziałem czuwał Jacek Łumiński i jego myśleniem poniekąd pewnie nasiąknąłem. Jeśli chodzi o przedmioty aktorskie to moim mistrzem jest Jan Peszek. W tym roku miałem okazję asystować przy prowadzonych przez niego zajęciach aktorskich, co nie było wcale łatwe.

fot./ P. Brodziński

fot./ P. Brodziński

Od kilku lat współpracujesz ze swoją macierzystą uczelnią jako wykładowca. Dobrze się czujesz jako nauczyciel, stojąc po drugiej stronie?

Kiedy skończyłem studia na Wydziale Teatru Tańca jedna z prowadzących zajęcia doznała kontuzji. Wtedy zaproponowano mi zastępstwo. Na szczęście Sylwia (pierwotnie prowadząca zajęcia) przygotowała mnie pod względem merytorycznym i metodycznym i czuwała nad zajęciami, dając mi na bieżąco wskazówki. Dla mnie moment przejścia na drugą stronę był trudny, bo prowadziłem zajęcia dla studentów trzeciego czy czwartego roku, których dobrze znałem. Musieli się wykazać dojrzałością, żeby traktować mnie ma sali już nie jako kolegę, a jako nauczyciela. Uczelnia obserwując moją pracę po czasie zaproponowała mi kontynuację współpracy. Dla mnie praca nauczyciela wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, ale też ogromną świadomością, jaką trzeba mieć. Kiedyś znajoma powiedziała, że „bycie nauczycielem uczy więcej, niż bycie studentem” i mam wrażanie, że to prawda. Tworzenie kombinacji ruchów i uczenie ich sprawia, że nad każdym elementem muszę się zastanowić, by móc wytłumaczyć go innym. Poza tym praca ze studentami to też konieczność walki z popadaniem w szablon i powtarzaniem tych samych układów. Jako nauczyciel staram się cały czas szukać nowych podejść do tematu, nowych sposobów pracy z ciałem.

Wyzwaniem jest dla mnie ocenianie studentów. Już sama liczba osób uczestniczących w zajęciach sprawia, że czasem trudno jest natychmiast wychwycić błędy czy braki. Często chwalę studentów i bywa, że zawyżam oceny, aby motywować ich pozytywnie. Myślę, że muszę jeszcze nauczyć się rozmawiania ze studentami tak, aby mówienie o błędach czy brakach było elementem rozwijającym.

"Rite of Spring -Extended" Granhøj Dans na festiwalu Zawirowania

„Rite of Spring -Extended” Granhøj Dans na festiwalu Zawirowania

Jako aktor współpracowałeś ze znanymi polskimi reżyserami – m.in. Magdaleną Piekorz, Jackiem Łumińskim, Moniką Strzępką, grałeś na scenach Teatru Polskiego w Bielsku Białej, w Teatrze Łaźnia Nowa, w Chorzowskim Teatrze Rozrywki. Które z Twoich scenicznych doświadczeń miały dla Ciebie największe znaczenie?

Tak się złożyło, że każdy spektakl, w którym brałem udział, był kolejnym etapem na ścieżce mojego rozwoju i uzyskiwania większej świadomości ciała i ruchu. Jeszcze na studiach zacząłem współpracę z Cezarym Tomaszewskim, w ramach solo „Liebeslieder Walzer” na podstawie muzyki Brahmsa. Jego podejście do teatru jest bardziej performatywno-konceptualne i działa na granicy opery i teatru. To właśnie Cezary Tomaszewski pokazał mi myślenie o teatrze i realizacjach scenicznych na zasadzie nakładania ekwiwalentów działań na swoją osobę, prezentowania tematu, a nie chowania się za nakładaną na siebie postacią. Pierwszym repertuarowym, zawodowym spektakl, w którym wziąłem udział był „Hotel Nowy Świat” w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, do udziału w którym zaprosił mnie Kuba Lewandowski, choreograf. To było pierwsze zderzenie się z teatrem repertuarowym i z pracą z reżyserem – Magdą Piekorz, która ma bardzo filmowe podejście do teatru. Dbała ona o to, aby na scenie zawsze być w zgodzie z tematem, w odniesieniu do innych osób, aby jako postać budować i tworzyć historię. Spektakl był o tyle trudny, że nie było w nim słów, więc wszystko trzeba było opowiedzieć gestem i ruchem.

