High Five! Ulubione filmy naszych mam

Musimy przyznać, że zawdzięczamy naszym mamom bardzo wiele. Rezygnowały dla nas przez długi czas z ulubionego jedzenia. Przeżyły wiele nieprzespanych nocy. Przewijały, ubierały, czytały nam bajki, znosiły humory. Dlatego to właśnie im, z okazji dzisiejszego święta poświęcamy High Five.

high five_polecane


Wiktoria Ficek odkrywała z mamą rozterki amerykańskich nastolatków z „Beverly Hills 90210”.

wiktoria ficek małeNikogo nie zdziwiłby fakt, że moja mama zamiast spać po nocach ogłada „Grę o Tron”. Od Spartakusa trzeba ją było odciągać siłą rzymskich niewolników, a Wikingów woli bardziej niż chałwę (a uwierzcie, że moja mama kocha chałwę). Krew, przemoc, intrygi, czyli duża dawka emocji, a przecież wszyscy tego poszukujemy w serialach. Nikogo więc nie zdziwiłby ten fakt. Oprócz mnie.

Bo choć minęło już prawie dwadzieścia lat, ja dalej pamiętam mamuś, jaki był Twój ukochany serial w okresie mojego dzieciństwa! W przerwie od zabawy razem przenosiłyśmy się w świat „Beverly Hills 90210”. Do dzisiaj mieszają mi się imiona głównych postaci, chociaż ich rozterki miłosne, problemy dorastania i poplątane życiorysy mama opowiadała mi tryliard razy (zawsze z taką samą fascynacją w oczach). Brandon, Dylan, David. Były jeszcze bliźniaki. Wiem! Jednym z bliźniaków był Dylan… chyba jednak nie pamiętam, bo jak mówi mi Filmweb to był Brandon. Nieważne. Ten amerykański serial opowiadający historię o wkraczaniu w dorosłość był przeplatany urokiem i goryczą, jak to w życiu bywa. Cudownej czołówki rodem z lat 90. nigdy nie zapomnę KLIK!. I chociaż z upływem czasu gusta się zmieniają, moja mama wspomina emisję tego serialu z uśmiechem na twarzy. Ja również.

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Mateusz Sądaj był szczerze zaskoczony wyborem swojej mamy.

mateusz sądaj małeTypowałem kino retro, brytyjskie melodramaty, a w najbardziej śmiałym scenariuszu obstawiłbym współczesne kino francuskie. Tym większe zdziwienie i uznanie wywołała we mnie deklaracja najlepszej mamy na świecie (patrz: mojej), że uwielbia „Edwarda Nożycorękiego” Tima Burtona. Jako że od wielu lat nie mieszkamy razem, nigdy nie widziałem mojej mamy spijającej z ekranu telewizora każdy zachwycający kadr burtonowskiego świata. Może to pastelowe kolory domów, połączone z ich groteskową zawartością, a być może ujmujące żywopłoty sprawiły, że to nie „Amelia” lub „Hydrozagadka” znalazły miejsce w jej sercu. Jestem jednak w stanie sobie bardzo dobrze wyobrazić, jak rozczula się nad losem dobrodusznego Edwarda. Bo czy historia o samotności, wyjątkowości i próbie odnalezienia własnego miejsca w świecie może nie wywoływać melancholijnych emocji, nostalgicznych wspomnień i pełnej wzruszenia przyjemności obcowania z obrazem filmowym? To wszystko składa się na słabość każdego z nas do określonych filmów, gatunków lub artystów. Teraz pozostaje wątpliwość, czy wizyta u fryzjera to dobry, czy zły pomysł na prezent z okazji Dnia Matki.

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Mama Kornelii Musiałowskiej uległa urokowi bollywoodzkiej produkcji.

DAASTAN-E-OM-SHANTI-OOOOOOMMM – słowa w języku Hindi donośnie roznoszą się po naszym mieszkaniu kilka razy dziennie. Dźwięki przewodniej piosenki jednego z najsłynniejszych hitów kina Bollywood ostatnich lat wypełniają, częściej niż często, cztery ściany, w których aktualnie przebywa moja mama Mirosława (KLIK!). Ów właśnie przebój Bollywood (czy raczej quasiupiór-w-operze-aranżacja) od kilku już lat, jest melodią dzwonka jej telefonu. Mama twierdzi, że film „Om Shanti Om” jest jej ulubionym. Zaznaczyć muszę, iż miała z czego wybierać, gdyż dość regularnie jest przymusowym ochotnikiem, który chętnie lub mniej chętnie ogląda ze swoją córką filmy spod znaku masala movies.

Czym „Om Shanti Om” różni się od innych tytułów i dlaczego jest ulubiony? Może fabuła z motywem zemsty w tle, która w przeciwieństwie do innych filmów ma sens, gwiazdor Shah Rukh Khan przystojniejszy niż zawsze, zniewalająca moda z lat młodości mojej mamy (część akcji filmu dzieje się z latach 70.), układy taneczne, w których aktorzy rzeczywiście tańczą, nie jedynie podrygują biodrem w takt muzyki? Można się pośmiać, można się wzruszyć, jest się czym zachwycić. Nie ma czym się znudzić. Idealna recepta na ulubiony film.

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Gaba Bazan i jej mama są miłośniczkami klasyki polskiego kina – „Vabanku”.

Gaba Bazan małeZdarza się, że rozmawiając z naszymi rodzicami zastanawiamy się, jak to możliwe, że coś (w naszym mniemaniu okropnego) im się podoba. Mogę z dumą powiedzieć, że moja mama ma dobry gust filmowy :). Podobnie jak ja, jest wielką miłośniczką klasyki kina. Często wspomina czas, kiedy jako nastolatka spędzała całe dni w kinie, czasem oglądając ten sam seans od rana do wieczora (ps. chcę takie kino!). Z pewnością na jej i mojej topliście znalazłyby się takie pozycje jak „Przeminęło z wiatrem”, „Gigi” lub „Panowie w cylindrach”. W moim domu przede wszystkim jednak ogląda się polskie kino, dlatego nie dziwi mnie fakt, że na pytanie o numer jeden, moja rodzicielka odpowiedziała: „Vabank”.

„Vabank” zawiera w sobie wszystko, co najlepsze. Po pierwsze, genialne dialogi – które każdy podobnie jak my zna na pamięć, no bo przecież „A niech mnie Matka Boska broni! Pod jednym dachem?! Z antychrystem?!”. Po drugie, wspaniała muzyka – wielkie chapeau bas dla Henryka Kuźniaka, trąbki nigdy się nie zestarzeją. Po trzecie, ach Ci aktorzy! Machulski, Pietraszak, Pyrkosz, a to dopiero początek listy. Doborowe towarzystwo bez dwóch zdań. Dodajmy do tego klimat przedwojennej Polski i można się w tym filmie zatracić na dobre. „Vabank” to zdecydowanie synonim „starego, dobrego polskiego filmu”. Oglądając ten film aż wierzyć się nie chce, że jest to debiut reżyserski Juliusza Machulskiego. A jednak!

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Patrycja Mucha za namową mamy wreszcie obejrzała „Uwierz w ducha”.

Patrycja Mucha małeMoja mama od zawsze oglądała wyłącznie dwa rodzaje filmów: obyczajowe lub dramaty (używając nomenklatury rodem z programów telewizyjnych). Zdarzało jej się obejrzeć jakąś komedię, ale zwykle najbardziej ją wzruszały tzw. „filmy o życiu”. Próby wspólnych seansów filmu fantasy („Władca pierścieni”) czy musicalu („Dreamgirls”) spełzły na niczym. Pogodziłam się zatem z faktem, że wybierając film dla mojej mamy muszę godzić się z jej niezmiennym od lat gustem. Muszę jednak przyznać, że jest coś, co nas łączy. To chęć oglądania dzieł, na których można sobie popłakać, wzruszyć się i odczuwać niekłamaną przyjemność. Dlatego moja mama nigdy nie potrafiła zrozumieć jednej rzeczy: jak to ja, filmoznawczyni i pasjonatka kina, nie widziałam „Uwierz w ducha”, jej ukochanego filmu! Tego, co to w nim Whoopi Goldberg tak świetnie zagrała, a Patrick Swayze całował Demi Moore w trakcie lepienia wazonu w rytm „Unchainted Melody”.

Tak, drodzy państwo, moja mama uwielbia ten film i nie mogła przeboleć, że go nigdy nie widziałam. Zatem w ostatnie święta Wielkiej Nocy zasiadłam przed telewizorem i obejrzałam. I smutek był, bo to się do innego hitu, który razem oglądamy każdorazowo, kiedy pojawia się w ramówce Polsatu, nie umywało. Chodzi oczywiście o „Dirty Dancing”. Mimo wszystko jednak kiedy myślę o tym filmie, nie mogę go zupełnie skreślić. Fakt, że tak dobrze oddaje wrażliwość mojej mamy, sprawia, że patrzę na niego łagodniejszym okiem. Oglądając go czułam  po prostu, że w jakiejś mierze mówi mi o niej samej.

uwierz w ducha materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

korekta: Sylwester Ligocki