Sierpniowe korelacje

Wciąż jeszcze mamy sierpień, a skoro sierpień, to wiadomo, że na czasie jest temat powstania warszawskiego, i o tym też traktuje książka Anny Herbich „Dziewczyny z Powstania”. A skoro przed nami ostatnie dni wakacji, to trochę nudno czytać tylko jedną pozycję, dołożę więc drugą: „Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka.

dziewczyny-z-powstania-b-iext24955878Obie pozycje są świeże i młode, słowem – warto się z nimi pokazać na mieście. A czy warto zabrać je do domu?

W „Dziewczynach…” znajdziecie obraz wojny oczami młodych dziewcząt, które wybierały się na powstanie w najładniejszych sukienkach i cienkich sweterkach, bo przecież miało trwać góra tydzień, miało być tylko formalnością, a nie powolnym wykrwawianiem się przez 63 dni. Będą kochać, tracić ukochanych, głodować, ocierać się o śmierć, a zaraz później wychodzić za mąż. Będą żyć, na przekór.

W „Ślepnąc…” zapakujecie się do zgrabnego auta razem z młodymSlepnac-od-swiatel dealerem. Nie byle jakim dealerem, bo takim, który obsługuje śmietankę towarzyską „stolycy”, jest dyskretny, inteligentny i nie bierze. Razem z nim zwiedzicie najsławniejsze kluby, wypełnione (oczywiście) tylko idealnie pięknymi kobietami, które biorą, interesującymi mężczyznami, którzy biorą, a na koniec liźniecie trochę mafijnych porachunków między ludźmi, którzy biorą, bo bierze całe miasto.

Pozornie niezwiązane ze sobą; dla niektórych porównanie to będzie co najmniej niesmaczne, no bo jak opowieści o młodych powstańcach walczących wśród gruzów Warszawy porównywać z bezmózgą młodzieżą XXI wieku, która walczy o sławę i nieprzerwany dostęp do białego pyłu?

Warszawa.

To ona łączy obie te książki, to ona jest poboczną, milczącą bohaterką każdej strony, a kontrast między obrazami, które się z tych stron wyłaniają, jest mocny i ostry.

Z jednej strony – bohaterskie miasto-pobojowisko, cmentarzysko pogrzebanych nadziei o wolności, zasłane szrapnelami, pociskami i szczątkami ludzkimi, duszne od pyłu powalonych budynków. Ten obraz pachnie śmiercią, ogniem i bólem, smakuje żelazem krwi wylanej tak hojnie i bezmyślnie. Tutaj wszystko jest „bardziej”: bardziej się kocha, bardziej się cieszy i bardziej cierpi. Nie ma szarości ani półśrodków.

Z drugiej strony – nowobogacka Warszawka postawiona na grobach, pełna kłamstwa, fałszu, obłudy i moralnego zepsucia. W ciągu dnia jest milczącym świadkiem szalonego wyścigu szczurów, nocą pochłania te nic nieznaczące istnienia i wymiotuje nimi w jeszcze gorszym wydaniu. Nie umiem oprzeć się wrażeniu, że cuchnie tu dworcową toaletą, ulokowaną, o dziwo, w ekskluzywnym klubie w centrum; a w ustach pozostaje smak alkoholu.

fot. Lukas Varhol, CC BY-SA 3.0

fot. Lukas Varhol, CC BY-SA 3.0

Język Żulczyka jest plastyczny, surowy i wyzbyty emocji, przez co uderza jeszcze bardziej, przeraża tym bardziej, że dotyczy naszych czasów, będących bezpośrednim skutkiem decyzji sprzed lat. Z kolei narracja Herbich to wspomnienia tak bolesne, że wciąż żywe i świeże (tak świeże, że płakałam przez 80% książki).

Jest taka scena w filmie „Miasto 44” Komasy, kiedy to dwójka głównych bohaterów ucieka z centrum i obserwuje płonącą Warszawę, umierającą, walącą się w gruzy. Obraz powoli się oddala, a na zgliszczach w ekspresowym tempie pojawiają się wieżowce, oświetlenie uliczne, auta. Jest wieczór, a stolica płonie światłem. Cywilizowana stolica, w której niecywilizowani bohaterowie Żulczyka ocierają sobie nosy z kokainy, żeby poczuć, że żyją. Godzinę „W” pewnie prześpią na kacu.

fot. Adrian Grycuk, CC BY-SA 3.0 pl

fot. Adrian Grycuk, CC BY-SA 3.0 pl

Obie książki warto zabrać ze sobą do domu, a decyzję, która z nich zostanie do rana – pozostawiam Wam.