Później brałem udział w spektaklu „Położnice szpitala św. Zofii” w reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze Rozrywki i to była walka. Monika zaproponowała mi rolę; bardzo zwraca ona uwagę na melodię zdań i akcenty, przez co próby czytane trwały długo, podobnie jak ustalanie brzmienia zdań, by wyrazić i zaakcentować odpowiedni sens.

Jej myślenie i sposób pracy pozwoliły lepiej zrozumieć znaczenie i siłę przekazu postaci, a oprócz tego ułatwiały znalezienie się na scenie, bo w kwestii ekspresji scenicznej pozostawiała wiele swobody. Jednocześnie z „Położnicami…” przygotowywałam się do roli najdziwniejszej postaci, jaką przyszło mi odegrać, czyli Ślimaka Ninji w spektaklu „Wejście Smoka. Trailer” w reżyserii Bartosza Szydłowskiego według tekstu Mateusza Pakuły w Łaźni Nowej w Krakowie. Tam reżyser dawał nam totalną swobodę i liczyło się to, jak my rozumiemy nasze postaci. Przygotowanie spektaklu łączyło się z rozmowami, poszukiwaniem znaczeń, zadawaniem pytań i szukaniem na nie odpowiedzi. Później moja postać zmieniała się także w czasie spektakli – kiedy reżyser dawał sugestie, co można podciągnąć, co może zadziałać.

Moim mistrzem jest postać Jana Peszka, który uczył mnie jako studenta, ale którego miałem okazję obserwować także w trakcie jego pracy jako aktora (właśnie w spektaklu „Wejście Smoka. Trailer”). Poza tym razem z Janem Peszkiem i Cezarym Tomaszewskim pracowałem przy okazji mojego spektaklu dyplomowego „Hamlet”.

W ostatnich latach współpracowałem z duńskim choreografem Palle Granhøj. On nie uczy kombinacji, tylko bardzo mocno „grzebie” w tym, z kim pracuje. Czasem zadaje temat, wychodzi i po godzinie wraca, aby zobaczyć, co każdy z członków zespołu stworzył na bazie zadanego tematu. Wtedy zaczyna się jego praca – zderzanie, konfrontowanie, dekonstruowanie tego, co wypracowali poszczególni aktorzy. Pracuje metodą „obstruction technique”, która odziera tancerzy z ich przyzwyczajeń, ale też z ruchów, które wydają się atrakcyjne, działające na publiczność. Palle w działaniach scenicznych wpuszcza osoby, które nazywam przeszkadzajkami – one prowokują dekonstrukcję. Wszystko po to, by w aktorach-tancerzach zobaczyć „human beings”, a nie maszyny. Proces twórczy jest bardzo specyficzny – tancerze przygotowują propozycje, ruchy, które zostają poddawane dekonstrukcji, niszczone. W tancerzach rośnie frustracja, budzi się agresja, ale z drugiej strony odarcie tej wypracowanej powłoki pozwala odkryć coś nowego. Ten rodzaj techniki pracy niezwykle stymuluje rozwój. Myślę, że gdyby nie kontakt z Granhøj Dans, nigdy nie zdecydowałbym się na uczenie, ponieważ dzięki tej pracy nauczyłem się, jak wiele można wyciągnąć z tancerza w czasie budowania materiału ruchowego i teatralnego. Przy pierwszej duńskiej produkcji, w której brałem udział, przez dwa miesiące praca wyglądała podobnie – Palle zadawał temat i wychodził. Już w ciągu pierwszego tygodnia każdy „wyprztykał się ze swoich swojaczków” i właściwie wtedy zaczynała się zasadnicza praca.

W kolejnym spektaklu z Granhøj Dans przyszło mi pokonać następną barierę, którą była nagość na scenie. W wyniku procesu twórczego, rozmów, wyjaśniania odkryłem czym ta nagość na scenie – dla mnie jako aktora – może być. Był to kolejny element w budowaniu świadomości.

