Płyta niemodna i nieradiowa – wywiad z Zimową

Proponuję, żeby sami wybrali miejsce, w którym będą czuli się dobrze. Aneta Maciaszczyk i Michał Mentel z zespołu Zimowa wybierają Dobrą Karmę. Docieram spóźniona po przygodach z komunikacją publiczną. Na stole leży ostatni kawałek pizzy i stoją dwie lemoniady. Zamawiam świeży sok jabłkowy. Mówię im, że jestem tu po raz pierwszy. Aneta się dziwi, chwali miejsce. Mówi, że nawet muzyka jest tu dobra. Potem wyjaśniają, co to dla nich znaczy. Michał wymienia Jamiego Woona i My Bloody Valentine, Aneta – Radiohead i Yo La Tengo, a potem dodaje,  że ostatnio słucha polskiego hip-hopu (śmiejąc się, że po tym wyznaniu Michał usunie jej numer z telefonu) – Taco Hemingway, polecam! Moi rozmówcy są na samym początku drogi, właśnie wydali swój pierwszy album „Cover the Fall”. O swojej przyszłości mówią niechętnie, migają się od odpowiedzi na pytania o następny album. Wciąż szukają.

Zimowa (fot. Sara Marondel)

Zimowa (fot. Sara Marondel)

Sara Marondel: Chciałabym stworzyć Wasze osobne portrety. Kim byliście, nim zostaliście Zimową? Skąd się w Waszym życiu wzięła muzyka?

Aneta Maciaszczyk: Swojej mamie zawdzięczam to, że posyłała mnie na różne lekcje. Pierwszy był balet, miałam wtedy pięć czy sześć lat, pamiętam to jak przez mgłę. Kiedy nauczycielka mnie docisnęła, bo nie umiałam zrobić szpagatu, wróciłam z płaczem do domu i powiedziałam, że więcej tam nie pójdę. Tak działo się za każdym razem. Z pianinem było wszystko fajnie – dopóki grałam, co chciałam – ale kiedy mi powiedzieli, żebym nauczyła się nutek, powiedziałam, że nie chcę. Tylko ze śpiewaniem stało się inaczej. Kiedy w szkole śpiewa się na lekcji muzyki i nauczycielka widzi, że coś wychodzi, wysyła cię na konkursy. Dla mnie było to strasznie stresujące. Marzyłam o zespole – żeby nie być taką wokalistką, co stoi na scenie i jest sama. Dałam ogłoszenie, i w gimnazjum założyłam zespół Dash Channel. Dużo się nauczyłam. Marzyłam też, żeby być diwą operową. Prawie mi się udało. Ale prawdziwe śpiewanie zaczęło się chyba przy Zimowej – kiedy Michał mówił, że mam nie śpiewać. To były przyjemne, bardzo otwierające eksperymenty z tym, co głos może.

Michał Mentel: Mnie nigdy rodzice nie posłali do szkoły muzycznej. Zająłem się muzyką, kiedy miałem naście lat. Pierwsze dźwięki składałem na Atari. Nie miałem jeszcze instrumentu, chciałem po prostu tworzyć. I tworzyłem od razu swoje rzeczy – nie chciałem uczyć się na tym, co jest już napisane. Potem obijałem się o różne projekty, grałem w zespołach bluesowych i rockowych, ale nigdy nie było to coś, na czym mnie samemu by zależało. Szukałem długo. Zawsze marzył mi się zespół, ale nie potrafiłem znaleźć muzyków. Chodzi o to, żeby nie walczyć na każdej próbie o każdy dźwięk, tylko grać z ludźmi, z którymi popłynie to własnym nurtem. Przez lata nie trafiłem na takich, a potem w końcu spotkałem Anetę.

A jak już się w końcu spotkaliście – jak przebiegał proces twórczy?

Michał Mentel: Nie wiadomo było, co z tego wyjdzie. Spotykają się dwie osoby, które wcześniej się nie znały. Na początku umówiliśmy się na dwa, trzy utwory – bardzo ostrożnie. Pierwszy kawałek, który powstał od A do Z, to był „Cover the Fall”. Był na tyle dobry, że uznałem: warto w to brnąć i stworzyć cały album.

Aneta Maciaszczyk: Tworzenie tej płyty zaczynało się zawsze od muzyki.

Michał Mentel: Najpierw powstaje demo utworu, nawet nie wszystkie warstwy. Potem są konsultacje z Anetą, i jak już powstanie zarys muzyki…

Aneta Maciaszczyk:  I ten klimat!

Michał Mentel: …wtedy ja robię swoje, Aneta pisze tekst, po czym znów się spotykamy.

Aneta Maciaszczyk: Kilka tekstów, a przynajmniej ich trzon, powstało właściwie na próbie – to był „taki strzał kosmiczny we śnie”, jak śpiewa Natalia Przybysz. Ale kilka tekstów szło jak krew z nosa, bo ja tak mam. Michał ma tak samo z muzyką – musimy się zgadzać w stu procentach z tym, co tworzymy. Nawet jeśli jest to jakaś kreacja, nie do końca moje słowa, to muszę się z tym zgadzać. Podobnie jest potem na koncertach, trochę przeżywam to od nowa. To jest wykańczające, ale uczciwe.

Dlaczego zdecydowaliście się na crowdfunding?

Aneta Maciaszczyk: Wcześniej rozsyłaliśmy album do różnych wydawców. Parę osób się do nas odezwało, ale nic z tego nie wyszło.

