Sitcom w budowie – „The Last Man on Earth”

Znowu postapokalipsa, ale tym razem nieco inaczej, bo jako sitcom. Kolejny w historii ekranowej rozrywki „ostatni człowiek na ziemi” nie mierzy się z hordami zombiaków. Nie ma też specjalnych problemów z utrzymaniem się przy życiu w świecie spustoszonym przez morderczy wirus. Jedynym jego problemem i źródłem wszelkich utrapień (a dla nas okazji do śmiechu) jest bycie skrajną miernotą.

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

„The Last Man on Earth” emitowany przez stację Fox to efekt współpracy aktora i komika Willa Forte oraz zawsze pracujących w duecie Phila Lorda i Christophera Millera. Popularność i sukcesy tych ostatnich, które zyskali dzięki wykreowaniu takich hitów jak „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”, „21 Jump Street” czy „Lego przygoda”, zdecydowanie przyćmiewają dokonania Willa Forte, kojarzonego głównie z powołaną przez niego do życia postacią MacGrubera i niekomediową rolą w „Nebrasce” Alexandra Payne’a. To on jednak gra tutaj pierwsze skrzypce, a udział Lorda i Millera ogranicza się właściwie do podrzucenia pomysłu na serial i wyreżyserowania pilota. Komik pełni zaś rolę showrunnera nadzorującego produkcję na wszystkich etapach, współpracuje przy pisaniu scenariusza i jednocześnie występuje w tytułowej roli.

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Na najbardziej podstawowym poziomie „The Last Man on Earth” to intertekstualny żart wyśmiewający niezwykle żywotne, zwłaszcza w ostatnim czasie, popkulturowe obsesje. Początkowe sceny, ukazujące samotnego człowieka błąkającego się po opuszczonych metropoliach, w oczywisty sposób parodiują otwierające sekwencje z „The Walking Dead”, aby posłużyć się przykładem najbliższym. Równie uprawnione skojarzenia prowadzą nas chociażby do którejkolwiek adaptacji klasycznej powieści Richarda Mathesona „Jestem legendą”. Warto dodać, że sami twórcy wskazują na „Człowieka Omegę” jako istotny punkt odniesienia. Serial pozbawiony jest jednak elementów grozy, co oddala go od produkcji w rodzaju „Zombieland” albo „Wysypu żywych trupów”, a zbliża do opowieści o problemach życia w absolutnym osamotnieniu, takich jak „Przypadki Robinsona Crusoe” albo bezlitośnie przez twórców przedrzeźniany „Cast Away” z Tomem Hanksem. Z tą różnicą, że główny bohater serialu, Phil Miller, żyje nie „poza” światem, ale „po” świecie. Nieprzypadkowy wydaje się fakt, że pierwszy odcinek wyreżyserowali Lord i Miller, dla których żarty wynikające z nawiązań są niemalże znakiem firmowym. Tego rodzaju humor dominuje jednak w serialu wyłącznie na początku. I dobrze, bo chociaż pilot jest świetny, to pod jego koniec trudno pozbyć się wrażenia, że formuła, nadmiernie wykorzystywana, wyjałowiłaby się bardzo szybko. Ktoś, kto widział filmową adaptację przygód MacGrubera, mógłby pomyśleć, że w takim razie produkcja Fox musi odpłynąć w kierunku szaletowych dowcipów, ale ewolucja „The Last Man on Earth” ma nieco inny charakter (trzeba jednak uczciwie przyznać, że tego rodzaju humoru również tu nie brakuje).

last man on earth materiały prasowe2

fot./ materiały prasowe

Wszystko dostaje nowego kopa, gdy okazuje się, że Phil wcale nie jest na Ziemi sam. Na ekran wprowadzona zostaje, grana przez Kristen Schaal, Carol Pilbasian – jedna z tych kobiet, z którymi główny bohater nie chciałby mieć zapewne do czynienia w normalnych okolicznościach. Humor koncentruje się od tego momentu na tarciach między nimi, a całość przekształca się w bardziej tradycyjny sitcom. Z jedną zasadniczą różnicą: twórcy, zamiast w sposób charakterystyczny dla tego gatunku dążyć do zachowania nienaruszalnej stabilności położenia, w jakim znajdują się postaci, inkorporują nieodłączną cechę wszystkich narracji osadzonych np. w uniwersum wspomnianego wcześniej „The Walking Dead”. Chodzi o konieczność nieustannej adaptacji do nowych okoliczności. W „The Last Man on Earth” bowiem, gdy tylko zaczynamy spodziewać się, że wiemy już wszystko i od tej pory serial zacznie do znudzenia eksploatować wprowadzoną sytuację, pojawia się jakiś fabularny twist. Polega z reguły na tym, że do Tuscon, gdzie rozgrywa się akcja, przybywa kolejny nowy mieszkaniec, a to wywraca dotychczasowe międzyludzkie relacje do góry nogami. Dostajemy dzięki temu coś w rodzaju sitcomu w budowie, nieustannie morfującego i powołującego do życia kolejne, coraz bardziej skomplikowane układy napięć między bohaterami.

last man on earth materiały prasowe4

fot./ materiały prasowe

W centrum wszystkiego jest Phil – postać typowa dla tzw. cringe comedy, odpowiednik takich bohaterów, jak chociażby wykreowany przez Rickiego Gervaisa David Brent z brytyjskiej wersji „The Office” albo Alan Partridge, czyli kultowa już w obrębie gatunku persona Steve’a Coogana. Mamy więc do czynienia ze skrajnym egoistą, mającym zawyżone mniemanie o sobie i absolutny brak wyczucia w kontaktach międzyludzkich, przez co obcowanie z nim wywołuje nieustanne zażenowanie. Oglądanie go na ekranie stanowi w równym stopniu źródło śmiechu, co zgrzytania zębami. Phil dąży wyłącznie do zaspokajania własnych korzyści, a żeby je osiągnąć ciągle knuje, kłamie, manipuluje i wikła się w absurdalne intrygi. Jest jednak przy tym na tyle nieporadny i uroczy, że nie sposób uznać go za bohatera negatywnego, chociaż czasami podpowiadałaby to logika. Fani tego rodzaju humoru z pewnością docenią, chwilami popisową, kreację aktorską Willa Forte.

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

„The Last Man on Earth” nie ma być i nie jest jednym z tych seriali, które pozostają w naszej pamięci na długo po napisach końcowych. Spełnia za to bezbłędnie swoją funkcję dostarczyciela rozrywki (niekoniecznie wyrafinowanej), a przy tym wprowadza nieco innowacji i autorefleksyjności w obręb aż za dobrze znanego widzom gatunku. Na pierwszy sezon składa się trzynaście dwudziestominutowych epizodów, co stanowi dawkę zdolną wypełnić serialowym wyjadaczom zaledwie jedno popołudnie. Ci, których seans pozostawi z uczuciem niedosytu, nie muszą się jednak martwić – już na początku przyszłego roku będziemy mogli oglądać kolejne odcinki najcelniejszego komediowego strzału tej wiosny.

autor tekstu: Mateusz Ledwoń

korekta: Paulina Goncerz