I tak jakoś udaje się pokonywać kolejne szczeble w mojej karierze. Choć muszę powiedzieć, że był moment w mojej pracy wolnego strzelca, kiedy odpadło kilka projektów i przez cztery miesiące zostałem bez stałej pracy, czekając na kolejne realizacje. To było na prawdę okropne, bo zdążyłem się już przyzwyczaić do ciągłości pracy scenicznej. Ten czas uświadomił mi, jak kruche jest moje  zawodowe życie i jak praca tancerza jest niewdzięczna. Poczułem, jak moje ciało się starzeje i że jako 31 latek już nie zrobię pewnych rzeczy. Te kilka miesięcy sprowadziło mnie na ziemię i uświadomiło mi, że wszystko, co mi się udaje, może się za chwilę skończyć.

fot./ P. Brodziński

fot./ P. Brodziński

Obecnie grasz w duńskim teatrze Granhøj Dans. Opowiedz o tym więcej.

Założycielem duńskiego teatru tańca Granhøj Dans jest Palle Granhøj, o którego metodzie pracy opowiadałem wcześniej. Już od 25 lat Palle pracuje z wykorzystaniem „obstruction technique”. Zaprasza do projektu tancerzy, zadaje temat, pozwala uczestnikom na dowolne interpretacje – budowanie frazy tanecznej, scen, co tylko przychodzi im do głowy. Po czasie Palle zaczyna pracę, zderza aktorów, przeszkadza im, wydobywając nową wartość. Każda z prób jest nagrywana, a na podstawie nagrań wyłaniane są sceny składające się na finalny spektakl. Ta metoda niesamowicie wiąże tancerzy ze spektaklem, bo widzą w nim swoje pomysły i materiały.

Poza tym Palle niezwykle precyzyjnie dobiera aktorów. W spektaklach, w których gram – „Men & Mahler” oraz „Rite of Spring – Extended” – zespół tworzą osoby o zupełnie innym doświadczeniu, nawykach, inaczej się poruszające. W czasie prób zderzamy się z osobami o zupełnie innym systemie ruchowym czy myśleniu i to jest niezwykle rozwijające, ale też uczy pokory. W zespole jest duża rozpiętość wiekowa – najmłodszy tancerz ma 24 lata, najstarszy 54. Tańcząc razem musimy powściągnąć swoje ambicje, dostosować frazy do możliwości każdego członka grupy i nauczyć się tworzyć razem. Ta praca jest niezwykle wbogacająca.

Granhøj Dans bardzo dużo podróżuje i często występujemy za granicą. Praca w tej grupie uświadomiła mi znaczenie roli menedżera, który wykonuje ogromną pracę. W Danii działa tzw. „seminarium teatralne” (Teaterseminar), które odbywa się każdego roku i każdy teatr może zaprezentować tam swoje produkcje. Do oglądania tych przedstawień zapraszani są menedżerowie i dyrektorzy teatrów z różnych krajów. Oglądają oni spektakle, aby kupić najbardziej interesujące i pokazać je u siebie. Spotkanie służy więc temu, żeby stworzyć repertuar swojej instytucji.

Właśnie dzięki takiemu podejściu my, jako Granhøj Dans mieliśmy okazję zjeździć właściwie całą Danię, występować w Ameryce Południowej, Izraelu, Chinach, Korei i w Europie m.in. na Węgrzech, w Hiszpanii, na Cyprze, w Niemczech, Polsce, na Litwie.

"Położnice szpitala św. Zofii", fot./ A. Wacławek

„Położnice szpitala św. Zofii”, fot./ A. Wacławek

Jak gra się w Danii i na świecie? Na pewno w różnych miejscach Wasze spektakle odbierane są zupełnie inaczej.

