Nowy Wokulski | „Lalka” w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej

Na scenie 21 osób odzianych w kostiumy z epoki. Jest dokładnie tak, jak w 125-letnim teatrze być powinno: czerwone obicia foteli, złote brokaty masek, kunsztownie wyszywane arrasy i eleganckie cylindry. Kupcy na dorobku zajmują najlepsze loże, podupadająca arystokracja przygląda im się z rozdrażnieniem i żalem, gdzieś z oddali słychać pokrzykiwania biednych studentów, którym pozostało kotłowanie się w rozhisteryzowanym tłumie. W powietrzu miesza się zapach sklepu prowadzonego przez Rzeckiego i stęchlizna tanich, czynszowych kamienic. Rozlega się ostatni dzwonek i wszystko zastyga,  naprzeciwko siebie siedzą dwie widownie. Granice – zarówno pod względem czasowym, jak i fizycznym – zacierają się. Pełen rozmach i złamanie wszystkich schematów.

fot. Teatr Polski w Bielsku-Białej

fot. Teatr Polski w Bielsku-Białej

Bielska scena po raz kolejny sięga po materiał niezwykle odważny i arcytrudny pod względem realizacyjnym. Trudno chyba spośród tekstów polskiej kultury znaleźć bardziej wyeksploatowany, skażony szkolnymi interpretacjami i piętnem obowiązkowości, spowszedniony przez setki tysięcy sklepów „Rzecki” i „Wokulski” rozsianych po wszystkich miastach, miasteczkach i wioskach kraju. „Lalka” skupia w sobie jak w soczewce wszystkie czynniki, które kształtowały przez lata polską tożsamość narodową i kulturową; obejmuje dziesiątki wątków i znakomitych szkiców natury socjologicznej i filozoficznej. Jest owocem walki dwóch sił, które sami chcielibyśmy uważać za fundamenty polskości – racjonalizmu i emocjonalności, inteligencji i uczuciowości. To ta niespodziewana mieszanka pozytywistycznego i romantycznego myślenia sprawia, że dzieło Prusa jest jednocześnie czczone i mylnie interpretowane. Deski teatru nie wybaczają błędu niezrozumienia – widzowie spoglądają na świat oczami reżysera i autora adaptacji i tylko od nich zależy decyzja dotycząca tego, na ile otworzyć interpretacyjne drzwi, co przysłonić, a co wydobyć na pierwszy plan. To oni muszą podjąć się karkołomnego zadania zmieszczenia równie genialnej, co obszernej powieści w wąskich ramach 48 scen.

„Lalka”, zaadaptowana na potrzeby bielskiej sceny przez Artura Pałygę, jest naprawdę „Lalką”. Nie jest wariacją na jej temat, współczesną wizją, ani próbą znalezienia nowego klucza do starego, być może lekko przyrdzewiałego, zamka. Twórca „Wokół słońca gromadzi się popiół” zachował najważniejsze wątki powieści, oczyścił je i doskonale przystosował na potrzeby sceny. Jego opowieść rozgrywa się na kilku równolegle istniejących planach, spojonych narastającymi z każdą sekundą konfliktami. Walczy ze sobą rozum i serce, walczą poszczególne klasy społeczne, różne narodowości, schowana w głębi człowieka zwierzęcość i humanitaryzm, pożądanie i przywiązanie do tradycji i obyczajów. To te konflikty, będące przez tysiąclecia wyznacznikami teatralności, wypełniają przestrzeń pomiędzy dwoma widowniami i dwoma perspektywami czasowymi. To one otwierają przed czytelnikiem możliwość ponownej interpretacji dzieła Prusa. Aneta Groszyńska na nowo rozpoczyna rozmowę na jego temat. Świetnie buduje kolejne sceny, znakomicie odnajduje się w skomplikowanej konstrukcji kultowego tekstu. Nie narzuca widzowi swojej wizji – pozwala mu samodzielnie odnajdywać kolejne znaki zapytania i wielokropki; kwestie, które nadal zaskakują swoją aktualnością.