Michał Mentel: Ciągle liczyliśmy, że znajdzie się wielka międzynarodowa wytwórnia i zrobi nam kampanię na cały świat, ale nie udało się, i wybraliśmy taką drogę. Nie żałujemy.

Aneta Maciaszczyk: To nie była jakaś mocno przemyślana decyzja. Jeszcze nocą, przed wyjazdem na offsesję, kończyłam ten projekt, komputer mi się zawieszał…

Michał Mentel: Musieliśmy się nauczyć wielu rzeczy. Przyjaciele nam pomagali, ale w zasadzie wszystko robiliśmy sami. Aneta zaprojektowała logo wytwórni.

Aneta Maciaszczyk: Takie rzeczy! Zabawne, że wspominasz o tym logo. Michał, który wydawał nam płytę, ponaglał mnie. Pewnego dnia powiedział: Albo dzisiaj zaprojektujesz to logo, albo puści się tylko z napisem, więc piętnaście minut w Photoshopie i gotowe. Super zabawa.

Michał Mentel: Do Michała zadzwoniłem zupełnie przypadkiem. Powiedział: Ja mam wytwórnię, wydam Wam to. Po koncercie w Łodzi też ktoś się odezwał: Zrobię Wam projekt okładki. Początkowo myśleliśmy, że tylko nagramy płytę, wytłoczymy własnym sumptem i rozdamy pięćdziesiąt sztuk znajomym – ale przypięło się to do nas na dłużej. Nie mam ciśnienia ani jakichś wielkich ambicji, żeby nagrać dziesięć płyt. Na razie jest bardzo dobrze.

Jak sami opisalibyście Waszą płytę?

Michał Mentel: Początkowo miała być znacznie bardziej elektroniczna, ale skończyło się na tym, że użyłem dużej dawki gitar – basowej i elektrycznej.

Aneta Maciaszczyk:  Na pewno jest to płyta konceptualna.

Michał Mentel: Był pomysł na ogólne brzmienie, przestrzenność, wokale, proporcje między elektroniką i graniem gitarowym, nastrój płyty. Było dużo inspiracji shoegaze’em, dream popem, muzyką z lat 90. Z drugiej strony, chciałem, żeby ta płyta zabrzmiała dosyć współcześnie, choć niekoniecznie modnie. Zależało mi, żeby to wyszło naturalnie, bo przedtem miałem taki problem: albo starałem się zrobić coś na tyle skomplikowanego, wyrafinowanego, żeby to zrobiło wrażenie na innym muzyku, albo chciałem, żeby to się podobało zwykłemu śmiertelnikowi. Kiedy zaczynałem pracę nad tą płytą, byłem już na tyle dojrzałym muzykiem,by postanowić: nagram to, jak ja chcę. Wyszła płyta niemodna, smutna i nieradiowa.

Aneta Maciaszczyk: Jednak są ludzie, którzy chcą tego słuchać.

Michał Mentel: Być może gdybym kalkulował, płyta wyszłaby mierna i pospolita i nikt by nie słuchał.

Aneta Maciaszczyk: Ludzi właśnie pociąga, że ktoś idzie po bandzie. Słychać, jeśli płyta jest nagrana w poprzek. W takiej muzyce można się zakochać, to nam imponuje. Nie tylko muzykom. Dla mnie ten album i muzycznie, i tekstowo jest bliski człowiekowi, prawdziwy, krwisty wręcz.

Michał Mentel: Może i mogłoby znaleźć się na nim więcej utworów pogodnych, ale wtedy straciłby na spójności. Lubię płyty, które od początku do końca są osadzone w jakimś klimacie. Można je puścić, bo jest się w takim a nie innym nastroju.

Aneta Maciaszczyk: Ale ja się dziwię, że ludzie mówią, że nasza płyta jest taka smutna. Dla mnie jedynym naprawdę smutnym utworem jest „Cover the Fall”. Michał nawet wykreślił jedno zdanie z tekstu, bo powiedział, że to już jest przegięcie. Chciałam tą płytą przekazać innym, żeby nie bali się czuć intensywnie, ale też nie bali się nie wiedzieć, co czują. Ta muzyka zmaga się ze sobą wewnętrznie, nie odbieram jej jednoznacznie smutno czy negatywnie.

Zimowa (fot. Sara Marondel)

Zimowa (fot. Sara Marondel)

Jakie były Wasze inspiracje? Do czego płyta wydaje Wam się podobna?

Aneta Maciaszczyk: Jeśli miałabym szukać filmowych porównań, to jest ona jak filmy Michaela Hanekego albo Wesa Andersona. Z niefilmowych porównań – jest jak Katowice nocą, lekko zapadane, w deszczu .

Michał Mentel: Są takie sceny jak trójmiejska czy śląska, które są specyficzne. Nawet śląski hip-hop, blues i elektronika mają jakiś wspólny mianownik, wyróżniają się na tle innych regionów Polski. Skąd to się bierze – nie mam pojęcia.

Aneta Maciaszczyk: Ciężko się oddycha.

Michał Mentel: Jest klimat tego konglomeratu wielu niewielkich miast. Zbiór blokowisk, starych fabryk czy upadłych kopalni. Świadomie jednak nie robiliśmy niczego, żeby brzmieć jak śląski zespół.

Aneta Maciaszczyk: Ale ostatecznie na pewno brzmimy jakoś industrialnie.

Rozmawiała Sara Marondel

Korekta: Karolina Soja