Jeśli chodzi o reakcje publiczności do rzeczywiście są zupełnie inne. Ameryka Południowa to żywioł i niesamowite emocje. W Urugwaju graliśmy w wiosce pod Montevideo. Przyszły tam całe rodziny, z dziećmi, kobiety z niemowlakami na rękach. Reakcje były bardzo żywiołowe – w czasie spektaklu publiczność komentowała, biła brawo, ale też jadła i rozmawiała ze sobą. Później w podziękowaniu  dostaliśmy m.in. słoiki marmolady. W Santiago de Chile graliśmy na terenie plantacji wina i wśród publiczności byli uczniowie szkoły tanecznej. Czekali na nas godzinę, aby zrobić sobie z nami zdjęcia – tam czuliśmy się tak, jakbyśmy mieli swoich groupies. To było bardzo, bardzo miłe.

W Korei i Chinach publiczność bije brawo dopóki aktorzy są widoczni. W momencie kiedy schodziliśmy ze sceny – brawa milkły.

Nawet w samej Europie odbiór spektakli się różni. Znaczenie ma to, w jakim teatrze gramy – czy w wielkich, znanych instytucjach, w których pojawia się publika przygotowana czy w małych miejscowościach, gdzie ludzie reagują żywo i spontanicznie.

W Polsce teatr tańca nie jest tak popularny, dlatego np. na festiwalach publiczność często stanowią tancerze a odbiór nie jest tak swobodny. W Danii teatr tańca ma mocną pozycję, reakcje są więc bardziej naturalne, a publiczność to zwykli ludzie.

Powiedz: jakie są Twoje zawodowe plany na najbliższy czas?

Jesień to tournée po Dani z Granhøj Dans i spektaklem „Rite of Spring – Extended”. Ja sam wracam do Polski, aby uczyć, co trochę mnie stresuje – muszę przygotować całą ścieżkę rozwoju dla studentów. Planuję w końcu zrobić coś swojego, przed czym wcześniej się broniłem, bo myślałem, że nie mam możliwości i nie mam tematu. Powoli dojrzewa we mnie chęć podjęcia próby, żeby od początku do końca stworzyć coś własnego. Poza tym – szara rzeczywistość tego zawodu czyli audycje, audycje, audycje. Zbieram siły i odwagę, aby wysłać CV do mojego wymarzonego teatru, ale o tym nie mówmy, żeby nie zapeszać. Takie są moje marzenia, ale tak naprawdę nie mam pojęcia, co się będzie działo od połowy 2016 roku. Ważne, żeby działo się cokolwiek.

rozmawiała: Hanna Kostrzewska


Mikołaj Karczewski – tancerz, aktor. Absolwent PWST im. L.Solskiego w Krakowie, Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu. Warsztatu tanecznego uczył się pod okiem m.in.: Jacka Łumińskiego, Joe Altera, Sylwii Hefczyńskiej-Lewandowskiej, Janusza Skubaczkowskiego, Iwony Olszowskiej czy Barbary Sier-Janik. Naukę aktorstwa pobierał od: Jana Peszka, Jerzego Stuhra, Jerzego Święcha, Tomasza Bradeckiego, Grzegorza Mielczarka. Najważniejsze produkcje teatralne i taneczne, w których brał udział to m.in. solo „Liebeslieder Walzer” w reż. Cezarego Tomaszewskiego, zaprezentowane na festiwalu IMAGETANZ 2009 w Wiedniu; rekonstrukcja spektaklu „WK70” w chor. Jacka Łumińskiego (2010); „Hotel Nowy Świat” w reż. Magdaleny Piekorz (Teatr Polski; Bielsko-Biała, 2010); „Wejście Smoka. Trailer” w reż. Bartosza Szydłowskiego (Teatr Łaźnia Nowa; Kraków, 2011), „Położnice Szpitala św. Zofii” w reż. Moniki Strzępki (Teatr Rozrywki; Chorzów, 2011).

Od 2012 r. jest tancerzem duńskiego teatru tańca Granhøj Dans, w którym gra w produkcjach: „Men & Mahler” (chor. Palle Granhøj) oraz „Rite of Spring – Extended” chor. P. Granhøj (Granhøj Dans Company, Aarhus 2013). Współpracuje także z PWST im. L. Solskiego w Krakowie jako wykładowca tańca współczesnego na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu.