A Ty, co czytasz w autobusie? – wywiad z Joanną Pawłowską

Jadąc autobusem, widzimy ludzi wpatrzonych w małe jasne ekraniki swoich smartfonów, ludzi rozmawiających przez telefony komórkowe, śpiących na prawym ramieniu. Joanna Pawłowska dostrzegła w komunikacji miejskiej ludzi, którzy czytają książki i postanowiła z nimi porozmawiać o tym, dlaczego akurat sięgnęli po taki, a nie inny tytuł. Proste, acz genialne. Przedstawiamy Wam Joannę Pawłowską – kulturystkę, która nie boi się rozmawiać o literaturze z każdym!

fot./ z archiwum "Bo ma daleko do domu"

fot./ z archiwum „Bo ma daleko do domu”

Marta Rosół: Czy pamięta Pani pierwszą osobę, do której podeszła Pani w komunikacji miejskiej, by zapytać o to, co czyta?

Joanna Pawłowska: Pierwszą osobą, z którą rozmawiałam była dziewczyna czytająca „Nielegalnych” V. Severskiego. To był prezent, który dostała pod choinkę. Nie rozmawiałyśmy zbyt długo i żałuję, że nie dopytałam, czy jej nie przeszkadza dźwiganie takich ciężarów – to kilkusetstronicowa powieść.

Czy ma Pani więcej pytań, których nie zdążyła zadać pasażerom i do teraz żałuje, że tego nie zrobiła?

Zdarzają się takie niezadane pytania, o których pomyślę, jak już wysiądę z autobusu, ale bardziej w pamięci utkwiły mi sytuacje, w których zaciekawiła mnie osoba czytająca książkę, a do niej z jakichś powodów nie podeszłam. Kiedyś jechałam metrem i wsiadł do wagonu bezdomny, z mnóstwem reklamówek, zarośnięty, w podziurawionym płaszczu. Wyciągnął książkę i przez całą drogę czytał. Chciałam zapytać, co to za książka, ale był spory tłum i zrezygnowałam. Teraz myślę: szkoda, że tego nie zrobiłam, bo może miał ciekawą historię, którą chciałby się podzielić.

Jak ludzie reagują na pytania: są chętni, by rozmawiać, czy trzeba mieć odpowiednie podejście, by ludzie zaczęli mówić?

Większość zgadza się na rozmowę i zdjęcie, choć niektórzy nie chcą pokazywać twarzy i chowają się za książką, ale takie zdjęcia też mają swój urok. Podchodzę do kogoś, kiedy nie ma zbyt dużo osób dookoła. Staram się unikać takich rozmów w godzinach szczytu, bo przecież nikt z nas nie chciałby opowiadać o tym, co i dlaczego czyta w obecności kilkudziesięciu osób. Wystarczy już, że ja jestem obca, chociaż takie opowiadanie przychodzi moim rozmówcom łatwiej, niż się tego spodziewałam. Często to uczucie onieśmielenia autobusowo-tramwajową scenerią chyba bardziej towarzyszy mnie niż im!

fot./ z archiwum "Bo ma daleko do domu"

fot./ z archiwum „Bo ma daleko do domu”

Interesują Panią bardziej ludzie czy książki?

Zdecydowanie ludzie – ciekawi mnie, ile ktoś, mówiąc o książce, może powiedzieć o sobie.

A dużo może powiedzieć? Co mówi książka o człowieku?

Może nie sama książka, którą ktoś czyta, ale to, w jaki sposób o niej mówi. Ciekawi mnie, jak ludzie odbierają, relacjonują, jak interpretują to, co ktoś inny napisał. Do tego, jako długodystansowiec w komunikacji miejskiej, lubię czasem wspólnie ponarzekać na trudy podróżowania!

Każdy to lubi, szczególnie w Polsce. A jeśli już narzekamy… czy realizując ten projekt widzi Pani kryzys czytelnictwa, czy wręcz przeciwnie, w komunikacji miejskiej go nie widać?

Patrząc na komunikację miejską w dużych miastach, można odnieść wrażenie, że nie jest tak źle, jak straszą wyniki statystyk, a za nimi nagłówki gazet, ale oczywiście to tylko wycinek tej czytelniczej rzeczywistości. Ludzie sporo czytają tam, gdzie mają do pokonania znaczne odległości. Gorzej jest w mniejszych miastach, np. ostatnio przejechałam się po moim rodzinnym Koszalinie i nie spotkałam nikogo czytającego, więc albo miałam pecha, albo po prostu na tak krótkich odległościach ludziom nie chce się zabierać książek ze sobą.

fot./ z archiwum "Bo ma daleko do domu"

fot./ z archiwum „Bo ma daleko do domu”

A jeśli miałaby Pani blisko do domu, czy książka nadal by towarzyszyła w komunikacji miejskiej? Czy należy tylko na chwile wchodzić w opowiadane historie, czy może książkom należy się większy szacunek i więcej czasu?

Gdybym miała trzy, cztery przystanki do pracy, pewnie nie zabierałabym ze sobą książki, co nie znaczy, że bym w ogóle zrezygnowała z czytania. Byłabym wcześniej w domu i miałabym więcej czasu, więc jakoś to by się pewnie zrównoważyło. Są lektury, które wyjątkowo niechętnie szatkuje się przesiadkami, ale z drugiej strony, nawet jak jesteśmy w pozornie komfortowych warunkach w domu, to w najciekawszym momencie może zadzwonić telefon, który musimy odebrać, sąsiad może włączyć muzykę na cały regulator albo kot zrzuci ze stołu kubek z kawą… Ciekawym spostrzeżeniem na temat tej relacji pomiędzy książką a miejscem jej czytania podzieliła się na mojej stronie czytelniczka „Bezpowrotnie utraconej leworęczności” Pilcha. Dla niej są takie książki, których po prostu nie da się czytać, leżąc na kanapie w domu. Polecam przeczytać!

Skąd pomysł na Bo ma daleko do domu?

Pomysł na „bomadalekododomu” powstał w trakcie jednego z codziennych dojazdów do pracy. Od kilku lat sporo czasu spędzam w autobusach i tramwajach (bo mam daleko do pracy, a potem daleko do domu) i aby nie czuć, że jest to czas zmarnowany – czytam albo podglądam, co czytają inni.

Śledźcie profil „Bo daleko ma do domu” na Facebooku: KLIK!

 marta rosół

korekta: Paulina Goncerz