Z poważaniem z Berlina. Odcinek śniadaniowy

Cóż, po prostu nie mogę nie odnieść się do tego, że któryś z Polaków tutaj już wcześniej był, już tutaj jadał. Wszak nie na tym trawniku, ale zawsze – imię i nazwisko słynnej polskiej felietonistki, piszącej „from Berlin with love”, prześladuje mnie zawsze, kiedy zasiadam do laptopa i włączam Word. Boże, byle nie być wtórnym! Nie wpadaj w egzaltację, stop! Śniadania omijaj szerokim łukiem, najlepiej o kebabie pisz. I to na kolację, żeby swojsko było i znajomo.

fot. Robert Milic

fot. Robert Milic

Jak twierdzi moja nowa szefowa, za jedną godzinę pracy tutaj można sobie trzy albo cztery kebaby kupić, bo zdarzają się nawet takie po 2,50 euro. A w Polsce? W Polsce gdzie by sobie pani kupiła kebaba w ciągu dnia jako przekąskę, pani Martyno? U nas, to żeby doner – mówi pieszczotliwie, ze słodyczą w głosie – zjeść, to jest cała ceremonia. Człowiek się stroi i dzwoni po znajomych, a potem nadchodzi Ten Dzień Tygodnia, w którym udajemy się na Spożycie z oszczędnościami całego miesiąca, bo za godzinę pracy w Polsce to możesz sobie kupić waciki, albo nawet nie.

Nie będąc zachłanną, stwierdzam, że cztery kebaby to zbyt wiele. Racją natomiast jest, że nawet wegański hamburger z kotletem z kalafiora kosztuje tyle, że da się jeszcze za resztę zarobku za godzinę kupić dwa lakiery do paznokci. Ja nie kupuję, ale wiem, jak się ceny kształtują.

Jak zatem wolisz, musli czy kebab, zabierasz danie zum mitnehmen ze sobą na kocyk, rozłożony w parku nieopodal, w którym wszyscy handlują narkotykami. Rozsiadasz się wygodnie – bo są na świecie miejsca, gdzie właściciele sprzątają po psach (yes, we can) – z piwkiem w dłoni – bo są na świecie miejsca, gdzie piwo można żłopać w plenerze (czyż to nie raj, przyznajcie sami!?). Po prawej stary punk, po lewej korposzczur w garniturze, a na wprost jakaś wycieczka z Włoch, głośna jak w każdym innym miejscu, gdzie można spotkać wycieczkę z Włoch.

Przyjemnie jest z piwem, przyjemnie z kebabem, wszystko takie niby international, ale ostatecznie bardzo Polish. I dopada cię nagle pogwar polskiej mowy, głos rodaka pieści twe ucho, a to, co słyszysz, to następujące instrukcje: Bo wiesz, musisz patrzeć na te w spódniczkach, najlepiej to w mini, bo jak się schyli taka jedna, to jej całe majtki widać – chyba, że majtek nie ma, to wtedy

Słodkie dźwięki gitary, intonujące znane i lubiane hity Pink Floyd, kradną resztę dialogu oraz informacje na temat postępowania z osobami bez majtek. Widzisz jednak, że butelka z przezroczystym napojem krąży między panami radośnie, i czujesz się jak w domu.

Wtedy Pink Floyd gaśnie, wycisza się jakby – i mimo, że usiłujesz dosłyszeć, cóż z tymi majtkami, pochłania cię inny dźwięk. Mieszanka Gorillaz i Portishead, trip hopowy jednostajny rytm, który wyznacza tempo oddechu ludzi siedzących wkoło. Trzy drzewa dalej na prawo rozłożyła się grupa, składająca się z Afroamerykanina, dwóch białych i Azjaty, którzy manipulują przy całym stosie elektronicznego sprzętu (klawiszach, syntezatorach, dziwacznych touchpadach i innych rzeczach, których nie nazwę). Podwójny bas rozbrzmiewa w powietrzu, melorecytacja rozchodzi się z wiatrem. Nie jesteś na Tauronie, jesteś w parku nieopodal, a to wszystko jest naprawdę za darmo. Chcesz tańczyć? Proszę bardzo, pod sceną – tfu – pod krzakiem zebrał się spory tłum. Fantastycznie prawda? Jeśli wolisz trąbki, przenieś się dwieście metrów dalej, gdzie ktoś próbuje grać cover Armstronga, całkiem niezły swoją drogą. Uważaj tylko, żeby musli nie roztopiło się całkowicie w promieniach lipcowego słońca.

Martyna Poważa

Korekta: Karolina Soja

Martyna Poważa