Wokulski (w tej roli znakomity Kazimierz Czapla) kryje w sobie dwie  rzeczywistości, trwa w zawieszeniu pomiędzy dwoma światami i systemami wartości. Jest nowym człowiekiem w nowym świecie, okalają go metale lżejsze od powietrza, milionowe transakcje, Żydzi wykupujący majątki arystokratów i elity bawiące się na warszawskich salonach. Tylko Rzecki (Jadwiga Grygierczyk) – będący równocześnie metanarratorem i przewodnikiem po skomplikowanym świecie utworu – zna drugą naturę swojego przyjaciela: jego miłość do młodziutkiej i zmanierowanej Izabeli Łęckiej (Oriana Soika), rozczarowanie zastaną rzeczywistością i własnym, pustym i pozbawionym celu, życiem. Akcja wyraźnie zmierza do punktu kulminacyjnego – balu, na którym schowani pod zwierzęcymi maskami bohaterowie zatapiają się w wyuzdanym, rozerotyzowanym tańcu. Niewątpliwie właśnie odsłonięcie tej dzikiej – praktycznie nieobecnej w powieści Prusa – natury człowieka stanowi jedną z ważniejszych płaszczyzn spektaklu. Niestety, w tej układance jest jeden słabszy element – piękna Izabela, choć nie ukrywa miłostek i romansów, nie grzeszy seksapilem. Postać stworzona przez Orianę Soikę jest do perfekcji pozbawiona wyrazu i apatyczna, czym idealnie wpisuje się w standardową, szkolną interpretację dzieła. Ignorancja, znudzenie i zadufanie wprost ją oblepiają, uzewnętrzniają się w każdej wypowiedzi czy ruchu. Niemal kompletnie zapomniana zostaje druga strona jej natury. Choć Łęcka stara się jak może – kokietuje Wokulskiego, romansuje ze Starskim –  gubi się w cieniu znakomicie stworzonej, kompletnej postaci swojego starszego adoratora. Problem zaczyna się gdzieś na zagięciu dwóch tożsamości kotłujących się w jej pięknym ciele. Brakuje przeskoku pomiędzy zmanierowaną panienką i świadomą własnych wdzięków uwodzicielką, nie ma niczego między lekkomyślną młodością i znużeniem końca wieku. Odnosi się wrażenie, że mniejszym złem byłoby delikatne przerysowanie tej postaci, niż pozostawienie tak dużego marginesu niedopowiedzenia.

fot. Teatr Polski w Bielsku-Białej

fot. Teatr Polski w Bielsku-Białej

Na szczególną uwagę zasługuje ruch sceniczny oraz znakomite wykorzystanie rekwizytów i elementów scenografii. Każdy przedmiot  urasta do rangi symbolu.  Teatralność spektaklu podkreślają znajdujące się na scenie przesuwane fotele, maski, skrzydła i kostiumy, które przenoszą widza do teatru, którego nikt już w XXI wieku już nie tworzy. Wewnętrzny głos Wokulskiego przemawia do mikrofonu na tle gwieździstego nocnego nieba.  Ten prosty zabieg otwiera kolejną, potężną płaszczyznę poznania, w której człowiek styka się, chyba po raz pierwszy w swojej historii, z potęgą wiedzy, w której musi samemu sobie odpowiedzieć na kluczowe pytania, zmierzyć się ze swoim człowieczeństwem w obliczu zewnętrznych i wewnętrznych kryzysów.

Aneta Groszyńska i Artur Pałyga podjęli olbrzymie ryzyko. Odziali kultowy tekst w niezwykłą, magicznie teatralną szatę. Odnosi się wrażenie, że ich celem było połączenie dwóch żywiołów i dwóch rzeczywistości – tej tradycyjnej, zgodnej z akcją i wymową powieści, formy z nowoczesnymi rozwiązaniami. Teatru rodem z 1890 roku z oczekiwaniami i doświadczeniami współczesnej publiki. Taka „Lalka” w pełnym tego słowa znaczeniu, broni się w 100%; odkrywa olbrzymi potencjał, który zawsze w niej drzemał, a o którym chyba już zdążyliśmy zapomnieć. Utwór wydaje się odżywać na deskach bielskiego teatru, Aneta Groszyńska dosłownie pompuje w niego nowe życie – przywraca go odbiorcy młodemu i starszemu. Dedykuje go wszystkim: tym, którzy z „Lalką” dorastali i pamiętają jeszcze olśniewającą, filmową kreację Beaty Tyszkiewicz, i tym, którzy musieli przebrnąć przez nią na nudnych lekcjach języka polskiego.

Nasza ocena: 5/6

żarówki 5 małe

Paweł Łaniewski

 

korekta: Agnieszka Stanecka