Top 5 filmów o wilkołakach

Jeśli spojrzałbym obiektywnie na pielęgnowany przeze mnie od dawna pogląd o wyższości filmów o wilkołakach nad wszystkimi innymi podgatunkami horroru, musiałbym uczciwie przyznać, że trudno byłoby taką tezę obronić. To, co zrodziło się w mojej dziewięcioletniej głowie, gdy po raz pierwszy obejrzałem scenę otwierającą „Zły wpływ księżyca”, nie było prawdą. To nie była „najlepsza rzecz na świecie”.

Faktem jest jednak, że mój tata, który niedokładnie przewinął kasetę, gdy nagrywał dla mnie Gumisie, w jakimś stopniu naznaczył moje życie na zawsze i sprawił, że Sammy, Tammy i cała reszta w jednej chwili przemienili się w moich oczach w bandę skaczących na tyłkach frajerów.Zanim bowiem na ekranie telewizora pojawiła się czołówka mojej ukochanej dobranocki, zdążyłem zobaczyć, jak wilkołak napada parę uprawiającą seks w lesie, morduje kobietę i traci głowę po strzale z shotguna, a wszystko to ukazane ultradosadnie. Zamiast na zawsze zamknąć się w sobie i zamieszkać w namiocie z krzeseł i prześcieradeł, nabawiłem się fascynacji tego rodzaju kinem, która z wiekiem nigdy nie osłabła. Oto lista pięciu filmów traktujących o likantropii, które od tamtej pory zrobiły na mnie największe wrażenie.

ilustracja: Anna Puszczewicz-Siodłok

ilustracja: Anna Puszczewicz-Siodłok

5. „Zdjęcia Ginger” (2000), reż. John Fawcett

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Film o perypetiach dwóch, nie do końca przeciętnych nastolatek, w którym wątek przemiany w wilkołaka symbolizuje burzę towarzyszącą wchodzeniu w okres dojrzewania. Skojarzenia z body horrorem spod znaku Davida Cronenberga jak najbardziej na miejscu. Doskonała i przewrotna gra z konwencjami zarówno teen filmu, jak i kina grozy. Podobnie dałoby się jednak scharakteryzować „Zmierzch”. Na szczęście „Ginger Snaps” dzieli od niego przepaść. Dzięki świetnie napisanym postaciom, które przerzucają się dialogami równie ostrymi co pazury likantropów, oglądając film Johna Fawcetta możemy przypomnieć sobie jak rzeczywiście wyglądał, daleki od sielankowego, klimat czasów szkolnych. Kły wbijające się w ludzkie ciała dodają tylko wszystkiemu bonusowego uroku.

4. „The Curse of the Werewolf” (1961), reż. Terence Fisher

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Wielu skwituje zapewne tę okropnie staromodną i „mało straszną”, według dzisiejszych standardów, produkcję lekceważącym „meh”. Dla mnie natomiast „The Curse of the Werewolf” stanowi jeden z najciekawszych przykładów horroru, w którym nacisk położony jest raczej na uwydatnienie tragizmu położenia, w jakim znajduje się potwór, zamiast na eksponowanie jego morderczych upodobań. Podobną sytuację mamy w wielu innych produkcjach z brytyjskiej stajni Hammer Film, która zajmuje szczególne miejsce w moim serduszku. Tym, co przeraża w filmie Terence’a Fishera jest przede wszystkim okrucieństwo idące w parze z władzą nad drugim człowiekiem. Wydawać się wręcz może, że tutaj wilkołactwo rodzi się niczym choroba w człowieku poniżonym, torturowanym i przetrzymywanym w więzieniu z kaprysu jaśniepana, co można oczywiście czytać jako krytyczny komentarz celujący w niesprawiedliwe stosunki społeczne. Szkoda, że wytwórnia nigdy nie zdecydowała się na nakręcenie kontynuacji, bo istniał tutaj potencjał na wykreowanie równie kultowej serii jak te o Frankensteinie i Draculi.

3. „Dog Soldiers” (2002), reż. Neil Marshall

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Chyba najbardziej nietypowa pozycja w moim zestawieniu. Debiut reżyserski Neila Marshalla, twórcy „Zejścia”, słusznie uznanego za jeden z najlepszych horrorów wyprodukowanych po 2000 roku. Najkrótsza charakteryzacja „Dog Soldiers”: „Obcy – decydujące starcie” rozgrywający się nie na LV-426, a w szkockich kniejach, z wilkołakami zamiast xenomorphów. Poza tym schemat jest ten sam: oddział macho-cwaniaków, skonfrontowany z przytłaczającą siłą morderczych bestii, jest zmuszony do walki o życie. Niby nic nowego, ale całość zrealizowana jest tak dobrze, że dzieło Marshalla postawić można w jednym rzędzie z największymi klasykami tego rodzaju kina. Wiadra adrenaliny i morze testosteronu, flaki fruwające w powietrzu i kozackie onelinery. Pod koniec film osiąga takie tempo, że aż strach mrugać oczami.

2. „Wilkołak”/„The Wolf Man” (1941), reż. George Waggner

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Jeden z pierwszych i prawdopodobnie najbardziej wpływowy film o wilkołaku, jaki kiedykolwiek powstał. Kluczowa pozycja w klasycznym bestiariuszu wytwórni Universal.

Rola Lona Chaneya Jr. równie kultowa, jak kreacje Borisa Karloffa portretującego monstrum Frankensteina albo Mumię. „Wolfmana” nadal świetnie się ogląda. Z pewnością inaczej niż dawniej, niekoniecznie siedząc na brzegu fotela i obgryzając ze strachu paznokcie, ale raczej przy sentymentalnym piwku ze znajomymi, w oczekiwaniu na każde pojawienie się na ekranie Beli Lugosiego. Jeden z głównych dowodów na to, że najlepsze historie o wilkołakach są smutne i opowiadają o miłym facecie, który miał cholernego pecha.

1. „Amerykański wilkołak w Londynie” (1981), reż. John Landis

fot./ materiały prasowe

fot./ materiały prasowe

Zdecydowanie mój ulubiony film o wilkołakach. Jedna z tych produkcji, które siedzą mi w głowie tak mocno, że przynajmniej raz na tydzień odpalam sobie na Youtube jakąś losową z niego scenę, żeby się nią delektować (najczęściej jest to chyba sen głównego bohatera o ataku zmutowanych zombie-nazistów). To, co najbardziej uwielbiam w „Amerkańskim wilkołaku…”, to fakt, że autorowi udało się stworzyć dzieło jednocześnie ekstremalne, schlebiające gustom tych, którzy lubują się w ekranowej makabrze, a zarazem film będący najzwyczajniej i bez wysiłku cool. Tę drugą właściwość twór Landisa zawdzięcza doskonałemu scenariuszowi oraz smaczkom w rodzaju maksymalnie przebojowego soundtracku i genialnych oldschoolowych efektów specjalnych. Film tonie w gatunkowych odniesieniach, krwi i dowcipach, a jednocześnie udaje mu się przekonać nas do polubienia głównego bohatera, kibicowania jego romansowi i w końcu współczucia mu. To już nie tylko intertekstualny, puszczający do widza oko horror z elementami komedii. To seans, który z wirtuozerską lekkością i finezją serwuje nam niemalże każdy rodzaj emocji, jakich jest w stanie dostarczyć kino popularne. Pod spodem najlepsza scena transformacji w wilkołaka ever.

 

korekta: Paulina Goncerz